Wydanie: MWM 04/2012

Jestem do wzięcia. Od 2014 roku

O festiwalu Musica Polonica Nova, muzycznych inspiracjach literaturą i współczesnych polskich kompozytorach w rozmowie z Rafałem Augustynem.
Article_more
W muzyce na pewno nie szukam tapety, tła do smażenia jajek, pracy w ogródku. Słucham zawsze aktywnie, nie zazdroszczę ludziom, którzy puszczają muzykę do innych czynności, ja bym tak nie potrafił.
Grzegorz Chojnowski: Sierpnia 1951 roku pan nie pamięta – to czas, kiedy urodził się pan we Wrocławiu. A pierwsze znaczące doświadczenie muzyczne?

Rafał Augustyn: Mój dziadek, który był kontrabasistą, uczył mnie rudymentów muzyki i gry na fortepianie. Moja mama też trochę grała. Natomiast pierwsze doświadczenie jako słuchacza profesjonalnej muzyki to radio. Odbieraliśmy jeden program, więc muzyka była dość zróżnicowana, sporo ludowej, dużo Chopina, czego zresztą nie cierpiałem. Pamiętam również plebiscyt na wybór hejnału Wrocławia w roku 1956 lub 1957, po odwilży, kiedy okazało się, że możliwe są pewne lokalne zjawiska w kulturze. Wrocławskie radio ogłosiło konkurs, wybierało się jedną z dwóch wersji. Ja, będąc dzieckiem przemądrzałym, nauczyłem się pisać i wysmarowałem kartkę, na której zagłosowałem na hejnał numer dwa, bo mi się bardziej podobał. I dostałem nagrodę. Tak po raz pierwszy pojawiłem się w prasie. Miałem sześć lat. Nagrodą było 500 złotych, do czego ojciec dołożył 600 i kupił mi bardzo porządny rower.

 

Oprócz muzyki studiował pan polonistykę, zresztą w uniwersyteckim Instytucie Filologii Polskiej od lat pan pracuje...

Ojciec chciał mnie wysłać na politechnikę (wraz z mamą byli inżynierami), na elektronikę albo architekturę, ale ja się zdecydowałem na polonistykę. Myślałem, że to łatwe studia. Dziś to jest moje środowisko naturalne, choć za typowego polonistę się nie uważam. Wszystkie moje publikacje są albo teatrologiczne, albo kulturoznawcze, tekstu ściśle literaturoznawczego czy lingwistycznego w dorobku nie mam.

 

Za to w pańskiej twórczości związki z literaturą się pojawiają. Z oczywistych tytułów wymieńmy Rękopis znaleziony w Saragossie Potockiego czy utwory do wierszy Apollinaire’a i Białoszewskiego. W jakim stopniu literatura pana inspiruje?

Coraz bardziej. Sam jestem tym zdziwiony, bo przez lata myślałem o sobie jako o kompozytorze muzyki autonomicznej, przede wszystkim instrumentalnej. Korzystanie z literatury dopuszczałem przy krótszych utworach czy muzyce teatralnej, ale nie w przypadku dużych form. Tymczasem wyszło trochę tak jak z Szymanowskim, który też uważał się za kompozytora instrumentalnego, a okazało się, gdy podsumował katalog swojej twórczości, że najwięcej napisał pieśni. Teksty są dla mnie ważne, pracuję nad nimi długo, rzadko zdarzają się inspiracje nagłe, jak przy utworach do wierszy Białoszewskiego. Staram się zawsze znaleźć taką płaszczyznę transformacji, która by im nie zaszkodziła, nawet jeśli trzeba te teksty rozbić, przebudować, dopisać coś nowego. Komponuję ze świadomością zarówno znaczeń, kontekstów, jak i brzmień.

 

Na tegorocznym festiwalu Musica Polonica Nova wrocławscy twórcy zaprezentują kompozycje inspirowane postacią i dorobkiem Rafała Wojaczka…

Bardzo jestem ciekawy rezultatu, bo Wojaczek kojarzy mi się z rożnymi rzeczami, ale akurat nie z tym typem muzyki. Sam bym nie wymyślił, żeby komponować do Wojaczka.

