Wydanie: MWM 10/2014

ZMc

Article_more
„Zygmunt Mycielski jest wielką postacią polskiej kultury drugiej połowy XX wieku...” – głosi fragment recenzji wydawniczej na okładce książki. Nie miał telefonu – może nie chciał o jego założenie prosić lub obawiał się podsłuchów. Pisał zatem listy i zostawiał karteczki na biurku. Korespondencja Mycielskiego, w latach 1957–1959 redaktora, potem redaktora naczelnego „Ruchu Muzycznego”, usuniętego w 1968 roku ze stanowiska po wystąpieniu w obronie przedstawienia Dziadów i wystosowaniu Listu do muzyków czeskich i słowackich, wciąż jednak autora, ukrytego pod literkami „ZMc”, kierowana do Ludwika Erhardta, członka zespołu redakcyjnego, sekretarza redakcji i tego, który dzieło Mycielskiego kontynuował, daje fascynujący wgląd w życie codzienne, myśli i przeżycia człowieka o umyśle i wrażliwości nieprzeciętnej. Przygotowane do druku przez adresata, wzbogacone zwięzłymi objaśnieniami prowokują, by pochłonąć je jednym tchem. Indeks nazwisk ułatwi potem powrót do frapujących szczegółów.

Wyjątkowość i bezkompromisowość sądu autora spotyka się w każdym ze stu pięćdziesięciu pięciu listów – od projektu pisma sprzeciwiającego się interwencji cenzury do wysyłanych z daleka pocztówek. Szczerość wypowiadanych opinii dotyczy zarówno kolegów ze Związku Kompozytorów, jak i… Strawińskiego, o którym sporo, bo pieczołowicie przygotowywano numery „Ruchu Muzycznego” wychodzące po otrzymaniu wiadomości o śmierci kompozytora. Czuje się tu także dystyngowany – dowcipny, pozbawiony kokieterii – dystans do samego siebie: „Kończę moją III Symf. w ciężkim trudzie. Wycieczki chodzą bez przerwy, tłumy. Dlatego piszę w swoim pokoju i dopiero po 17.30 na chwilę idę sprawdzać do sali gdzie fortepian. Uczy mnie to zupełnego oderwania od instrumentu. Nie najlepsza to metoda, ale i nie najgorsza. Lepsze to niż być n.p. głuchy jak Beeth. – czyli jak pień. Ale jakąś taką op. 111 to bym chciał napisać!” – donosił z Nieborowa w czerwcu 1963 roku.

Korespondencja człowieka ogarniętego pasją twórczą i publicystyczną, którego działania są krępowane przez decyzje komunistycznych władz – kieruje wszak redakcją periodyku wydawanego przez państwo – jest znakomitym przyczynkiem do historii PRL-u. Mycielski nie próbował z reżymem walczyć – z klasą wytykał głupotę i szkodnictwo urzędników i dygnitarzy. Objęcie zapisem cenzury i pozbawienie pracy w „Ruchu Muzycznym” musiało go zaboleć, lecz nawet najbliższym nie dał tego odczuć.

 

„Nie opowiadał dowcipów. [...] Nietaktem byłoby próbować podzielić się z nim najnowszym kawałem” – pisze w posłowiu (ZM od zewnątrz) Erhardt. Listy są jednak nasycone wdziękiem zdradzającym niezwykle subtelne poczucie humoru. „ta maszyna jest czyms pkropnym, czcionki sa popryestawiane w poganski sposob” – szło do Warszawy z Hôtel de Paris Monte Carlo.