Wydanie: MWM 09/2014

Barwy muzyki

Wywiad z Lechem Majewskim
Article_more
Muzyka i plastyka są abstrakcją, utwory niczego nie opowiadają. Na przykład w Wiośnie Vivaldiego słyszymy elementy przywodzące na myśl ciepło, błogostan, ale to skojarzenia. Podobnie ja, obrazując wiosnę, nie narysuję pani idącej ukwieconą alejką.

Joanna Michalska: Czy da się namalować muzykę?
Lech Majewski: Pewnie! To łatwe, bo muzyka ma barwy, nastrój, rytm – tak samo jak obrazy. Muzyka i plastyka są abstrakcją, utwory niczego nie opowiadają. Na przykład w Wiośnie Vivaldiego słyszymy elementy przywodzące na myśl ciepło, błogostan, ale to skojarzenia. Podobnie ja, obrazując wiosnę, nie narysuję pani idącej ukwieconą alejką. Moim studentom zadaję pracę „Interpretacja języka muzycznego za pomocą języka wizualnego”. Każdy wybiera jednego instrumentalistę. Jeśli grafik decyduje się na Jimiego Hendrixa albo Nigela Kennedy’ego, określa cechy ich muzyki i instrumentów, na jakich grają. Musi pamiętać, że instrument sam nie gra, nuty też same nie grają. Następuje bardzo ciekawa zabawa, bo tak jak odbieramy muzykę subiektywnie, tak powstaje subiektywne postrzeganie artysty muzyka przez artystę grafika.

Studenci radzą sobie z tym zadaniem?
O tak, niedawno mieliśmy w Warszawie wystawę prac połączoną z koncertem dwóch zespołów rockowych. Później te muzyczne grafiki pokazaliśmy w Paryżu, gdzie tak się spodobały, że warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych zaproponowano prezentowanie prac studentów w specjalnych gablotach na stacjach paryskiego metra co roku przez pięć miesięcy w ciągu pięciu najbliższych lat.

W jakim kolorze jest Bach?
Bach to motyl.

A szef Wratislavii Cantans – festiwalu, którego identyfikację wizualną pan opracował – Giovanni Antonini, jest dobrym tematem dla grafika?
Antonini jest ekspresyjny, energetyczny, gra całym sobą, przeżywa muzykę. Przebrałbym go jeszcze w strój barokowy. Jego orkiestra mogłaby występować w kostiumach. Muzyka potrzebuje dziś dodatku elementu wizualnego, koncert ma być show. Gdy widzę polskich jazzmanów w powyciąganych koszulinach, jak stoją do publiczności półbokiem, „półtyłem”, to robi mi się słabo. Zamykam oczy i słucham, ale czasem wołałbym słuchać płyty.

Może to jazzowy image?
Kiedyś tak było, ale proszę iść na koncert Marcusa Millera czy innych muzyków z Zachodu – u nich wszystko musi wyglądać dobrze. Popatrzmy na heavymetalowców, na dzieciaki, które potrzebują ściany dźwięku – możemy się śmiać, że mają „maski” i „gwoździe” w ciele, ale to tworzy widowisko. Granie muzyki jest występem. Utwór przedstawia się sobą. I przy tym prezentuje się siebie. Rozumiem, że w orkiestrze symfonicznej trudno być indywidualistą, wówczas dyrygent musi przyciągać wzrok publiczności – lubię, jak maestro nosi frak i gdy macha rękami, trzepoczą „skrzydła”. Gdy Mariusz Adamiak, organizator festiwali jazzowych, wychodzi na estradę w specjalnych kapeluszach, kolorowych marynarkach, po nim każdy muzyk wypada blado.

Może pan jako grafik zwraca szczególną uwagę na warstwę wizualną, ale muzyka jest do słuchania, nie do oglądania.
Każdy występ musi być widowiskiem. Na koncertach Pink Floydów były lasery, filmy, światła, jednak efekty specjalne nie przeszkadzały muzyce. Na Wratislavii Cantans w zeszłym roku odbyło się prawykonanie zamówionej przez organizatorów festiwalu III Symfonii Wojciecha Ziemowita Zycha. W trakcie koncertu muzycy rozstawieni byli z tyłu widowni, po bokach, przemieszczali się – te wartości wizualne wzbogaciły muzykę.

