Wydanie: MWM 04/2012

Muzyka to dobry interes

Article_more
Muzyka łagodzi obyczaje, nawet rekinów biznesu. Dlatego do sali w Nowej Giełdzie zapraszali oni artystów sławnych i dobrze im płacili. Występowali tu także Polacy, w tym „najznamienitszy fortepianista” Ignacy Jan Paderewski, który odwiedził Breslau w 1891 roku przed wyjazdem na tryumfalne tournée po USA.
Nowa Giełda, siedziba gildii kupieckich przy Graupenstrasse (dzisiaj Krupnicza), służyła ludziom interesu od 1867 roku. To jedyny budynek giełdowy na świecie zbudowany w teatralnym stylu angielskiego gotyku Tudorów. Projekt wybrano podczas pierwszego w dziejach miasta otwartego konkursu architektonicznego. Zwycięzcą okazał się wrocławski architekt Karl Lüdecke, a jego dzieło wzbudziło powszechny entuzjazm. „Skutki skończonej niedawno wojny [austriacko-pruskiej – red.] do dziś dnia jeszcze czuć się dają, a widoczne są osobliwie w znacznie zmniejszonej chęci do budowania. Szczęściem niechęć ta, która moc ludzi pozbawia zarobku, nie rozciągnęła się aż do budynków skarbowych, tj. do nowej giełdy kupieckiej, pysznego gmachu, który po skończeniu będzie jedną z pierwszych ozdób miasta” – pisał w końcu grudnia 1866 roku w warszawskim „Tygodniku Ilustrowanym” Jan Mikołaj Fritz.

Umieszczone na fasadzie alegoryczne figury Rolnictwa, Pasterstwa, Handlu, Żeglugi, Górnictwa i Hutnictwa miały przekonać przechodniów, że Śląsk potęgą jest i basta. Notabene śląskie interesy postanowił reprezentować sam Lüdecke, który alegorycznej postaci kupca dał swoje rysy.

Koncerty odbywały się w głównej sali giełdy. Ignacy Jan Paderewski wystąpił tu w lutym 1891 roku i – jeśli wierzyć „Dziennikowi Poznańskiemu” – „mistrzowską grą swoją wprawił w podziw prawdziwy doborową, wybredną i wymagającą publiczność wrocławską, zebraną dnia tego, co prawda nie dość licznie, na wielkiej sali giełdowej”. 

Nie ma się co dziwić problemowi z frekwencją, bo Paderewski nie był jeszcze we Wrocławiu zbyt znany. W wykazie gości hotelowych (zatrzymał się w hotelu przy Tauentzienplatz, dziś plac Kościuszki) został omyłkowo zaanonsowany jako śpiewak operowy przybywający z Paryża. Melomani wiedzieli oczywiście, kim jest polski pianista, ale słyszeli również, że wcześniej został źle przyjęty w Berlinie. Wprawdzie tamta klęska była spowodowana przede wszystkim konfliktem z wpływowym impresariem, jednak reputacja wirtuoza ucierpiała.

W Breslau ją poprawił. Grał na fortepianie Bechsteina, a w programie znalazły się utwory Beethovena, Chopina, Mozarta, Liszta, Schumanna i samego Paderewskiego. Chwalono pianistę za wykonanie Fantazji z Don Juana Mozarta  i La Campanelli Paganiniego w transkrypcji fortepianowej Liszta oraz Etiudy gis-moll op. 25 nr 6 Chopina. A poza tym, czego nie zagrał, to „dowyglądał”. Wysmukły, o bladej twarzy okolonej gęstwiną rudych włosów robił piorunujące wrażenie nie tylko na romantycznych panienkach, ale nawet na poważnych sprawozdawcach, choć ci ostatni uznali jednak, że Paderewski „grał jeszcze ciekawiej niż wyglądał”.

Recenzje zebrał w każdym razie znakomite. Krytyk z „Breslauer Morgenzeitung” uznał Paderewskiego za „pianistyczną indywidualność od stóp do głów” (być może też był pod wrażeniem lwiej grzywy) i stwierdził, że jeśli zawita on do miasta w następnych sezonach, będzie mile przyjęty. Z kolei recenzent muzyczny „Schlesische Volkszeitung” napisał, że Paderewski „przybył, zagrał i zwyciężył”. Grał z taką pasją i siłą, że „formalnie krzesał ogień z fortepianu”.

Korespondent „Dziennika Poznańskiego”, nie chcąc narazić się na zarzut „narodowej stronniczości”, przytoczył fragment recenzji znanego krytyka muzycznego Ernesta Flügela, który twierdził, że „Paderewski jest najznamienitszym fortepianistą, jakiego kiedykolwiek zdarzyło mi się gdzie bądź słyszeć”. A poza tym łączy w sobie „przymioty gry Dreyschocka, Willmersa, Rubinsteina i Tausiga” (wszyscy wymienieni byli wirtuozami fortepianu, bardzo wówczas cenionymi).

Najbardziej intrygująco brzmiała konkluzja entuzjastycznej recenzji dra Emila Bohna (znanego muzyka wrocławskiego, autora publikacji o Chopinie) w „Breslauer Zeitung”. Stwierdził, że aplauz, jaki zyskał Paderewski, jest dużo cenniejszy niż korzyści pieniężne, które mógł mu przynieść ten koncert! Biorąc pod uwagę problemy z zapełnieniem sali Nowej Giełdy, honorarium musiało być mizerne.

Jedyną pamiątką po koncercie Paderewskiego jest dziś tablica na budynku Nowej Giełdy. Sali, w której grał, niestety już nie zobaczymy, choć było to najciekawsze wnętrze XIX-wiecznego Wrocławia. Nowa Giełda została w latach 20. XX wieku nieszczęśliwie zmodernizowana przez dobrego skądinąd architekta Heinricha Lauterbacha, czego efektem było zniszczenie sali giełdowej z bogato rzeźbionym, drewnianym stropem kasetonowym.

Muzyka również tu od dawna nie rozbrzmiewa, bo monumentalna budowla stała się po wojnie siedzibą milicyjnego klubu sportowego „Gwardia” , rozsławionego przez tak znakomitych bokserów, jak bliźniacy Artur (dwukrotny wicemistrz olimpijski) i Zbigniew Olechowie czy Wojciech Bartnik (także medalista olimpiady). I wciąż bywają tu mistrzowie precyzyjnego uderzenia, mający znakomicie opanowane rubato i szybkość palcową. I też potrafią dłońmi wykrzesać ogień. Prawie jak Paderewski.

Beata Maciejewska