Wydanie: MWM 09/2014

Jazz szymanowski

Article_more
Historia zmagań polskiego jazzu z twórczością Karola Szymanowskiego jest krótka i można ją streścić w trzech punktach. Zaznaczyła się jednak w dziejach jazzowej krytyki z powodu wyjątkowo burzliwej dyskusji na temat jednej z interpretacji, co już jest pewną wartością – ale po kolei.

Za utwory Chopina i Bacha jazzmani zabrali się z wielką energią jeszcze w czasie, gdy polska muzyka improwizowana była w wieku niemowlęcym i nie miała żadnych narzędzi do tego, aby stworzyć coś godnego wyjściowego materiału. Jednak dzieła Karola Szymanowskiego przez długie lata pozostawały niemal nietknięte. Niemal, bo można doszukiwać się luźnych inspiracji w twórczości niektórych polskich muzyków, szczególnie tych, którzy do miłości do Szymanowskiego się przyznawali: bardzo lubi go Adam Makowicz, uwielbiał – i ponoć grywał – Zbigniew Seifert, a także Andrzej Kurylewicz i romantyk Mieczysław Kosz. Poza Polską w gronie ulubionych kompozytorów stawia Szymanowskiego Jan Garbarek, zaś klarnecista Milesa Davisa, Bennie Maupin, miał okazję zapoznać się z twórczością Szymanowskiego (oraz folklorem góralskim) w Zakopanem, czego rezultatem była inspirowana podobno polskimi odkryciami płyta Early Reflections nagrana z Polakami w Warszawie w 2007 roku.

Przez lata jednak najwyraźniejszym konkretnym łącznikiem Szymanowskiego ze światem jazzu była postać… Karola Szymanowskiego, znakomitego wibrafonisty jazzowego, niemającego ze słynnym imiennikiem nic wspólnego. A przecież to właśnie kompozytor Mitów stawiany był za wzór dla szukających „polskiej drogi do jazzu” muzyków (między innymi za sposób, w jaki wykorzystywał motywy ludowe). Polskiej drogi do Szymanowskiego długo nie udawało się znaleźć. Próbowano wyjaśniać ten fenomen kompletnym brakiem jazzowych tropów w twórczości kompozytora (tak jakby jazz znali Chopin czy Bach).

Sam Szymanowski poznał jednak tę muzykę podczas swoich podróży do Ameryki:

„Był zachwycony jazzem i starał się wytłumaczyć mi – bez większego powodzenia – na czym to polega – wspominał rozmowę z Szymanowskim w 1921 roku Jarosław Iwaszkiewicz. „Potem zawsze bardzo lubił muzykę jazzową [...]. Niestety »jazz«, który tyle śladów zostawił w muzyce francuskiej, u »Szóstki«, nawet u Ravela – u Szymanowskiego nie odbił się zupełnie. Jedynie ów temat rytmiczny, synkopowany [mowa o wejściu harnasiów i ich tańcu – TG], nie mający żadnego uzasadnienia w góralskiej muzyce ludowej – to odbicie tych zachwytów. Bardzo krótkotrwałe”.

Szkoda, bo przecież fascynacje zrodzone podczas podróży do Włoch oraz Afryki Północnej odbiły się na twórczości Szymanowskiego bardzo wyraźnie.

Pierwszym jazzmanem, który zaryzykował i rzucił Szymanowskiemu wyzwanie, był jeden z najbardziej zasłużonych polskich muzyków, artysta po przejściach, ale o niekwestionowanym warsztacie, pianista Włodzimierz Nahorny. Wcześniej propozycję tę otrzymał skrzypek Maciej Strzelczyk, który jednak przestraszył się skali trudności i polecił właśnie Nahornego (zresztą wystąpił później na jego płycie). Po kilku latach pogłosek i zapowiedzi, w 1997 roku ukazała się wreszcie bardzo oczekiwana i mająca wszelkie dane do bycia przełomową płyta Mity sekstetu Włodzimierza Nahornego z jazzowymi interpretacjami jednego z najsłynniejszych dzieł Szymanowskiego (wyd. Polskie Radio). W reakcjach na album wyrażano jednak wiele wątpliwości. 