Przywołał profesor znane zespoły rockowe – pan także w takich grał.
W niejednym, występowałem też z jazzmanami, brałem udział w sesjach studyjnych w Polskim Radiu. Jeśli się mieszka w akademiku razem ze studentami Akademii Muzycznej, cały czas gdzieś się gra. Najfajniej było na ślubach: jeździliśmy do „badylarzy”, którzy organizowali wesela, na końcu wszyscy się bili. Kiedyś mieliśmy zapewniony pobyt przez całe wakacje w Zwierzyńcu na Roztoczu w zamian za grę na dansingu dwa razy w tygodniu. Wykonywaliśmy z chłopakami młodzieżową muzykę – rock, bigbit, aż kiedyś podszedł podchmielony gość i poprosił: „Panie kochany, zagraj pan Kądziołeczkę, no Kądziołeczkę!”. Nikt z nas nie miał pojęcia, co to za utwór, w końcu doszliśmy do wniosku, że trzeba zagrać „przytupańca”. Bardzo mu się to podobało. Ale ja do tej pory nie wiem, co to jest Kądziołeczka.

Dlaczego przestał pan zajmować się muzyką?
Skończyłem pierwszy stopień szkoły muzycznej, zawsze traktowałem muzykę na równi z plastyką, tę pasję zaszczepiła we mnie mama, która śpiewała w różnych grupach, między innymi w Zespole Pieśni i Tańca „Warmia” w Olsztynie czy w zespole „Harfa”. Po studiach pomyślałem: „bardzo trudna ta praca” i oddałem instrumenty bratu. Muzyk potrzebuje ogromnej liczby ludzi do organizacji koncertu – a plastyk jest niezależny, dzieło istnieje samo. Chociaż teraz jest inaczej – można bawić się w domowe studio nagraniowe, postęp informatyczny w dziedzinie muzyki w ostatnich dziesięciu latach był niesłychany, może nawet większy niż w przypadku oprogramowania graficznego. Za niewiele ponad półtora tysiąca złotych można kupić program do rejestracji gry i śpiewu połączonej z korekcją głosu.

Pan korzysta z takich wynalazków?
Mam łatwość wymyślania melodii, więc nagrywam swoje kompozycje, które gram na gitarze. Mam trzy wspaniałe gitary elektryczne: Fender Stratocaster, Gibson Les Paul Supreme i Les Paul Burny z lat siedemdziesiątych. Zaprzyjaźniony lutnik, z którym współpracuję przy wystawach muzyczno-plastycznych, poradził mi, żebym natychmiast kupił Burny’ego, bo nadarzyła się okazja. To wspaniały instrument, takie cacka dla kolekcjonerów na Zachodzie są warte nawet kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Mam też gitarę basową Fender Jazz Bass, sygnatura Geddy Lee, hiszpańską gitarę klasyczną, którą kupiłem w Kordobie, mandolinę z Katanii, już zabytek z przełomu XIX i XX wieku, oraz cytrę i bałałajkę – wszelkie instrumenty szarpane. Uwielbiam bawić się muzyką.

Jaki charakter mają pańskie kompozycje?
Gram coś w rodzaju bluesa, dużo improwizuję. W czasach studenckich bywało, że rozstawaliśmy się w zespole z kolegami z Akademii Muzycznej, choć byli świetnymi instrumentalistami. System kształcenia całkowicie zabijał w nich umiejętność improwizacji. Mówili: „Dobrze, zagram, tylko napisz mi improwizację.” Całe szczęście, że zaczęły powstawać w Polsce szkoły jazzu.

