Wydanie: MWM 09/2014

Echo dźwięków przeszłości

Article_more
Sycylijski wiolonczelista Giovanni Sollima, jeden z gości Wratislavii Cantans, zagra w murach lubiąskiego kościoła klasztornego kompozycję, której inspiracją jest historia świątyni Santa Maria dello Spasimo w Palermo. „To utwór złożony z echa dźwięków przeszłości, jakie przetrwały w tych starych murach”, tłumaczy artysta. Przeszłość Sycylii zderzy się z przeszłością Śląska, oliwetanie spotkają się z cystersami, a Rafael Santi z Michaelem Willmannem. I nie będzie dysharmonii.

Oba kościoły są maryjne – świątynia lubiąska nosi wezwanie Wniebowzięcia NMP – oba noszą piętno wyciśnięte przez Czterech Jeźdźców Apokalipsy: wojnę, zarazę, głód i śmierć. Echa dźwięków ich przeszłości brzmią groźnie. Ale też przypominają o ludzkiej ambicji, fantazji, chęci wygrania z niszczącym działaniem czasu. Są wiecznym trwaniem.

Kościół w Lubiążu jest o ponad trzysta lat starszy niż świątynia w Palermo, swoje narodziny zawdzięcza księciu Bolesławowi Wysokiemu i cystersom. Książę Bolesław, bywały w świecie wnuk Krzywoustego – brał udział w wyprawie krzyżowej, walczył dzielnie w Palestynie, a nawet we Włoszech, gdzie pod murami Mediolanu pokonał sławnego włoskiego rycerza – sprowadził zakonników z saskiej Pforty w 1163 roku. Proces fundacyjny trwał kilkanaście lat, dokument lokacyjny klasztoru lubiąskiego został wystawiony dopiero w 1175 roku w Grodźcu dla pierwszego opata Florentego.

Ale w przeciwieństwie do fundacji nieukończonego nigdy kościoła w Palermo i towarzyszącego mu klasztoru Oliwetanów, stał się demonstracją potęgi cystersów i ich dobroczyńców – najpierw dynastii Piastów, a potem Habsburgów. Poraża wielkością – w światowej kategorii „zabytek sakralny” tylko hiszpański Eskurial wygrywa ze śląskim opactwem. Ma trzysta sal, a jego wydłużona monumentalna fasada liczy dwieście dwadzieścia pięć metrów długości.

Poraża też skalą zniszczeń. Życie w lubiąskim klasztorze, mimo że położonym z dala od głównych szlaków, rzadko bywało spokojne. Jak nie wojny – od husyckich począwszy, na wojnach światowych skończywszy – to przeciwnicy polityczni, niechętni zakonnikom i ich bogactwu. A to zdobywca Śląska, król pruski Fryderyk II, postanowił zniszczyć cysterską gospodarkę kontrybucjami. A to Fryderyk Wilhelm III wydał w 1810 roku edykt sekularyzacyjny, wyrzucający cystersów z Lubiąża. A to wreszcie komunistyczne państwo polskie uznało, że takie dziedzictwo – i kościelne, i niemieckie – powinno rozpaść się w proch. 

Był więc klasztor i kościół miejscem stacjonowania wojsk: szwedzkich, saskich, radzieckich, w zależności od epoki; lazaretem dla pogromców Napoleona, powalonych przez choroby, na które zapadają zwykle zwycięzcy, a o których nie wypada mówić w takim miejscu; szpitalem dla psychicznie chorych arystokratów pruskich; fabryką wojenną, w której pracowali jeńcy. Zupełnie jak świątynia w Palermo, którą wykorzystywano na potrzeby teatru, zamieniano w szpital dla chorych na dżumę, magazyn oraz hospicjum dla ubogich. Nadal jednak pozostaje świadectwem ludzkich ambicji, talentu, a nawet geniuszu – świadectwem skomplikowanej historii ziemi pogranicza i jej mocy odradzania się.

Na pierwszy rzut oka kościół jest pustą skorupą. Nie ocalał ani jeden z dwudziestu pięciu ołtarzy. Marznący w klasztorze żołnierze radzieccy spalili je w piecach. Taki sam los spotkał ambonę – ocalał tylko wysoko zawieszony baldachim. Posadzkę w wielu miejscach zerwali, by szukać skarbów. Na szczęście najcenniejsze dzieła sztuki wywiózł ze świątyni przed końcem wojny konserwator prowincji śląskiej dr Günther Grundmann. Rozproszyły się po całej Polsce, jednak przetrwały. Jak obraz Rafaela Santiego, geniusza renesansu, który dla świątyni w Palermo namalował Matkę Boską towarzyszącą Synowi na Golgocie. Dzieło wysłano z Rzymu na Sycylię drogą morską, ale jak głosi legenda, podczas burzy żaglowiec zatonął wraz ze wszystkimi podróżnymi i całym ładunkiem. Zapakowany w skrzynię obraz morze wyrzuciło w nienaruszonym stanie na brzeg w Genui i dziś można go oglądać w Muzeum Prado w Madrycie.