Nahorny próbował przełożyć niejednoznaczną, wyrafinowaną harmonikę Szymanowskiego na ulubione przez jazzmanów funkcje (albo przynamniej skale). Kiedy okazało się to niemożliwe, zostawiając oryginalne fragmenty, skomponował de facto pod względem harmonicznym nowe utwory. „Nie interesują mnie motywy, ale forma i struktura” – mówił później w wywiadach. Szkoda, bo po tajemniczej, impresjonistycznej, „mitycznej” atmosferze utworu nie pozostało prawie nic. Bronią się i intrygują partie ad libitum, ale reszta to nieznośny w tym kontekście, za przeproszeniem, jazzik. Regularna, stała, swingująca rytmika wydaje się kompletnie nie na miejscu, a harmoniczne ćwiczenia Nahornego pogłębiają szkolny efekt tego opracowania.

Zarzuty te wysunęli między innymi Adam Sławiński i Tomasz Szachowski, zaś sprowokowany autor wystosował pełną ognia odpowiedź. Później na jego listy odpowiadali krytycy – wszystko na łamach magazynu „Jazz Forum” (Wokół Mitów, Mitologia od kuchni, Mitologia od kuchni CD.). Recenzenci nazywali – pełni uznania – Mity Nahornego „akcją promocyjną Szymanowskiego”, co pewnie jej autora bynajmniej nie ucieszyło. Rozżalonego muzyka – przygotowania do nagrania zajęły mu dwa lata – oburzyła szczególnie uwaga Szachowskiego, że w jego muzyce mało jest Szymanowskiego. Dziewięćdziesiąt osiem procent melodii – wyliczał skrupulatnie pianista – to materiał z Mitów. W liście otwartym nuta po nucie, akord po akordzie wskazywał zgodność z oryginałem. W czasach, gdy poważne dyskusje niemal nie mają już miejsca, a miejsce krytyki zastąpiły luźne felietony, takie wprowadzenie w muzyczną kuchnię jest niezwykle kształcące i zajmujące. Niestety dla sedna sporu zupełnie daremne, bo przecież nie o procentową zgodność z zapisem tu chodzi. Wszystko można w gruncie rzeczy sprowadzić do wspólnego wielu słuchaczom wrażenia, że „poemat” Szymanowskiego odarto z poetyckości. Jak pisał Tomasz Szachowski – wątpliwości dotyczą nie litery, a ducha dzieła.

Nie brak w Mitach momentów bardzo udanych – ot, choćby w poetyckich introdukcjach obu wersji Źródła Aretuzy. Zastanawia jednak, jak pod sam koniec XX wieku autor mógł powielić błędy najwcześniejszych, swingujących aranżacji Bacha i Mozarta grupy Swingle Singers. Dziwi szczególnie to uparte, trywializujące oryginał dążenie do „ufunkcyjnienia” Mitów – tym bardziej że horyzonty harmoniczne współczesnych jazzmanów (a zatem i słuchaczy) wykraczają od lat poza harmonikę funkcyjną. Nahornemu nie starczyło odwagi, a może po prostu wyobraźni do wyjścia ze stylistycznego zamkniętego kręgu brzmień i rozwiązań?

Niezrażony pianista jakiś czas później wziął się z jeszcze gorszym skutkiem za Koncert skrzypcowy A-dur op. 8 Mieczysława Karłowicza oraz utwory Fryderyka Chopina w całkiem już udanej Fantazji polskiej. Może kiedyś jego odczytanie Szymanowskiego zyska szlachetną patynkę, którą tak cieszymy się, słuchając choćby wspomnianych staromodnych interpretacji Swingle Singers. Ale jeszcze nie teraz.

