Wydanie: MWM 10/2014

Seks, kłamstwa i żona w studni

Article_more
Gdyby Arnold Schönberg rozejrzał się po Śląsku, nie musiałby sięgać do duńskich legend, żeby napisać dramatyczną kantatę. Zamiast szukać inspiracji na zamku Gurre, wystarczyłoby, żeby pomieszkał trochę na zamku Czocha. Albo w Grodźcu. Mocne wrażenia gwarantowane.

To historie dozwolone od 18 lat. Do takich jednak Schönberg sięgnął w Pieśniach z Gurre. Duński król Waldemar kocha się w pięknej Tove, którą morduje jego zazdrosna żona; zrozpaczony król bluźni Bogu i po śmierci skazany jest wraz ze swą poległą drużyną wyruszać co noc na łowy. Dramaturgia szekspirowska, ale nie takie rzeczy zdarzały się w śląskich rezydencjach. W zamku Czocha, wzniesionym na wyniosłej skale nad Kwisą mordowano podobno seryjnie, i to nie kochanki, a żony.

Zamek ma średniowieczny rodowód, wymieniany jest w źródłach już w 1329 roku. Jego powstanie przypada na moment inkorporacji tzw. okręgu Cisy do księstwa świdnicko-jaworskiego. Czocha, obok zamków Świecie i Gryf, była na tym terenie najważniejszą warownią graniczną. Do 1346 roku należała do Henryka I, księcia świdnicko-jaworskiego, a po jego śmierci stała się lennem Czech. Wśród ówczesnych właścicieli zamku wymienia się m.in. Dohnów, Döbschützów i Nostitzów. To właśnie Nostitzowie przebudowali warownię, w pierwszej połowie XVI wieku, w okazały, renesansowy pałac obronny. A w wolnych chwilach wrzucali do studni swoje połowice.

Co się śni kobiecie
Galerię srogich mężów otwiera Wolfshelm von Nostitz. Pochodził z możnej rodziny, która na Śląsk przywędrowała z Nostitz na Górnych Łużycach. Herbem Nostitzów były wprawdzie dwa ustawione czubkami w dół szachowane rogi, ale przyprawiać ich sobie nie pozwalali. Wolfshelm ożenił się z bliską krewniaczką cesarza niemieckiego – bogatą, lecz znacznie starszą od niego wdową. Małżonka, której braki urody rekompensował gorący temperament, obdarzyła go szybko sześciorgiem dzieci. Żadne nie było podobne do urzędowego ojca. Miarka się przebrała, gdy Wolfshelm wrócił do domu z prawie rocznego pobytu za granicą i zastał swoją połowicę w stanie błogosławionym. Z miejsca zawlókł ją na dziedziniec i wrzucił do studni.

Po latach syn Wolfshelma tak samo postąpił ze swoją małżonką, gdy przyłapał ją na cudzołóstwie z woźnicą. Trzecia niewierna żona, niejaka Ulrike, została utopiona w studni na krótko przed pożarem zamku w 1793 roku. Mąż również nie chciał uwierzyć, że ciąża może trwać dwanaście miesięcy. Dziecko Ulriki zamurowano żywcem nad kominkiem w sieni.

W tym przypadku do zbrodni doprowadziło zwykłe nieuctwo, bo przecież ciąża wcale nie musi trwać 40 tygodni. W 1653 roku francuski sąd uznał, że niejaka Renè Dubois, która urodziła się trzynaście miesięcy po śmierci pana de Villenueve, jest jednak jego dzieckiem. Matka cieszyła się nieposzlakowaną opinią, zbyt długa ciąża została uznana za „kaprys natury”.

Zdarzały się ciąże jeszcze dłuższe. W 1636 roku sąd w Grenoble rozpatrywał sprawę Magdaleny d’Automont d’Auguemère, która urodziła dziecko cztery lata po wyjeździe męża do Niemiec. Teściowie uznali Magdalenę za cudzołożnicę, ale ona wyznała sędziom, że mąż uczynił ją brzemienną we śnie, i sprawę wygrała. Niestety, sąd w Grenoble zakazał „drukowania, sprzedaży i kupna pod karą śmierci” akt sprawy, więc tacy zazdrośnicy jak Nostitzowie  mogli bezkarnie oskarżać niewinne kobiety, zapychając studnię i powiększając liczbę białych dam, straszących na zamku.

Szkielet listonosza

Bywały jednak kantaty dramatyczne, w których pierwsze skrzypce grały kobiety. Autor Kroniki wielkopolskiej zapisał opowieść o Walterze, Helgundzie i Wisławie. Helgunda, „narzeczona pewnego księcia Alemanów”, pokochała rycerza Waltera, uciekła z nim do Tyńca i została jego żoną, ale potem zdradziła go z Wisławem, księciem Wiślicy.

Na dodatek Walter, podstępem pojmany i związany, musiał patrzeć, jak Helgunda i Wisław „oddają się uciechom miłosnym” na łożu w sali jadalnej. Wszystko się skończyło, gdy Walter oswobodzony z więzów przez brzydką i ułomną siostrę Wisława przebił mieczem oboje kochanków jednocześnie. Notabene siostra wystąpiła przeciwko bratu, bo Walter obiecał jej małżeństwo, na które już nie liczyła.