Pan z kolei bierze na warsztat Herberta.

Kiedy mi zaproponowano skomponowanie utworu chóralnego do tekstów Herberta, nie byłem przekonany. Nikt tego przecież dotąd dobrze nie zrobił. Postanowiłem jednak złapać byka za rogi. Napisałem utwór o podróżach Herberta, pojawią się w nim także autentyczne zapowiedzi z włoskich dworców. Każda z części będzie zaczynać się swoistą ramą pokazującą poetę w sytuacji podróży, gdy jedzie, gdy mu się pociąg spóźnia albo jest odwołany z powodu strajku. Potem mamy tekst cesarza Hadriana o duszyczce wędrującej, czyli też pewien rodzaj zapowiedzi dotyczącej wędrówki, a na końcu modlitwę Herberta żegnającego się ze wszystkimi, których w tych swoich podróżach spotkał. Tylko w niektórych momentach słychać prawdziwy śpiew, przeważa rodzaj melorecytacji, pogranicze śpiewu i mowy. Starałem się temu tekstowi nie zaszkodzić. Zobaczymy.

 

Współczesna muzyka, pańska muzyka, szuka relacji także wewnątrzgatunkowych. Dla pana ważny jest np. jazz.

Ja chciałem mieć kiedyś nawet kapelę rockową… Jazz również brałem pod uwagę, próbowałem dyrygować big bandem, co mi, niestety, nie wyszło. Jestem wprawdzie laureatem Jazzu nad Odrą, ale chyba jedynym, który nie wydał na festiwalu ani jednego dźwięku. Z Julianem Kurzawą dostaliśmy nagrodę w kategorii kompozycji, przy czym Julek grał na trąbce, a ja zacząłem dyrygować. Okazało się, że robię to źle i zastąpił mnie Aleksander Mazur, dzisiaj świetny bandleader. Interesowały mnie wszystkie gatunki muzyki, jestem wszystkożerny. W jazzie wspaniała jest wolność przy jednoczesnej dyscyplinie, specyficzne brzmienie oraz instrumentarium, z klawiszami, perkusją, sekcją dętą.

 

Mógł pan bardziej zaistnieć jako kompozytor teatralny, swojego czasu współpracował pan m.in. z Tadeuszem Łomnickim, ale nie zdecydował się pan na głębsze wejście w ten obszar muzyki.

Do dzisiaj nie wiem, czy to nie była najgłupsza rzecz, jaką zrobiłem w życiu. Łomnicki zaproponował mi kierownictwo muzyczne Teatru na Woli, odmówiłem. Pracowałem już na Uniwersytecie Wrocławskim. On na to, że nie ma problemu, przeniesie mnie na warszawski. Był wtedy członkiem Komitetu Centralnego PZPR, mógł wszystko. Artystycznie to był jego najlepszy okres, gigantyczna klasa. Może z wrodzonego konserwatyzmu, może dlatego, że Wrocław już wtedy piękniej się prezentował od Warszawy, może się bałem, nie chciałem zostawiać przyjaciół, nie wiem czemu, ale odmówiłem. No, a potem ta moja kariera teatralna się właściwie skończyła. Trochę ubolewam na tym, ponieważ bardzo lubię teatr, to twórczość łącząca różne dziedziny sztuki, znaczenia, praca zbiorowa. Jeśli ktoś potrzebuje kompozytora, tylko nie zaraz, może od 2014 roku, jestem do wzięcia. Zrobię to z przyjemnością!

 

Wrocławską Nagrodę Muzyczną otrzymał pan za album Do Ut Des. Music for and with Quartet, „intrygujący zbiór utworów, dzięki któremu poznajemy kompozytora w kilku wcieleniach i obserwujemy ewolucję jego języka muzycznego”. Pan się z tą laurkową etykietą zgadza? Ta ewolucja była w jakimś sensie zaprogramowana?