Niedawno w wywiadzie dla „Muzyki w Mieście” dyrygent Marek Moś mówił o komforcie, jaki mają artyści sztuk wizualnych: w ich dzieło nikt nie wnika, tymczasem los kompozytora zależy od wykonawców.
Mój tegoroczny plakat na Wratislavię Cantans jest wypadkową mojej wizji i potrzeb organizatorów, więc to nie jest tak, że na pracę plastyka nikt nie ma wpływu. Myślę też, że kompozytorzy po prostu ujmują możliwości interpretacji w zamyśle utworu. Ostatnio słuchałem w Paryżu koncertu, na którym młody chłopak grał Chopina. Artysta powiedział mi, że nie ma sensu zastanawiać się, jak Chopin grał swoje kosmiczne na tamte czasy utwory. Nikt tego nie wie i ciekawe, co by powiedział o interpretacjach współczesnych, bo trudno doszukiwać się jakichkolwiek wskazówek. Co innego współczesny mu Schubert – miał kwadratowe łapy i wszyscy wiedzą, jak jego utwory grać. Zawsze się zastanawiałem, jak ludzie wykonują Pendereckiego, bo moim zdaniem on raczej robi grafiki, niż zapisuje nuty. Tymczasem słyszałem te same jego utwory w kilku wykonaniach i wszyscy grali dość podobnie.

Z polskimi muzykami współpracował pan nie tylko jako muzyk sesyjny, projektował profesor także okładki płyt.
Razem z kolegą przygotowaliśmy graficznie całą serię albumów wytwórni Poljazz. Zrobiłem też dwie płyty dla Tadeusza Nalepy – krążek Nalepa live 1986 miał na okładce nalepkę przebitą gwoździem. Na drugą płytę, Sen szaleńca, wymyśliłem grafikę z dwiema stopami ułożonymi w literę „V”, a między palce włożyłem podpaloną kartkę na mięso. Dyrektor Polskich Nagrań powiedział, że to w życiu nie przejdzie przez cenzurę. Poszedłem do Głównego Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk, a cenzor krzyknął: „Czyś pan zwariował?!”. Więc rozsunąłem stopy o centymetr, żeby nie tworzyły „wiktorii”, a zamiast kartki wsadziłem w palce płonącą flagę. Trafiłem do drugiego cenzora, którego poznałem wcześniej w zupełnie innej roli i on chyba ze wstydu, że tam pracował, przybił mi pieczątkę. Dumny poszedłem z Nalepą do Polskich Nagrań do dyrektora, który popatrzył i pokręcił głową: „Oni dali pozwolenie na druk, a nie na rozpowszechnienie.” Ta sama grafika stała się plakatem do filmu Filipa Bajona Bal na dworcu w Koluszkach – w 1989 roku z cenzurą nie było problemu.

Wspomniał profesor o plakacie dla Wratislavii – jak pan pracuje nad takim pomysłem?
Dużo rozmawiam z zamawiającym grafikę. Popularny w polskich instytucjach pomysł organizowania konkursu na plakat czy logo nie ma prawa się udać. Tożsamość wizualna festiwalu, teatru, galerii to garnitur, który trzeba nosić – musimy dobrze się w nim czuć. Grafik musi rozumieć charakter festiwalu, sztuki. Projekty dopasowuję do ludzi – nie współpracuję z instytucjami, wyłącznie z ludźmi. Muszę porozmawiać z reżyserem w teatrze, przeczytać dramat, czytam książki, których wydanie przygotowuję.

Romb z zeszłorocznej Wratislavii to była twarz? Maska?
Festiwal miał podtytuł „Podróż do Włoch”, pojawiała się muzyka związana z Wenecją, pomyślałem więc o masce, ale nie chodziło mi o typową maskę, więc nadałem jej kształt rombu, dzięki czemu powstała ciekawa forma.

Wie pan, że ten romb wzbudzał przeróżne skojarzenia, łącznie ze zbereźnymi?
Jeśli komuś kojarzy się z waginą, to proszę mówić, że o to chodziło. Tam się życie zaczyna. To jest piękny element.