Aż tak perwersyjnych czworokątów raczej na Śląsku nie było, poza tym sprawiedliwość potrafiła zatriumfować i bez brzydkiej siostry. W średniowiecznym zamku Grodno, malowniczo położnym na górze Choina w Zagórzu Śląskim, pojawia się podobno Biała Dama. To kasztelanka Małgorzata, która pokutuje za zamordowanie męża. Mąż był wprawdzie bogaty, ale stary, a Małgorzata młoda i piękna. Do małżeństwa została zmuszona.

Kilka dni po weselu, które odbyło się w rodzinnym Grodnie, kasztelanka zabrała swego leciwego małżonka na spacer i zręcznie zepchnęła go z murów zamkowych prosto w przepaść. Byłaby to zbrodnia doskonała, gdyby całego zajścia nie zobaczył przez okno ojciec Małgorzaty. Kazał córkę zamurować żywcem w lochu, a sam oddał się rozpaczy po stracie ulubionego zięcia.

Na tej historii najlepiej wyszedł jeden z XIX-wiecznych właścicieli zamku, niejaki prof. Büsching. Kupił on szkielet jakiegoś listonosza i umieścił go w legendarnym lochu, aby pokazywać turystom za opłatą. Jeszcze bardziej opłaciłoby się mu zainspirowanie opowieścią o morderczyni uznanego artysty, bo na razie Biała Dama z Grodna zażywa tylko lokalnej sławy. 

Czerwony został ukarany

Jednak najbardziej dramatyczne sceny rozgrywały się w późnogotyckim zamku Grodziec, położonym na bazaltowej górze, 389 metrów nad poziomem morza. Dawno, dawno temu stał tu drewniano-ziemny gród. Murowany zamek został być może zbudowany dopiero w końcu XIV wieku. Był ulubioną rezydencją Piastów legnickich – Fryderyka III, Henryka XI i Fryderyka IV.

 

Fryderyk III, który dostał Grodziec w 1538 roku, lubił korzystać z życia. Na zamku nikt się nie nudził, bo książę organizował turnieje, biesiady, polowania, zawody strzeleckie. Jego syn Henryk charakterem przypominał ojca. Na utrzymanie dworu i rozrywki wydawał olbrzymie sumy i wiecznie był zadłużony.

 

Najlepszy kompan Henryka i marszałek jego dworu Hans von Schweinichen opisał w swych pamiętnikach książęce kłopoty. Bo skoro podróż do Lublina kosztowała go dwadzieścia cztery tysiące talarów, a roczny dochód z księstwa legnickiego wynosił jedenaście tysięcy talarów, to kłopoty musiały być. Czasem bywało tak głodno i chłodno, że dworzanie Henryka jadali korzonki, a on sam musiał oporządzać dwanaście zamkowych świnek. Ale zaciskać pasa nie lubił. Kiedyś pożyczył sto talarów od przełożonej jakiegoś klasztoru i natychmiast je przehulał... na cześć świętej Jadwigi.

 

Postępował zgodnie z zasadą Wespazjana – pecunia non olet. Nawet nie usiłował zachowywać pozorów. Kiedy skąpy brat pozbawił go źródeł utrzymania, osiadł w Grodźcu i uczynił z niego bazę wypadową do wypraw na co bogatsze karawany kupieckie. Nie grymasił na asortyment towarów. Któregoś dnia kupcom z Modlikowic, którzy wieźli z Wrocławia do Lipska ołów wartości czterystu talarów zabrał cały transport i zawiózł do zamku.

 

Marnie skończył. Zmarł w Krakowie po wypiciu dwóch szklanek mleka. Tam też został pochowany, bo cesarz nie pozwolił przewieźć zwłok do rodzinnego grobowca w Legnicy.

Z relacji kronikarzy wynika, że książę Henryk nie był jedynym, który psuł reputację Grodźca. Na szczycie góry zamkowej w pierwszej połowie XV wieku rezydowali rycerze-rabusie plądrujący okoliczne dobra. Z kolei w 1528 roku w Grodźcu zatrzymała się na pewien czas banda rycerzy-rabusiów, którzy na drodze w kierunku Iwin rabowali kupców. Pamiątką po tych napadach jest kamienny krzyż i Czerwony Upiór – kościotrup w pogiętej zbroi otoczonej błękitnawą poświatą, okryty purpurowym płaszczem, który błąka się nocą po zamkowych komnatach i wewnętrznym dziedzińcu.

 

Nie wiadomo, czy rycerze-rabusie zostawili w zamku swoje łupy. Ale w roku 1967 odkryty został tu prawdziwy skarb. Dzieci bawiące się na północnym zboczu góry przy ścieżce prowadzącej do wsi Jurków, pod konarem jednego z powalonych drzew znalazły ceramiczny toczony garnek z wąską szyjką o wysokości 15 cm . Wypełniony był on po brzegi 491 średniowiecznymi monetami z XIV i XV wieku. Przypuszczalnie został ukryty ok. 1500 roku, ale nie wiadomo przez kogo i w jakich okolicznościach. Archeolodzy przypuszczają, że mógł to zrobić Czarny Krzysztof von Zedlitz, jeden z najsłynniejszych śląskich raubritterów, który w pobliskiej Olszanicy miał obronny dwór (jego szczątki odsłonięto dopiero w 2003 roku). Zedlitza udało się ująć w 1512 roku i legenda mówi, że zdradziła go kochanka, która pokazała sekretne przejście do dworu.

 

Być może była nią córka rajcy Złotoryi, Jerzego Kuntha, uprowadzona przez Zedlitza, być może jakaś inna „zła kobieta”, ale koniec końców Czarny Krzysztof stracił głowę. Artyści zyskali temat. Wciąż jest do wykorzystania.