Wydanie: MWM 08/2014

Cytra alpejska, Blumenau, 12 września 1896 roku

Mały pitawal przestępstw dokonanych za pomocą instrumentów muzycznych
Article_more
Położone w rajskiej dolinie Itajaí, wyżłobionej przez setki tysięcy lat wodami rzeki Itajaí-Açu, brazylijskie Blumenau jeszcze dziś przypomina miasteczko w niemieckich Alpach: pierzeje domków z szachulcowymi, biało-czarnymi fasadami, strome dachy i równo przystrzyżone trawniczki; w październiku, podczas hucznego Oktoberfest piersiaste blondyny wbite w stroje bawarskie roznoszą tymi uliczkami kufle pienistego piwa, spijanego przez młodzieńców w Lederhosen... Ponad sto lat temu wrażenie musiało być bardziej jeszcze dojmujące.

Hermann Bruno Otto Blumenau, farmaceuta z gór Harzu, przybył w dolinę Itajaí jako trzydziestojednolatek, w 1850 roku, mając do pomocy grupę siedemnastu niemieckich osadników, i pozostał tam przez trzydzieści cztery lata, obserwując, jak z małej osady – nazwanej skromnie jego własnym nazwiskiem – wyrosło dziarskie, kilkunastotysięczne miasteczko. Blumenau rozkwitło dzięki znakomitym glebom, nadającym się zwłaszcza do uprawy tytoniu, który jest po dziś dzień uważany za jeden z najlepszych na świecie; wkrótce miało nie tylko zestaw najpotrzebniejszych sklepów, lecz także szpital, katedrę, gimnazjum klasyczne, a nawet Towarzystwo Śpiewacze, celujące zwłaszcza w wykonywaniu utworów ludowych, ze szczególnym uwzględnieniem jodłowania, a także Orkiestrę Ludową Blumenau, specjalizującą się z kolei w grze na cytrze alpejskiej.

 

To właśnie te dwie organizacje muzyczne w 1895 roku sprowadziły z Hamburga młodego kompozytora i dyrygenta Franza von Wolfenbuettela, który miał zająć się kierownictwem obu zespołów. Von Wolfenbuettel, idealista i wagneryta, postrzegał samego siebie jako pioniera, podobnego tym, którzy jako pierwsi w Blumenau wydzierali ziemię puszczy, orali i sadzili tytoń. „Nie dbając o odzienie ani dach nad głowąpisał dramatycznie do matki, choć wraz z posadą otrzymał nie tylko trzypokojowe mieszkanie, lecz także poczesną pensję – przemierzywszy ocean, niosę Ducha Niemieckiej Muzyki na krańce świata, gdzie nigdy jeszcze nie zabrzmiały nuty Bacha, Beethovena, a zwłaszcza wielkiego Wagnera”. 

 

Niestety, jego plany nie tylko przerastały możliwości miasteczka, lecz także całkowicie rozmijały się z oczekiwaniami muzyków amatorów. Osadnicy, jeśli nie liczyć samego Blumenaua, który zdążył już wrócić do Heimatu, oraz garstki inteligentów, byli głównie chłopami z Pomorza, gór Harzu i Tyrolu; muzykę widzieli jako jedną z prostych rozrywek, nierozerwalnie zrośniętą z fajeczką i kuflem piwa, rozbrzmiewającą w miłym wnętrzu gospody gdzieś pomiędzy kontuarem a przywiezionym ze Szwarcwaldu zegarem z kukułką, dekorowanym rzeźbionymi gałązkami sosny i sylwetkami tokujących głuszców. Kiedy von Wolfenbuettel marzył o wybudowaniu w Blumenau opery wagnerowskiej, brazylijskiego Bayreuth, miejscowi notable myśleli raczej o zorganizowaniu zawodów w wygrywaniu Odjazdu strzelca na czas albo w jak najdłuższym jodłowaniu

Konflikt narastał, niespiesznie z pozoru, ale jednak; przywódcami oporu byli dwaj profesorowie lokalnego gimnazjum: nauczyciel muzyki, który uprzednio kierował Orkiestrą Ludową i żywił do von Wolfenbuettela osobistą urazę, oraz nauczyciel historii klasycznej, cytrzysta amator. Obaj byli również założycielami na wpół tajemnego stowarzyszenia młodzieńców, Zakonu Złotej Cytry, którego członkowie spotykali się co tydzień w lesie, pili sznapsa, układali liryczne strofy o męskiej przyjaźni i grali na cytrach melodie ludowe, owo, jak mówili, „dziedzictwo germańskich trubadurów”.

