Wydanie: MWM 10/2014

Architekt emocji

Andrzeja Panufnika wspomina Ewa Pobłocka
Article_more
Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że bardzo pociąga mnie regularność tej muzyki, to znaczy możliwość zapisania jej bez nut jakimiś schematami, które zawsze są symetryczne. Jest mi to niezwykle bliskie i wydaje mi się, że jest też bliskie mojej idei piękna – bo jeśli jest symetria, to jest też harmonia, a harmonia to piękno. A u Panufnika symetria jest wszechobecna, jest to dla niego bardzo charakterystyczne.

Beata Bolesławska-Lewandowska: (…) Powiedz, jakim dyrygentem był Andrzej Panufnik?

Ewa Pobłocka: Ostatnio z ust jednego z naszych dyrygentów usłyszałam, że Panufnik był genialnym dyrygentem i że to, co jest zapisane w partyturze wynikało w dużej mierze z jego wiedzy dyrygenckiej. On doskonale wiedział, dlaczego oczekiwał w danym miejscu np. sforzata. Ja sama nigdy co prawda nie grałam z Panufnikiem tego utworu w wykonaniu koncertowym, ale kiedy nagrywaliśmy go w Londynie, podczas prób absolutnie miałam wrażenie, że on doskonale wie, czego chce od orkiestry i potrafi to doskonale wyegzekwować. Podobnie zresztą, jak Lutosławski. W dodatku obaj robili to w bardzo kulturalny sposób, byli pod tym względem nienaganni.

 

Skoro już jesteśmy przy Panufniku i Lutosławskim… Ty miałaś to szczęście, że wykonywałaś koncerty fortepianowe obu tych naszych wielkich twórców i z oboma pracowałaś osobiście. Czy w pracy nad utworem byli do siebie podobni, czy też nie?

Byli jednak różni. To znaczy, kiedy stawiałam pewne konkretne pytania Lutosławskiemu, czy to na temat wykonania, czy też zawartości tzw. treści utworu, on mi zawsze bardzo dokładnie odpowiadał – lub też odrzucał moje wyobrażenia. Lutosławskiemu zresztą zawsze dalekie były jakiekolwiek interpretacje czy skojarzenia pozamuzyczne – właściwie nie miały racji bytu, zwykle je odrzucał. Natomiast jeśli chodzi o Panufnika, to z nim właściwie rozmowa nie była potrzebna, bo on wszystko bardzo dokładnie zawarł w swojej muzyce i jeśli zapędzałam się w bardziej szczegółową analizę, to – jak już mówiłam – stopował mnie, mówiąc że nie muszę wszystkiego wiedzieć, ale że mam to odczuć i przekazać. To ich różniło.

(...)

Zmieniając trochę temat, chciałabym zapytać czy Koncert fortepianowy był pierwszym utworem Panufnika, z którym się zetknęłaś?

Nie, pierwszym był Koncert skrzypcowy, który słyszałam w czasach, kiedy grała go Wanda Wiłkomirska. Na pewno zrobił on na mnie wtedy wrażenie na tyle, że go zapamiętałam, nie pozostawił mnie obojętną. Nie byłam jeszcze wówczas gotowa na bliższy kontakt z muzyką współczesną, ale chyba przez swą ludowość ten utwór do mnie trafił – a zresztą Wiłkomirska grała go fantastycznie.

 

Potem poznałam większość muzyki Andrzeja, właśnie podczas mojego pierwszego pobytu w Londynie, kiedy już przygotowywałam się do wykonania Koncertu fortepianowego na „Warszawskiej Jesieni”. Pojechałam do Panufnika między innymi właśnie po to, aby wieczorami czy w ciągu dnia w ogrodzie słuchać jego muzyki – poprosiłam o udostępnienie mi wszystkich możliwych nagrań. Pamiętam, że wówczas niezwykłe wrażenie zrobiło na mnie Concerto festivo, słuchałam tego utworu codziennie, nieustannie do niego wracając – pociągnęła mnie niezwykła, bardzo pozytywna energia tej muzyki. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie również Arbor cosmica, które jak dla mnie zawiera w sobie jakąś filozofię. Uwielbiam też, oczywiście, sam Koncert fortepianowy.

Co zatem najbardziej fascynuje Cię w muzyce Andrzeja Panufnika, co jest Ci szczególnie bliskie?

Właściwie dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że bardzo pociąga mnie regularność tej muzyki, to znaczy możliwość zapisania jej bez nut jakimiś schematami, które zawsze są symetryczne. Jest mi to niezwykle bliskie i wydaje mi się, że jest też bliskie mojej idei piękna – bo jeśli jest symetria, to jest też harmonia, a harmonia to piękno. A u Panufnika symetria jest wszechobecna, jest to dla niego bardzo charakterystyczne.

 

Jest w jego muzyce z jednej strony ogromna energia, a z drugiej nostalgia, którą absolutnie słyszę w części drugiej Koncertu fortepianowego. Zupełnie fantastyczne jest to, że gdziekolwiek ten Koncert grałam i z jakąkolwiek orkiestrą, lepszą czy gorszą, zawsze, za każdym razem czułam, że słuchacze podczas wykonania drugiej części Koncertu są tą muzyką absolutnie otoczeni i pochłonięci. Często mam wtedy wrażenie, że słyszą w niej to, co pozostaje nienazywalne – coś, co bez wątpienia tam jest, a czego nie da się ubrać w słowa. Jest to na pewno niebywałe piękno, ale też jeszcze coś, czego nie da się nazwać. Wykonaniu tej części zawsze towarzyszy niesamowita cisza na sali i skupienie nas, wykonawców, bo mamy wrażenie, że dotykamy jakiegoś niezwykłego piękna…

 

A jak zapamiętasz samego kompozytora?

Przede wszystkim zapamiętam jego charakterystyczny język angielski – bardzo mi się podobał. Zapamiętam też jego poczucie humoru oraz wyjątkowe skupienie – on nigdy nie rzucał słów na wiatr, mówił tyle ile potrzeba, nigdy zbyt wiele. Dlatego zdarzały się w naszych rozmowach chwile ciszy, ale to nie była głucha cisza, ale właśnie taka, jak w jego muzyce, czyli cisza wymagająca skupienia i dająca skupienie. Pamiętam wzruszające słowa jego żony, Camilli, kiedy pojechaliśmy na prawykonanie Koncertu wiolonczelowego Andrzeja do Londynu, już po jego śmierci. I podczas próby Camilla powiedziała, że jak słucha tego Koncertu, to ma wrażenie, że Andrzej śpiewa. To było niezmiernie poruszające i rzeczywiście w jego muzyce jest coś, co sprawia, że jest ona bardzo osobista…

 

Warszawa, 30 grudnia 2013 i 29 maja 2014

 

Fragment pochodzi z książki Beaty Bolesławskiej-Lewandowskiej Panufnik. Architekt emocji wydanej nakładem Polskiego Wydawnictwa Muzycznego i Narodowego Instytutu Audiowizualnego.