Wydanie: MWM 10/2014

Primadonna Assoluta

Article_more
Lato było w pełni. Żar lał się z nieba, znajomi melomani dzielili się na portalach społecznościowych fotkami z muzycznych podróży, wrażeniami z transmisji radiowych i krótkimi recenzjami ze świeżo kupionych płyt. Przyjaciel podrzucił mi link do Traviaty z jednego z najsłynniejszych festiwali operowych świata.

Niestety, łącze internetowe zawiodło. Obraz przestał się rwać, a dźwięk zanikać dopiero w II akcie, w początkowych taktach recytatywu Alfreda „Lunge da lei”. Na scenie miotał się rozpaczliwie młody i bardzo przystojny tenor, śpiewający pięknym, jasnym i wyjątkowo czystym głosem – zupełnie o niczym. Dosłuchałam posłusznie do cabaletty i zamknęłam okno streamingu. Po pierwszej, niewesołej refleksji, że zmieniam się z wolna w Statlera albo Waldorfa – pamiętnych bywalców loży honorowej w Muppet Show – przeszłam na stronę YouTube i zaczęłam buszować w archiwalnych nagraniach Traviaty. Po przesłuchaniu wszystkich modelowych Alfredów przyszła kolej na Violetty. Zatrzymałam się przy „È strano!” w wykonaniu Callas z 1953 roku. Zatrzymałam się na dłużej. Na bardzo długo.

Przecież ja nie lubię jej głosu. Przecież kiedyś ze wzgardą i pełną świadomością, kogo słuchamy, odrzuciłam jej interpretację Carmen w Płytowym Trybunale Dwójki. Przecież te góry są zbyt ostre, przejścia między poszczególnymi rejestrami chwiejne, w dole skali śpiewaczka czasem aż się dławi! A przecież siedzę przy głośnikach jak zaczarowana i nie mogę uszu od tego śpiewu oderwać. Bo Callas do mnie mówi. Bo nie słyszę poszczególnych, choćby i misternie nizanych dźwięków, tylko przeraźliwie ludzką rozterkę przełożoną na język belcanta. Bo w tym śpiewie jest wszystko, co być powinno, i niczego poza tym. Callas potrafiła osadzić frazę w szerszym kontekście, doprowadziła tę umiejętność do stanu mistrzostwa zwłaszcza w długich scenach, odpowiadających potężnym monologom aktorskim w teatrze dramatycznym.

 

„Ładny głos, ale co z tego?” – miała kiedyś skwitować Callas nowe nagranie swej największej rywalki Renaty Tebaldi. I z takich właśnie, nieopatrznych czasem wypowiedzi, budowano legendę Primadonna Assoluta. Kobiety-potwora, która nie przestrzegała żadnych reguł, bo tworzyła je sama. Czyżby? Zbyt wiele lat zajmuję się techniką i estetyką śpiewu, żeby nie zdawać sobie sprawy, jak wielkiej trzeba dyscypliny wewnętrznej, jak żelaznego panowania nad własnym głosem, żeby przezwyciężyć jego niedostatki z tak imponującym skutkiem artystycznym. Callas umiała zbudować legato, którego niedościgniona ekspresja zasadzała się nie tylko na płynnym łączeniu dźwięków, lecz także na modelowaniu frazy dynamiką i barwą brzmienia. Dzięki niestrudzonej pracy nad emisją poszczególne słowa w jej śpiewie były nie tylko rozpoznawalne, lecz także po brzegi naładowane treścią. Nigdy nie stosowała ozdobników dla czczego efektu: każdy tryl czemuś służył, każda accacciatura ewokowała jakiś obraz, każde glissando łamało serce. Wszystko to dowodzi niesprawiedliwości wysuwanych pod jej adresem zarzutów, że śpiewała intuicyjnie, że nie budowała świadomie swoich interpretacji, że „coś” w nią wtargnęło, rozsiadło się w niej jak żydowski dybuk, przemawiało jej ustami, ale bezwolnym głosem. Nieżyjącej już Callas można wmówić wszystko, co ludzkie: że miała nieślubne dziecko z Onassisem, że połknęła żywego tasiemca, by schudnąć, że była nieznośną, rozkapryszoną diwą. Czas najwyższy oddać jej to, co nadludzkie: niewiarygodną muzykalność i niespotykaną w dzisiejszym świecie operowym technikę wokalną.

Jestem wszakże tylko człowiekiem i nie potrafię się w niej zakochać. Może z wrodzonej przekory, która z roku na rok oddala mnie od mistrzowskich interpretacji Jonasa Kaufmanna. Bo w tych frazach, które wielbicieli uwodzą coraz potężniejszą głębią wyrazu, ja słyszę coraz bardziej wyeksploatowany, zmatowiały głos wielkiego śpiewaka, który stał się bożyszczem tłumów. A tłum jest okrutny. Tłum nie odpuści. Nie znoszę tłumu i przez to odnoszę się z rezerwą do jego ulubieńców.

 

Co nie zwalnia mnie z obowiązku stawania w ich obronie, kiedy ktoś próbuje zrzucić ich z piedestału. Im więcej lat mija od śmierci Callas, tym częściej rozprawiamy o jej przedwczesnym upadku, zamiast o najświetniejszych latach kariery, kiedy triumfowała na scenach operowych całego świata, kiedy tchnęła nowe życie w skostniałą estetykę belcanta. Kilka miesięcy temu pojawił się w sieci wstrząsający skądinąd film, zmontowany z fragmentów nagrań, w których Callas akurat NIE śpiewa. Patrzy spode łba, uśmiecha się kącikiem ust, ukradkiem ociera łzy, bierze oddech, by wyprowadzić pierwszą frazę i… w tym momencie za każdym razem następuje cięcie. Film nazywa się Maria Callas loses her voice. Ktoś zaprotestował w komentarzach: jak to traci głos? Przecież ona cały czas śpiewa! Oczyma, dłońmi, całym ciałem. Słychać ją nawet w martwej ciszy.

 

Znów powróciłam myślami do tenora z niefortunnej transmisji. Gdyby na stronie słynnego festiwalu można było dodawać komentarze, zamieściłabym własny: jak to się dzieje, że Alfredo cały czas milczy? Ma puste oczy, nieme ciało, jego śpiew absolutnie nic nie wyraża. Nie słyszę go w tych kaskadach dźwięków.