Rola interludium w historii spotkań Szymanowskiego z jazzem przypada triu Marcina Wasilewskiego, Sławomira Kurkiewicza i Michała Miśkiewicza. Na wydanej w 2005 roku płycie (ECM), pierwszym samodzielnym albumie długoletnich partnerów Tomasza Stańki, znajduje się mocno improwizowana wersja Pieśni Roksany z Króla Rogera. Niespełna pięciominutowa, stonowana interpretacja nie powstała przy użyciu metod Nahornego i może właśnie dlatego brzmiała bardzo udanie: daleka owej litery muzyki Szymanowskiego, ale właśnie bliska jej duchowi – swobodna harmonicznie, ulotna i tajemnicza. Była to zapowiedź tego, co można z muzyką autora Harnasiów zrobić, jeśli zastosuje się odpowiednie podejście. Albo jeśli zabiorą się za nią muzycy pozbawieni oporów poprzednich pokoleń.

Kiedy Nahorny wydawał pionierskie Mity, pianista Łukasz Ojdana miał sześć lat. W 2013 roku dwudziestodwuletni muzyk zastąpił Przemysława Raminiaka w grupie RGG i nagrał z zespołem płytę Szymanowski. Najkrócej można podsumować interpretacje polskiego zespołu, pisząc, że młode trio uniknęło niemal wszystkich pułapek, w które wpadł nestor polskiego jazzu. Pomógł też sam dobór materiału – zamiast zmagać się z formą rozbudowanej całości, muzycy wybrali zestaw drobnych, kameralnych utworów: kilka mazurków op. 50, preludia op. 1, słynną etiudę op. 4.  

Niewątpliwie nagranie podobnego materiału byłoby znacznie trudniejsze – lub w ogóle niemożliwe – gdyby wszyscy muzycy nie byli absolwentami klasycznych uczelni muzycznych. Sesja nagraniowa trwała tylko jeden dzień, ale już próby – nagrywane i analizowane – poprzedzające wejście do studia pochłonęły około czterech miesięcy. Interpretacje RGG to parafrazy – powtórzenie formalnej budowy oryginalnych utworów nie było ich najważniejszych celem. Tematy, konstrukcje harmoniczne i motywy Szymanowskiego biorą więc udział w nieskrępowanej grze wyobraźni. Muzycy tria zdają się oglądać każdą figurę i każdy akord ze wszystkich stron, niespiesznie przechodząc do następnego elementu, który zresztą może wypływać z logiki interpretacji, nie dzieła interpretowanego. Na płycie pojawiają się bowiem również tematy wyimprowizowane na motywach dzieł Szymanowskiego podczas prób, ale zespół w każdym takcie starał się zachować ducha oryginału. Stylistycznie wszystko rozgrywa się pomiędzy Paulem Bleyem, Bobo Stensonem i, jednak, Keithem Jarrettem – rozrzedzona struktura, płynne tempo, wysoka interakcyjność, zaawansowanie harmoniczne, namysł i przestrzeń raczej niż swingowa energia. I nie ma żadnego rozdźwięku między materiałem wyjściowym i improwizacją jazzowego zespołu, a przecież po próbie Nahornego stwierdzono, że Szymanowski jest „niejazzowy”. Nikt nie pisał krytycznych artykułów, nikt nie przygotowywał obron, odpowiedzi i polemik.

Co myślałby o tym wszystkim Karol Szymanowski? Oczywiście – możemy się jedynie domyślać, ale kto wie, czy dobrego kierunku nie wyznacza kilka poniższych, bardzo trafnych zdań autorstwa samego kompozytora:

„Najlichsze nawet »eksperymentatorstwo« współczesne posiada jeden bezwzględny plus: indywidualną odwagę palenia za sobą mostów, stawiania wszystkiego na jedną kartę. Zbyt zaś uroczysty tradycjonalizm, zręczne żonglowanie wszelkimi sztandarami przeszłości – to aż nazbyt często smętna maska o pustych oczodołach, starannie ukrywająca nicość i niemoc twórczą”.

Tylko jak zastosować te uwagi do „konserwatywnego eksperymentu” Włodzimierza Nahornego?

Tomasz Gregorczyk