Skoro dobrze o mnie piszą, to dlaczego mam się nie zgadzać? Natomiast myślę, że chyba nie ewoluuję. Na tym albumie znalazły się utwory z bardzo różnych lat, nie widać w nich jakiejś linii. Ja często wracam do poprzednich dzieł, z reguły jestem niezadowolony z rezultatu, więc coś w nich przerabiam i poprawiam. Nie muszę negować tego, co zrobiłem dotąd, nie muszę też zajmować się pielęgnowaniem własnego stylu. Są świetni kompozytorzy, którzy mają wyrazisty, rozpoznawalny styl, jak Paweł Szymański czy Paweł Mykietyn lub Eugeniusz Knapik, ja do nich nie należę. To także powód tego, że moja muzyka jest trudnym obszarem dla krytyków, oni sobie z nią często nie radzą i na wszelki wypadek odrzucają. Kiedyś wrzucano mnie do jednego worka z rówieśnikami, zupełnie nie rozumiejąc różnicy pomiędzy nami, nie pojmując mojej asymetrii, nieortodoksyjności w podejściu do języka, niezgody, niechęci do wykuwania określonej kompozytorskiej fizjonomii.

 

Czego pan dziś szuka w muzyce jako twórca i jako odbiorca? W jednym z wywiadów powiedział pan, że muzyka służy „prowokowaniu sytuacji, w których słuchacze poczuliby, że tworzą nową rzeczywistość”. To ciągle aktualne?

Jako kompozytor szukam niekoniecznie tego samego, czego szukam jako odbiorca. Inaczej niż na przykład Krzysztof Penderecki, dla którego muzyka, jakiej chce słuchać, jest bardzo podobna do tej, jaką tworzy. Myślę, że nawet u Góreckiego trochę tak było. Ale już u Stefana Kisielewskiego, jednej z najbardziej intrygujących postaci polskiej muzyki, było odwrotnie. Kisiel nie napisał nic wielkiego, natomiast potrafił się zafascynować czymś zupełnie odmiennym od swojej estetyki, zrozumieć to i wyjaśnić, czym różni się od jego twórczości. Ze mną jest tak, że szukam w muzyce bardzo różnych rzeczy, na pewno nie szukam tapety, tła do smażenia jajek, pracy w ogródku. Słucham zawsze aktywnie, nie zazdroszczę ludziom, którzy puszczają muzykę do innych czynności, ja bym tak nie potrafił. Wyjątkiem są chwile, gdy jadę samochodem. 

 

Festiwal Musica Polonica Nova ma w tym roku sporo zadań, zarówno premierowych, jak i wspomnieniowych. Pojawią się na nim utwory kompozytorów, którzy w pana biografii znaczyli wiele. Po pierwsze Ryszard Bukowski, który tworzył ten festiwal od początku, od lat 60. ubiegłego wieku, a w tym roku mija 25. rocznica jego śmierci.

Bukowski był dla mnie kimś bardzo istotnym, choć niekoniecznie jako profesor kompozycji. Zdecydowanie ważniejszy jest ten okres, kiedy uczyłem się u niego form muzycznych i kontrapunktu w szkole średniej. Potrafił świetnie opisać muzykę, wytłumaczyć ją, skierować uwagę na konkrety. Na tym polu wiele mu zawdzięczam, potem jednak zacząłem się buntować, odszedłem od niego do Góreckiego.

 

No właśnie, bohaterem monograficznego koncertu tegorocznej edycji ma być Henryk Mikołaj Górecki.