W przypadku skarbów ze świątyni lubiąskiej obyło się bez interwencji Opatrzności, ale skutek był ten sam. Słynne stalle Matthiasa Steinla (mówiono o nich „anielskie”, bo zdobił je muzykujący chór aniołów i puttów, mający rozmiary niespotykane w innych europejskich stallach barokowych) zostały pocięte i trafiły do kościoła w Stężycy. Z czterdziestu trzech lubiąskich płócien Michaela Willmanna, największego mistrza śląskiego baroku, ukrytych w 1943 roku, aż trzydzieści dostała warszawska kuria metropolitalna, osiem dzieł artysty znalazło się w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, trzy trafiły do Muzeum Narodowego w Warszawie, a tylko dwa obrazy uznano za zaginione. Średniowieczna Pieta z kościoła klasztornego (jedno z najważniejszych zachowanych dzieł snycerskich Śląska) też jest przechowywana w Muzeum Narodowym w Warszawie. Ocalały nawet takie elementy, jak większość snycerskiej dekoracji konfesjonałów i siedemnastowieczna krata stojąca między ołtarzami św. Ludgardy i św. Scholastyki.

Ba, nawet dzieła skradzione w zamierzchłych czasach wojny trzydziestoletniej nie przepadły. Tryptykowy ołtarz boczny „Opłakiwanie Chrystusa” stoi dziś w szwedzkim kościele w miejscowości Sveg i jest dowodem, że cenne dzieła sztuki nie giną, raczej zmieniają właścicieli. Za to ich fundatorzy, piastowscy książęta oraz mistrz Michael Willmann wciąż spoczywają w lubiąskim kościele. W posadzce przed ołtarzem tkwią dwie płyty nagrobne książąt śląskich: Bolesława Wysokiego, zmarłego w 1201 roku fundatora opactwa (w jego grobowcu znaleziono szczątki mężczyzny oraz szkielet wysokiej kobiety, zmarłej w wieku dwudziestu trzech, dwudziestu pięciu lat na schorzenie kości), oraz Konrada Żagańskiego zwanego Garbuskiem, złożonego tu w 1304 roku.

To właśnie Garbusek i piwo pszeniczne są bohaterami dramatycznej historii, która zdarzyła się w 1303 roku i została opisana przez biskupa Długosza: „Konrad książę Cieniawski (Stinaviensis), dla ułomności ciała Garbuskiem (Kokirlensis) zwany, syn Konrada księcia Głogowskiego, proboszcz wrocławski, zgodnym wyborem na arcybiskupstwo salzburskie wyniesiony, udał się na objęcie swojej stolicy w towarzystwie znakomitych prałatów i panów. Ale gdy dojechawszy aż do Wiednia, dowiedział się, że w Salzburgu nie było piwa wywarzonego z pszenicy, którego on od dzieciństwa używać nawykł, ale pijano tylko wino, złożył arcybiskupstwo i z Wiednia wrócił do Polski, do swego księstwa Cieniawskiego, które brat jego Henryk już był tymczasem objął w posiadanie”. Happy endu nie było, Henryk pozbawił Garbuska wolności, a piwa nie dał.

Z kolei Kaplica Książęca, dobudowana do kościoła w 1330 roku, jest miejscem spoczynku księcia legnickiego Bolesława III zwanego przez życzliwych Szczodrym, a przez skąpych Rozrzutnym. Jeden i drugi przydomek jest prawdziwy. Książę Bolesław zawsze lubił dobrze zjeść. Za ten apetyt przyszło mu jednak słono zapłacić. Najpierw stracił dwie wsie, a następnie życie. Legenda mówi, że pewnego razu łakomy Bolko złamał piątkowy post i zjadł dziewięć kur. Natychmiast ciężko zaniemógł. Do łoża boleści zawezwano opata cystersów z Lubiąża. Duchowny oświadczył księciu, że udzieli mu rozgrzeszenia, ale… Bolesław ma oddać lubiąskiemu klasztorowi dwie wsie – Olszynę i Włosień – o które cystersi toczyli spór z książętami brzeskimi. Wizja mąk piekielnych skłoniła księcia do ugody. Jednak oświadczył, że chce być pochowany w lubiąskim klasztorze, a na jego grobie ma zawsze płonąć olejna lampa. Gdyby którykolwiek z następców księcia stwierdził, że lampa się nie pali, cystersi będą zmuszeni zwrócić wsie. Książę wyzdrowiał i wsie oddał. W wieku sześćdziesięciu sześciu lat zjadł na Wielkanoc trzynaście kurczaków, obficie podlewając je winem. Zmarł nad ranem, 21 kwietnia 1352 roku. Legenda mówi, że następcy Bolesława urządzali cystersom lotne kontrole, ale lampa paliła się cały czas zgodnie z umową.

Poza tym po prawie czterystu latach cystersi okazali jeszcze większą rozrzutność, ozdabiając kaplicę z barokowym rozmachem. I to jak! W czasach panowania Habsburgów wydali duże pieniądze na gloryfikację Piastów, jako fundatorów i dobrodziejów cysterskiego opactwa w Lubiążu. Sam mistrz Willmann, choć już stary i trapiony przez podagrę, namalował freski na ich chwałę.

Oto Oko Opatrzności, symbol opieki Boskiej nad rodem, czarny orzeł śląski unoszący się ku słońcu, symbol wiecznego trwania Piastów, oraz piramida zwieńczona wieńcem laurowym – symbol nieprzemijalności sławy. Odnowione właśnie przez konserwatorów wygrywają z czasem i trudną historią. Są „echem dźwięków przeszłości, jakie przetrwały w tych starych murach” .