Autor: Jacek Dehnel
Wydanie: MWM 09/2014

Dion, Macedonia. Grecki okres archaiczny. Piszczałki.

Article_more
Za Gravesem i innymi autorami przyjmuje się często, że mit o Apollinie obdzierającym ze skóry Marsjasza jest odbiciem pradawnych przemian kulturowych: helleński podbój Arkadii i Frygii sprawił, że miejscowe ludy porzuciły tradycyjne instrumenty dęte i zastąpiły je kitarą; przy aulosach i fujarkach pozostali tylko prości, nieuczeni chłopi, w pocie czoła uprawiający ziemię i wypasający stada na górskich zboczach. Byłby to zatem konflikt cywilizacji miejskiej z wiejską, wysublimowania z prostotą, oświecenia z ciemnością, światła z mrokiem. Dowodów na wyższość kitary autorzy greccy przywołują aż nadto. Sam Arystoteles twierdzi, że Atena porzuciła i przeklęła aulos nie tylko dlatego, że brzydko wyglądała z wydętymi, nabiegłymi krwią policzkami, lecz także dlatego, że gra na piszczałce nie rozwija intelektu, kitara natomiast pozwala na równoczesną grę i śpiew, a zatem łączy muzykę ze słowem.

Jak się jednak zdaje, Apollo wcale nie grał piękniej od ludowo-leśnego grajka, Marsjasza – wszak Midas przyznał palmę pierwszeństwa sylenowi, nie bogu, za co zresztą został ukarany wyrośnięciem oślich uszu. Apollo zwyciężył dopiero fortelem: spytał, czy konkurent potrafiłby odwrócić instrument, nie przerywając gry. Tak oto subtelny olimpijski intelektualista, posługujący się rozwijającą umysł kitarą, żeby wygrać z „muzyką źródeł”, musi się uciec do taniej sztuczki weselnego muzykanta, który wygina się na scenie w remizie i obraca gitarę czy szarpie struny, stojąc na jednej nodze z przełożoną pod uniesionym kolanem ręką. Bardzo to, przyznać trzeba, rozpaczliwe i groteskowe zwycięstwo. I w dodatku niezgodne z regułami gry, spór bowiem toczył się przecież o to, kto gra piękniej, a nie kto zgrabniej wywija instrumentem.

 

Im bardziej zwycięstwo było wątpliwe i żenujące dla bóstwa, tym bardziej bezwzględna i okrutna musiała być kara: Apollo obdziera Marsjasza ze skóry. Malarzom niekiedy wydawało się to mało wiarygodne – gdzieżby taki promienny, gładkolicy, efebowaty artysta własnoręcznie skórował? Na fresku Romanellego w Luwrze i u Charles’a van Loo, nadwornego malarza Ludwika XV, bóg, owinięty różową szatą, koniuszkiem równie różowego palca komenderuje pomagierami; podobnie jest u Rafaela w watykańskich stanzach, gdzie nadal brzdąka na lirze, a jeden z siepaczy koronuje go laurem zwycięstwa.

 

Ale bywa i inaczej. José Ribera malował ten temat dwukrotnie, jego uczeń, Luca Giordano, jeszcze częściej. Za każdym razem Febus zabiera się do roboty ochotnie i profesjonalnie: wie, którędy prowadzić ostrze przez skórę, jak fachowo przydeptać nogą wijącą się ofiarę. Kiedy inni zatykają uszy przed krzykiem Marsjasza i odwracają z obrzydzeniem głowy, on pracuje sumiennie, bez śladu znużenia; kiedy wtyka palce pod płat zrywanej skóry, nie ma w nim choćby odrobiny odrazy, tylko skupienie – takie samo, z jakim stara się w odpowiedniej kolejności i z odpowiednią mocą trącać struny kitary. U Carpioniego oślooki Midas z uwagą przypatruje się operacji: Apollo, pochylony nad Marsjaszem, który leży bezwładnie, przywiązany za kostki do drzewa, zabiera się do dzieła jak klasyczny sadysta: patrzy ofierze prosto w oczy i powoli przykłada nóż do ciała, sycąc się każdą chwilą wymierzania kary.

 

Zaryzykowałbym, że Ribera i Giordano – a także wszyscy, którzy podobnie wyobrazili sobie tę scenę – dogłębniej poznali psychikę subtelnych artystów z królestwa sztuki wysokiej, którzy, jeśli zajdzie potrzeba, kaźń wykonają precyzyjnie i gorliwie. Ileż razy znakomity malarz kilkoma celnymi sztychami załatwiał nieporadnego pacykarza? Starczy kilka uczonych fraz, bon mot, grubszy żart dla mniej pojętnej publiki i oskórowany kiczysta stoi pod pręgierzem. A fenomenalni pisarze, w felietonie miażdżący grafomanów? A – nie zapominajmy o nich – muzycy, którzy rozdeptują jakąś miernotę? Pełna skuteczność, mat w najmniejszej liczbie ruchów.