Bardzo się boję tego koncertu. To jest program, który i ja chciałem kiedyś zaprezentować, podobnie zresztą jak Andrzej Chłopecki. Obaj napotkaliśmy wtedy na opór samego kompozytora. Proponowałem wykonanie trzech części Genesis, bez Muzyczek. Górecki stwierdził, że potrzeba do tego jakichś wariatów, nie zwykłej orkiestry. Mam więc nadzieję, iż wariaci od Marka Mosia zrobią to świetnie, ale się boję. Tak wiele Góreckiego naraz może działać przeciw tej muzyce, choć z drugiej strony, pamiętam jak Joanna Wnuk-Nazarowa zorganizowała kiedyś 24-godzinny maraton wszystkich utworów Góreckiego i słuchało się tego kapitalnie. Wierzę w Marka Mosia i jego muzyków, ale ryzyko jest potworne, zwłaszcza z podobnymi do siebie czterema Muzyczkami. Cieszę się, że Góreckiego się gra, nie tylko te słodkie utwory z ostatniego okresu, nie tylko III Symfonię, lecz także eksperymentalne dzieła z lat 60., a nawet 50.  

 

Symfonia pieśni żałosnych stała się światowym przebojem, zatracając często swój tematyczny kontekst. Taki bywa los wielu dzieł, nie tylko muzycznych. Szekspira grywa się dziś w teatrze na setki sposobów, odmieniając oryginalny zamysł autora czasem kompletnie. To wartość czy problem?

To zawsze zależy od kontekstu. Górecki czasem sam śmiał się z tego swojego sukcesu, choć traktował go poważnie, zdobył przecież dzięki temu pieniądze i uznanie. Pierwsze wykonanie pod dyrekcją Ernesta Boura zostało przyjęte z konsternacją, nie rozumiano, o co chodzi, co to za utwór o polskich sprawach. Potem Symfonia zrobiła karierę w kraju, a w końcu zdarzył się sukces na Zachodzie, gdzie stała się dziełem New Age. Górecki zdawał sobie sprawę z tego, że odbiór kontekstów religijnych, narodowych, śląskich jest zaburzony, ale mu to nie przeszkadzało. Uważał, iż istnieją emocje wspólne wszystkim. On szedł w stronę prostych ludzkich uczuć i miał rację.

 

Mamy dziś we Wrocławiu dobry czas dla muzyki współczesnej, muzyki w ogóle. Mówi się, że Narodowe Forum Muzyki to szansa historyczna…

To jest szansa duża, trzeba się postarać, by tego nie popsuć. Trochę się obawiam, zwłaszcza po tym, co właśnie usłyszałem w radiu, że wybudowano w jednym z województw trzysta świetlic, ale czynnych jest tylko dwadzieścia, na więcej nie ma pieniędzy. Narodowe Forum Muzyki będzie olbrzymie, wypełnienie publicznością tej gigantycznej przestrzeni to zadanie trudne, nie chodzi tu jedynie o pieniądze. To wymaga olbrzymiej pracy edukacyjnej, promocyjnej, bardzo zróżnicowanej oferty. Nie chciałbym, aby Narodowe Forum Muzyki, tak jak Filharmonia Warszawska w latach międzywojennych, musiało się posiłkować kinem albo sprzedażą rowerów. Będziemy mieć świetne miejsce, ale pamiętajmy, że w Polsce buduje się dziś dużo. Istnieje plan podobnego centrum w Katowicach, kończy się budowa w Białymstoku, są Kielce, Lublin, Bydgoszcz ze swoimi projektami. Myślę, że to jest także szansa na integrację twórczości dawnej z najnowszą. Te mniejsze sale, bardziej mobilne, przystosowane do zmian, będą służyć rozmaitym eksperymentom, więc przestrzeń powinna być wielkim atutem Forum. Sam jestem tu bardzo zainteresowany, bo mam napisać utwór na inaugurację, coś, co wykorzysta i salę, i otoczenie. Zobaczymy, mam nadzieję, że zagra.

 

Rozmawiał Grzegorz Chojnowski (Radio Wrocław)

 

Rafał Augustyn – kompozytor, krytyk muzyczny, polonista. Laureat Nagrody Związku Kompozytorów Polskich „za wybitne osiągnięcia kompozytorskie oraz programowe kreacje festiwalowe”. W latach 1984-94 wraz z Markiem Pijarowskim kierował Festiwalem „Musica Polonica Nova”, a w latach 1980-98 był członkiem Komisji Programowej Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”. Jest Wiceprezesem Zarządu Oddziału Wrocławskiego ZKP.