Wydanie: MWM 10/2014

O tym, jak Sonny Rollins życie zmarnował

Article_more
Mamy jesień, nieprawdaż? A jesień z natury rzeczy skłania do wakacyjnych wspomnień, letnich reminiscencji, zatem powspominajmy. W Polsce mało kto zauważył dyskusję, która przetoczyła się nie tak dawno przez amerykańskie media. Debata dotyczyła jazzu, ale nie odbywała się na łamach specjalistycznych periodyków, lecz w poczytnych dziennikach i tygodnikach głównego nurtu – rzecz w Polsce, zdaje się, nie do pomyślenia.

Z jednej strony trudno się dziwić, w końcu jazz stanowi kluczową część amerykańskiego dziedzictwa kulturowego, ale z drugiej – jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że, dajmy na to, w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce” i „Fakcie” toczy się kipiąca emocjami dyskusja o Mikołaju Gomółce lub suce biłgorajskiej. A szkoda. Ale do rzeczy: przyjrzyjmy się, o czym w gorące wakacyjne miesiące rozprawiali (niektórzy) Amerykanie.

 

Wszystko zaczęło się (a jakże) od „New Yorkera”, gdzie 31 lipca ukazał się artykuł Django Golda zatytułowany Sonny Rollins: In His Own Words, w którym autor wciela się w legendarnego saksofonistę dokonującego rozliczenia z jazzem i własnym życiem. „Jazz jest najgłupszym z wymysłów. Zespół zaczyna jakiś kawałek, lecz po chwili wszystko się rozłazi, a muzycy grają, co im się żywnie podoba, tak długo, jak długo mogą wytrzymać. Przynudzają kolejno, a kiedy z braku dalszych pomysłów przestaną, publiczność bije brawo”. Daliby się Państwo nabrać, że autorem tych słów jest gigant, jeden z największych improwizatorów w historii jazzu? Idźmy dalej: „Wydałem pięćdziesiąt kilka albumów, napisałem setki kawałków, wziąłem udział w Bóg wie ilu sesjach. Niektóre moje nagrania spoczywają w Bibliotece Kongresu. Co za idiotyzm! Powinni spalić ten budynek do gołej ziemi. Nienawidzę muzyki. Zmarnowałem życie”. Każdy, kto słyszał w życiu choć jedną płytę Sonny’ego Rollinsa, musi być pewien, że to nie jego słowa. I jeszcze jeden fragment, moim zdaniem najbardziej udany: „Kiedyś, może w 1953 lub 1954 roku, skończyliśmy z chłopakami ostatni set koncertu w klubie Carousel i już mieliśmy się pakować, kiedy w drzwiach stanęli Bud Powell i Charlie Parker. Musieliśmy rzępolić razem przez kolejne pięć godzin, do białego rana. To był najgorszy dzień w moim życiu”. Sonny Rollins à rebours na całego!

 

Dodajmy jeszcze, że przytaczany wyżej tekst ukazał się w rubryce Humor, a jego autor, podpisany imieniem i nazwiskiem, jest satyrykiem. Wystawcie sobie Państwo, że jeden z naszych poczytnych tygodników ma dział satyryczny i drukuje w nim tekst Kuby Wojewódzkiego Krystian Zimmerman – wyznania, w którym pianista opowiada o swojej nienawiści do muzyki, a zwłaszcza Chopina, oraz zwierza się, iż w 1975 roku stanął do konkursu chopinowskiego z przymusu, a kiedy dowiedział się, że wygrał, poczuł obrzydzenie do samego siebie. Tak, zgadzam się z Państwem, nie byłby to humor najwyższych lotów, kto dałby się nabrać, ręka w górę! Tymczasem pewnie zastanawiają się Państwo, jak felieton Django Golda został odebranych w Stanach.