 

Sposób, w jaki Apollo mści się na Marsjaszu, może mieć związek, jak twierdzi Graves, z pradawnymi kultami, z rytualnym obdzieraniem ze skóry świętego króla, a także z samą techniką wykonywania pogrzebowych piszczałek z drzewa olchowego: z gałęzi trzeba było zerwać całą korę, rosnąca zaś nad brzegami rzek olcha była personifikacją archaicznego bóstwa lub półboga. Mógł być on utożsamiany z Orfeuszem, którego imię oznacza „nadrzeczny, znajdujący się nad brzegiem rzeki”.

Orfeusza, jak wiadomo, rozszarpały wściekłe menady, zdjęte szałem, chucią i pijaństwem czcicielki Dionizosa – wszystko dlatego, że pierwszy poeta nie oddał należytej czci ich bóstwu, a w dodatku za najwyższego boga uznawał słońce, które nazywał Apollinem. Z pozoru zatem mamy znów do czynienia z walką apollińskiej, słonecznej kitary i ciemnych piszczałek, na których muzykują proste syleny i do cna upojone menady. Jest jednak odwrotnie niż w przypadku Marsjasza: tam bóg światłości wszedł w rolę kata i rzeźnika, zdzierając skórę z prostego muzykanta, tutaj pijacka tłuszcza rozerwała na kawałki kapłana apollińskiego kultu. Raz wygrana, raz przegrana.

 

Menady, nakłonione do pomsty przez Dionizosa, zgromadziły się wokół świątyni Apollina w macedońskim Dionie. Kiedy ich mężowie złożyli oręż przy wejściu i udali się do środka, żeby oddać cześć bogu, kobiety pochwyciły miecze i topory, wdarły się do świątyni, mężów wymordowały, a Orfeusza rozerwały na kawałki. Jego głowa, porwana przez fale rzeki, dopłynęła, wciąż śpiewając, do wyspy Lesbos, by spocząć w poświęconej Dionizosowi jaskini pod miastem Antissa. Tam prorokowała tak długo, aż rozgniewany Apollo przywołał ją do porządku, bo mieszała się w przynależne mu sprawy wieszczenia. I tu sprawa się nieco komplikuje. Czy Apollo konkurowałby z własnym kapłanem?

 

Greccy autorzy pisali, że to Orfeusz ustanowił misteria dionizyjskie. Odgrywał w nich główną rolę, zatem czekał go ten sam los, co boga: miał być rozszarpany – podobnie jak mały Dionizos, uprowadzony z Olimpu i rozerwany na strzępy przez tytanów, a potem scalony i wskrzeszony przez swoją babkę, Reę. Jeśli więc pierwotny, „nabrzeżny”, olchowy i dionizyjski Orfeusz muzykował, to nie, jak głosi późniejsza tradycja, na kitarze czy lirze, ale na prostej piszczałce. Menady, które go zamordowały, to w istocie późniejsze apollińskie muzy, a posłużyły się najpewniej nie żelaznym orężem, ale tym, co miały na podorędziu: tyrsami, aulosami, brzękadłami, tamburynami. Muzyka zabijają muzykanci, korowód rozśpiewanych, rozkołysanych melodią grajków. Ostry ustnik piszczałki wbija się w gardło, w pachwinę, jak sztylet.

 

Dionizos i Apollo, zwykle przedstawiani jako antytezy, są braćmi, bliższymi sobie, niż skłonni jesteśmy to przyznać; to awers i rewers tego samego bóstwa. Obaj są męscy i kobiecy zarazem, okrutni i uwodzicielscy, obaj prowadzą za sobą orszak. I nieustannie się mordują. Za każdym razem, kiedy błyskotliwy krytyk w felietonie rozprawia się z fenomenem disco polo, kiedy naiwne dziewczę lub młodzian idzie do łóżka z tym, który tak pięknie opowiada o słuchaniu Oedipusa Rexa – Apollo zdziera pas skóry z sylena-Dionizosa. Za każdym razem, kiedy wpadające przez okno łupanie techno zagłusza operową arię, kiedy orkiestra symfoniczna gra Bacha na jazzowo albo fugę opartą na temacie z przeboju Britney Spears – Dionizos posyła menady z dłońmi zaciśniętymi na piszczałkach, by rozszarpały na kawałki apollińskiego kapłana, Orfeusza. Wysokie i niskie, światło i ciemność, kitara i aulos zmagają się bez końca, okrutnie, wpływają na siebie, wzajemnie inspirują, niszczą się zaciekle, bez odpoczynku, zadają i przyjmują ciosy. I dzięki temu właśnie trwa muzyka.