W tym roku festiwal odbywa się pod hasłem „Z ciemności w światło”, na plakacie widzimy anioła i diabła, dlaczego?
A czym jest światło, czym ciemność? Co to jest życie, co śmierć? Łatwo rozmawia się o balansowaniu między światłem a ciemnością, pozytywem a negatywem, zaś gdy zaczyna się pokazywać ten antagonizm za pomocą języka wizualnego, a efekt ma zakodować w głowie postrzeganie festiwalu, okazuje się, że środki wyrazu są ograniczone. Co wymyślić na ciemność? Przecież nie chcemy ludzi przestraszyć, tylko przyciągnąć do festiwalu. Będzie dużo muzyki sakralnej, stąd anioł w bieli, który uosabia dobro, a ono równoważy się ze złem. W plastyce ważne jest, żeby nie strzelać w dziesiątkę, tylko zawsze trochę obok – pozostawić możliwość interpretacji, unikać dosłowności. W plakacie Wratislavii światłem jest biel, a ciemnością nie czerń, ale granat oraz czerwień. Drapieżna czerwień diabelskiego rogu i diabelskiego oka. I to oko pali, drążąc oglądającego.

Pan uważa, że dobro i zło się równoważą?
Tak, to znaczy raz wygrywa anioł, raz diabeł. Choć na plakacie biały anioł jest na pierwszym planie, a diabeł z tyłu szepcze mu do ucha – myślę, że światło jednak dominuje w świecie, a dopiero później jest cień. Z tym że nie trzeba mroku rozumieć koniecznie jako zło. Ciemność może być otchłanią – tym, co nieznane.

Przyjeżdża pan w tym roku na Wratislavię?
Oczywiście, to rewelacyjny festiwal, przy dzisiejszym natłoku byle czego jest godzien pochwały. Projektując grafiki do koncertów festiwalowych, słuchałem nagrań utworów z programu – Antonini ma dar do wyszukiwania ciekawostek muzycznych. Na przykład Zelenka – nie słyszałem o tym kompozytorze, a jest znakomity. W zeszłym roku byłem ukontentowany, mogąc zobaczyć na żywo Le Mystère des Voix Bulgares, bo od dawna znałem ten zespół, zwłaszcza z występów chóru z Goranem Bregoviciem. Bułgarki wyglądały jakby przeniesione w czasie i przestrzeni ze środka Związku Radzieckiego. Te idealnie zsynchronizowane wystudiowane gesty! Antonini poprosił je o zaśpiewanie motetów Gesualda da Venosa i ten eksperyment bardzo uatrakcyjnił ich występ.

Wspominam też inny koncert – recital Margret Köll, którą zafascynowałem się, przygotowując festiwalowe ilustracje, bo znalazłem jej bardzo piękne i artystycznie odważne zdjęcia w Internecie. Prezentowana przez nią barokowa muzyka na harfę podwójną była wysublimowanie piękna, jednak mimo że wykonywała ją piękna kobieta, brak mi było trochę entourage’u przypisanego epoce. Do tego w trakcie koncertu byłem już dość zmęczony i przysnąłem na moment, a miałem miejsce dosłownie naprzeciw artystki. Siedząca obok melomanka powiedziała, że nawet trochę chrapnąłem. Ocknąłem się, Köll lekko się uśmiechnęła, po koncercie podszedłem do niej i przeprosiłem. Także trochę się nie popisałem na festiwalu – piękna blond harfistka w czerwonej sukience gra barokową muzykę, a facet siedzi naprzeciwko i przysypia…

Rozmawiała Joanna Michalska

Lech Majewski – twórca oprawy graficznej 48. i 49. Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans, grafik, plakacista, rysownik, projektant wydawniczy, absolwent Wydziału Grafiki ASP w Warszawie w pracowni plakatu prof. Henryka Tomaszewskiego. Obecnie jest profesorem swojej Alma Mater, prowadzi Pracownię Projektowania Grafiki Wydawniczej na Wydziale Grafiki. Jest współtwórcą i opiekunem Międzynarodowego Biennale Plakatu w Warszawie. Jego plakaty – początkowo malarskie, potem graficzne, dziś bliskie estetyce ulicy – pokazywane są w wielu krajach od ponad czterdziestu lat. Za swoje prace, plakaty i książki, otrzymał wiele nagród na całym świecie. Jego prace znalazły się na tokijskiej liście najważniejszych plakatów europejskich i amerykańskich lat 1945–1990, opracowanej przez międzynarodowe jury.