 

Nikt nikogo za rękę nie złapał, wiadomo jednak, że rankiem 13 września 1896 roku na leśnej ścieżce znaleziono pokrwawione ciało Franza von Wolfenbuettela, niemal całkowicie przykryte całym mnóstwem strzaskanych cytr najróżniejszego rodzaju. Instrumenty, co bez trudu udowodniono, należały bez wyjątku do członków Zakonu Złotej Cytry, samo zaś zabójstwo – ciosy, zadawane kolejno przez wielu sprawców – przywodziło na myśl połączenie zamachu na Juliusza Cezara oraz śmierć Tarpei, którą Sabinowie zabili, obrzucając ją ciężkimi tarczami.

 

W ramach zarządzonego śledztwa przeprowadzono badanie zwłok nieszczęsnego wagneryty. Zlecono je Ottokarowi Albrechtowi Knippe, lekarzowi rodem z Elbingerode (który wiele lat później, już jako sędziwy emeryt wsławił się zbudowaniem Santa Catarina Alpenwunderland, największej – do 1998 roku – kolejki elektrycznej na półkuli południowej). Pierwszy znany przykład autopsji medycznej to, jak pamiętamy z historii starożytnej, szczegółowe badanie ciała Juliusza Cezara: wybitny medyk antyczny Galen, obejrzawszy dwadzieścia trzy rany kłute, stwierdził, że śmiertelna była tylko jedna z nich (druga w kolejności zadawania). Jak wykazał dr Knippe, Franz von Wolfenbuettel miał większe nawet szanse na przeżycie niż Juliusz Cezar – żadna z ran mu zadanych nie stanowiła zagrożenia życia.

 

„Cytra, tak koncertowa, jak i cięższa od niej cytra alpejska, większa, jak wiadomo, o całą grupę strun basowych – czytamy w raporcie – a nawet największa w całej rodzinie tych instrumentów cytra akordowa, nie sprawdzają się, musimy to stwierdzić z całą mocą, jako narzędzie zbrodni. Wszystkie zadane ciosy spowodowały wystąpienie wybroczyn, otarć naskórka i kilku drobnych uszkodzeń okostnej. Prawdziwymi poszkodowanymi w tym starciu pozostają jednak same cytry, z których żadna nie nadaje się do użytku, co poświadcza specjalista w zakresie lutnictwa, Hans Georg Suess, mieszkaniec Blumenau. Śmierć obywatela von Wolfenbuettel nastąpiła bezsprzecznie w wyniku ataku serca, w reakcji na brutalność sprawców pobicia”.

 

Źródła dotyczące śledztwa i procesu są nader szczupłe; miejscowa prasa starała się o sprawie nie wspominać, zaś dziennikarze ze stolicy stanu – a tym bardziej z dalszych i ważniejszych ośrodków – nie kwapili się z podróżą w dolinę Itajaí, nie wiadomo zatem, czy którykolwiek z uczniów lub nauczycieli został ukarany.

 

Jedyny ślad po zbrodni to nagrobek Franza von Wolfenbuettela na starym cmentarzu, do dziś utrzymywany w znakomitym stanie przez miejscowe Koło Opiekunów Dziedzictwa Blumenau. Centralny motyw dekoracji to podwójny profil: Wagnera i zmarłego, w otoku z liści dębu i lauru. Całość okala łańcuch ze splecionych kluczy wiolinowych, rozwieszony na czterech słupkach w formie kotłów. Niegdyś medalionowi towarzyszyły jeszcze dwie mosiężne plakiety – niestety, w 1987 roku przepadł „Zygfryd nad cielskiem Fafnera” i wówczas zadecydowano o przeniesieniu „Lohengrina na łodzi łabędziej” do Hermann-Blumenau-Deutsches-Kolonialmuseum w Blumenau. Franz von Wolfenbuettel był również patronem wagnerowskiego towarzystwa Santa Catarina Richard-Wagner-Verband, które działało w latach 1934–1989, kiedy to zmarł ostatni jego członek, dr Anton Haupt, ceniony teoretyk sokolnictwa z użyciem drapieżników południowoamerykańskich (zwłaszcza sokoła rudogardłego). W 1994 roku zaproponowano, by nowo otwarta szkoła muzyczna nosiła imię von Wolfenbuettela, jednak pomysł ten przepadł w głosowaniu. Patronem został Franzl Lang, bawarski muzyk, zwany często Królem Jodłowania.