Co to się działo, jak powiada klasyk, co się działo! Muzycy, blogerzy i fani jazzu przesyłali i udostępniali sobie nawzajem tekst tego artykułu, opatrując go niewybrednymi komentarzami. Nicolas Payton, gardłując w swoim blogu, wpadł na kiepski pomysł, że skoro Django Gold jest biały, to rzecz musi mieć podtekst rasistowski. Rozprzestrzenił się specjalny hashtag #rollinstruth, którym opatrywano wypowiedzi mające spopularyzować informację, że to nie są autentyczne wypowiedzi Rollinsa. Mało tego, w dyskusję włączył się sam saksofonista, znany zresztą z poczucia humoru i dystansu do siebie. (Jedno i drugie zaprezentował zresztą w wywiadzie, który przeprowadziliśmy podczas pobytu Rollinsa we Wrocławiu). Mistrz usiadł przed kamerą w stylowej czerwonej czapeczce i powiedział, co myśli o satyrycznym przedsięwzięciu Django Golda: „Ten artykuł nawet mnie rozbawił. Ale drwiny z jazzu były tak grubymi nićmi szyte! Przez myśl mi nie przeszło, iż ktoś mógłby dać się nabrać, że to naprawdę moje słowa. Problem powstałby w momencie, gdyby ktoś, na przykład młody muzyk zapamiętale ćwiczący grę na saksofonie i uparcie dążący w stronę piękna, uwierzył, że to naprawdę ja wygadywałem te głupoty i stracił motywację. Tak, to byłoby dla mnie bolesne”.

 

Wydawało się, że sprawa została załatwiona, zwłaszcza że sam autor kontrowersyjnego artykułu napisał na Twitterze: „Sonny, dziękuję za poczucie humoru, a przede wszystkim za twoją muzykę. Jesteś królem”. Jednak w dyskusję włączyli się dziennikarze może nie mniej przenikliwi od Golda, lecz na pewno wolący strzelać z armat dużego kalibru, nieważne w co. Sean J. O’Connell w tabloidowym „LA Weekly” próbował podsumować rollinsowską aferę, określając ją jako shitstorm. Źródeł jej upatrywał (sam sobie chytrze przecząc) w tym, że artykuł nie był zabawny, a fani jazzu są w ogólności pozbawieni poczucia humoru.

 

Nie załamujmy jednak rąk nad kalifornijskim tabloidem, gdy sam szacowny „Washington Post” publikuje istną perełkę – artykuł Justina Moyera, dziennikarza i postpunkowego gitarzysty. A raczej tyradę zadowolonego z siebie ignoranta. Zwykle w takich razach we wstępie znajdujemy przechwałki edukacyjne mające uwiarygodnić autora. I co, są? A jakże! „Studiowałem jazz w Wesleyan University, miałem zaszczyt uczyć się od największych – Anthony’ego Braxtona, Pheeroana akLaffa i Jaya Hoggarda”. Później Moyer porównuje jazz do waty cukrowej, twierdząc, że jest „generalnie przyjemny, ale mało konkretny” oraz podpiera tę – jakże skądinąd konkretną – tezę całą listą swoich argumentów. Wątły to arsenał: jazz jest zły, bo jest instrumentalny – eliminuje wspaniałe teksty standardów jazzowych.  Improwizacja to żadna rewelacja. Jazz jest bzdurny i przestał się rozwijać i tak dalej. Oto prawdziwe bzdury. Przez moment miałem nadzieję, że to też jest tekst satyryczny, powtórka z prostej sztuczki opisu à rebours. Ale chyba nie – we wstępie autor wyraźnie zaznacza, że to nie są żarty. Jeżeli celem waszyngtońskiego kolegi po piórze było wywołanie kontrowersji, to ów cel został osiągnięty, i to szybko – jeden z komentujących ostrzega dziennikarza, żeby ten nie spacerował po jego dzielnicy, bo taka wizyta może się skończyć intensywnym wybijaniem głupich argumentów z głowy.

 

Kula śniegowa z komentarzami oznaczonymi #rollinstruth zwolniła, ale nie zdążyła jeszcze całkiem stopnieć, kiedy 12 sierpnia pojawiła się informacja, że legendarny 85-letni pianista Cecil Taylor padł ofiarą oszusta. Mężczyzna towarzyszył Taylorowi w podróży do Japonii, gdzie pianista odebrał Nagrodę Kioto w wysokości pół miliona dolarów. Obrotny asystent, który sprawił, że pieniądze – zamiast do Taylora – trafiły na jego konto, usłyszał w sierpniu zarzuty. Grozi mu do piętnastu lat więzienia.

 

Minione wakacje możemy oficjalnie uznać za jazzowe żniwa w mainstreamowych mediach. Aż strach pomyśleć, co jazzmani będą musieli zrobić następnym razem, żeby wywołać takie zainteresowanie poczytnych tytułów.