Wydanie: MWM 09/2014

Siła pamięci

Article_more
Internet nas zmienił. Coraz trudniej nam się skupić na dłuższym fragmencie tekstu – gorączkowo przebiegamy wzrokiem po ekranie, rejestrujemy tylko wyróżnione fragmenty artykułu, nie umiemy oprzeć się pokusie otwarcia kolejnych odsyłaczy.

Dopada nas demon prokrastynacji: zamiast pracować, spędzamy długie godziny przy komputerze, zaczynając od sprawdzenia zapomnianego numeru opusu Mazurka a-moll, kończąc na studiowaniu opisu wymarłego kozła, który zasiedlał Majorkę przed skolonizowaniem wyspy przez człowieka. Odkąd znamy najprostszy sposób na ściąganie filmów z serwisu YouTube, przestaliśmy chodzić do kina. Od kiedy w sieci pojawiły się wirtualne wystawy rzeźby i malarstwa, straciliśmy zainteresowanie ekspozycjami w muzeach. Oszczędzone pieniądze przeznaczamy na zakup coraz szybszego sprzętu do surfowania w Internecie. Oszczędzony czas spędzamy przy komputerach – ze słuchawkami na uszach lub przy włączonych głośnikach, bo przy okazji straciliśmy zapał do koncertów i wolimy dzielić się muzyką na łączach.

 

A mimo to – w epoce elektronicznych czytników – w oszklonej biblioteczce przechowujemy jak skarb zaczytany egzemplarz Trzech muszkieterów Dumasa. Nie dlatego, że to najlepsza książka w dziejach literatury, tylko po to, by sobie przypomnieć rozkoszne chwile z dzieciństwa, kiedy zasypialiśmy z głową pełną marzeń o Atosie i d’Artagnanie. Odrywamy się czasem od sieci, żeby pójść na spacer do parku Skaryszewskiego i dotknąć rzeźby Kąpiącej się: przede wszystkim z sentymentu do Agnieszki Osieckiej, która miała zwyczaj umawiać się w tym miejscu z przyjaciółmi. Po głowie kołaczą nam się strzępy melodii, pamięć zapachów, wspomnienia barw, mroku, świateł, ludzi, którzy odeszli – zebrane na przestrzeni całego życia, kiedy jeszcze nie było Internetu i na koncerty chodziliśmy w miarę regularnie.

 

Takich muzycznych przeżyć, które wzbudziły we mnie nie tylko zachwyt, lecz przede wszystkim refleksję – nad stylem interpretacji, kontekstem twórczości i problemami jej odbioru – zachowałam w pamięci niewiele. Próba skonfrontowania tych wspomnień z obrazem bądź zapisem dźwiękowym zawsze przynosi rozczarowanie. Aparatura fonograficzna zafałszowuje prawdę brzmienia, żywy artysta mami nasz umysł własną charyzmą i gestem fizycznym, nadając frazom walor, który z pewnością przepadnie w nagraniu. Jeśli wyjdziesz z koncertu wzruszony do łez, przejęty głębią wykonania, zdumiony jego rozmachem i nowatorstwem – nie próbuj siadać do radia w oczekiwaniu retransmisji, nie pytaj, czy ktoś zarejestrował muzyków ukrytym w torbie mikrofonem. Czeka cię taki sam zawód, jak niedoświadczonego fotografa, który zechce uwiecznić na zdjęciu fatamorganę. Można by rzec, że i w tym przypadku zachodzi zjawisko całkowitego odbicia. Sygnał nie wydostaje się na zewnątrz. Zapada nam w pamięć, obrasta mnóstwem znaczeń, zmienia na zawsze obraz doświadczanej przez nas rzeczywistości. 

Coś takiego wydarzyło się w Świdnicy, całkiem niespodziewanie, 11 września 2007 roku, na czterdziestym drugim festiwalu Wratislavia Cantans. Jechaliśmy na koncert w Kościele Pokoju pełni najlepszych wrażeń po wieczorze kantat na dzień Michała Archanioła i Wszystkich Aniołów, autorstwa Johanna Sebastiana oraz jego kuzyna, a zarazem stryja jego pierwszej żony, Johanna Christopha z arnsztadzkiej linii Bachów. Tym razem The Monteverdi Choir i The English Baroque Soloists pod dyrekcją Johna Eliota Gardinera mieli wystąpić w zmniejszonym, właściwie solowym składzie, a w programie znalazły się przede wszystkim motety i arie chóralne Jana Krzysztofa, potraktowaliśmy więc to wydarzenie jako okazję do miłej wycieczki krajoznawczej w doborowym towarzystwie znawców i melomanów. Uznaliśmy, że najlepsze mamy już za sobą, a kontemplacja loży Hochbergów oraz malowideł Sussenbacha i Kolitschky’ego we wnętrzu świątyni osłodzi nam nudę obcowania z kolejną ciekawostką muzyczną.

 

Jakże się myliliśmy. Z pełnej zwrotów i kontrastów, a przy tym zaskakująco prostej twórczości „starego” Bacha wyzierało widmo głodu, wszechobecnych chorób i zwierzęcego strachu przed śmiercią. Rozbrzmiewała w niej rozpacz po zagładzie milionów ofiar wojny trzydziestoletniej, pierwszego nowożytnego konfliktu, który objął swym zasięgiem niemal całą Europę. Dźwięki odbijały się bezradnie od szachulców wypełnionych sieczką i gliną, przypominając o surowych ograniczeniach, jakimi obwarowano budowę trzech luterańskich świątyń na Śląsku, i ostatecznej klęsce zasady cuius regio, eius religio. Z jasnych i czystych głosów przebijała naiwna, mrożąca krew w żyłach ufność w dobrodziejstwa życia wiecznego. Siedziałam w twardej drewnianej ławce z rozłożonym na kolanach programem i w pewnej chwili do mnie dotarło, że nie tylko ja nucę te proste melodie razem z chórem, nie tylko ja przeżywam tragedię siedemnastowiecznej Europy. Niepostrzeżenie, wbrew sobie, zmieniliśmy się w wynędzniałą, przeoraną wojną protestancką wspólnotę.

 

I coś w nas pękło, kiedy Claire Wilkinson zaintonowała lament Ach, dass ich Wassers gnug hätte. Ach, gdybym miała w głowie dość wody, żeby opłakać moje grzechy… Dlaczego wody? Dlaczego po prostu nie łez? Ta metafora istotnie lepiej „siedzi” w niemczyźnie, niż tłumaczy się na polski, brzmi jednak złowrogo, jakby wojna i choroby wyssały z ludzi wszystko, także życiodajną wilgoć, bez której i płakać się nie da.

 

Nie płakaliśmy. Minęła wieczność, zanim rozległy się pierwsze brawa. Wyszliśmy z kościoła w głuchym milczeniu. Kilka lat później kupiłam płytę z tym programem. Nie dosłuchałam do końca. Nie chcę jej słuchać. Wolę pamiętać.