Autor: Jacek Dehnel
Wydanie: MWM 10/2014

Gitara. Bukareszt, 18 października 1879

Mały pitawal przestępstw dokonanych za pomocą instrumentów muzycznych
Article_more
Publiczność bukaresztańska dość tłumnie ściągnęła na sobotni występ cygańskiego Cyrku Sidolego, zapowiadany następującymi słowami: „WIELKIE PRZEDSTAWIENIE w zakresie wyższej sztuki jeżdżenia, tresury koni, podziwienia godnej gimnastyki, tańców na linie, baletów i pantomim. Zupełnie nowy program. Na zakończenie po raz pierwszy z użyciem sceny ROBERT DJABEŁ”.

Opera Meyerbeera była już wprawdzie grana w Europie od lat czterdziestu, ale jej wersja hippiczno-cyrkowa stanowiła niejaką nowość, zwłaszcza na odległych rubieżach Europy, które jeszcze niedawno były pod władzą Imperium Osmańskiego. Na widzów czekała zatem „wielka fantastyczna pantomima w trzech aktach, według opery tej samej nazwy opracowana, muzyka oryginalna z Meyerbeera dla sceny przerobiona z tańcami, manewrami, ukazywaniem się duchów, postaciami djabłów, geniuszami, nimfami, bachantkami – przedstawiona przez 60 osób i 20 koni. I akt – spotkanie się rycerzy, uczta, wezwanie na turnieje, pompatyczny pochód w towarzystwie rycerzy, dam dworu, heroldów, jeźdźców i trębaczy; turnieje wykonane przez sześciu jeźdźców na koniach. II akt – schadzka Roberta na cmentarzu, prześladowanie go przez nimfy, taniec nimf i djabłów. III akt – wybawienie Roberta i obraz końcowy w brylantowych ogniach sztucznych i bengalskich płomieniach. Dopisek głosił: Podczas przestanków będzie 8 klownów bawić Publiczność jak najprzyjemniej”. Przyjemność miała się jednak okazać co najmniej wątpliwa.

 

Tuż przed pierwszym aktem pantomimy Robert Diabeł, podczas przesuwania dekoracji i rozstawiania instrumentów koniecznych do wytwarzania efektów specjalnych, na środku areny pojawili się dwaj z ośmiu klownów: Momo i Koko. Scenkę odgrywano przed publicznością już ze dwadzieścia razy w wielu miastach wschodniej części Austro-Węgier – i aż do tego wieczora wyglądała tak samo: obaj wychodzili w przebraniach weneckich kawalerów z gitarami w ręku; próbowali śpiewać serenadę pod oknem tej samej wybranki, co prowadziło do kłótni, serii gagów, a wreszcie do bitki, w czasie której obaj bezlitośnie okładali się gitarami. Były one wykonane ze specjalnej cieniutkiej deseczki i łamały się z łatwością; po paru chwilach klauni, zmęczeni, siedzieli na piasku areny, otoczeni drzazgami i skręconymi strunami. Cała choreografia bitki była szczegółowo opracowana, każdy z nich znał kolejność ciosów i wiedział, jak się na nie nastawić tak, by nie ponieść uszczerbku na zdrowiu.

 

Gdyby ktoś z widzów zwracał uwagę na każdy, najdrobniejszy szczegół widowiska, dostrzegłby może trwający ułamek sekundy moment wahania, kiedy Koko chwycił za gryf swojej gitary: była nieco zbyt ciężka. Ale znał scenariusz; przyjął pierwszy cios Momo, który uderzył go w lewe biodro, po czym odpowiedział uderzeniem w szyję. W tej chwili pudło gitary rozpadło się na kawałki, a głowa odskoczyła od ciała, bryzgając na wszystkie strony krwią. Publiczność ogarnął prawdziwy szał: wiwatowano, krzyczano, śmiano się rozgłośnie. Wszystkie dotychczasowe prestidigitatorskie triki bladły przy tej znakomicie przedstawionej dekapitacji; wskazywano strugi krwi, bijące artystycznie z kunsztownie wykonanej atrapy szyi, podziwiano grę Koko, który złapał się za głowę, zaczął histerycznie krzyczeć, a następnie zemdlał, przede wszystkim zaś klaskano; cały namiot cyrkowy wprost trząsł się od owacji. Dopiero po panice, która zapanowała wśród przesuwających dekoracje robotników, publiczność zorientowała się, że nie jest to zaplanowana sztuczka, tylko wypadek przy pracy. Aplauz zamilkł, a ostatnie brawa cichły, zagłuszane powszechnym krzykiem, płaczem i tupotem nóg umykających widzów; jak donosiły gazety, należy uznać za cud, że w trakcie ucieczki nie doszło do kolejnych wypadków śmiertelnych.

 

Śledczy, którzy bezzwłocznie przybyli na miejsce, bez problemu zorientowali się, co było przyczyną wypadku, czy też, jak się miało okazać, zbrodni. Spreparowana gitara została tym razem wykonana inaczej, niż dotychczas: pudło rezonansowe było, i owszem, jak zawsze kruche, natomiast spód gryfu i dno było jednym kawałkiem grubej blachy, zaostrzonej z tej strony, z której padał cios. Jak to ujął starszy sierżant Zamfirescu, był to kunsztownie wykonany i dobrze wyważony miecz o nietypowym kształcie głowni, dla niepoznaki ukryty w działającej gitarze. Metoda była oczywista – ale kto był sprawcą?

 

W pierwszym rzędzie zaaresztowano rekwizytora Alojza Borejszę, alias Alberto Borettiego, jako pracownika, który zarządzał wszystkimi wnoszonymi na scenę przedmiotami i w dodatku osobiście podawał instrumenty klaunom. Borejsza jednak zaklinał się na wszystkie świętości, że jest niewinny, a gitary zawsze dobierał w zgodzie ze strojem: ubranemu na niebiesko Momo przekazywał tę z niebieską wstążką, ubranemu na zielono Koko – tę ze wstążką zieloną. Faktyczny sprawca mógł zatem – jeśli znał sekwencję całego numeru i kolejność ciosów – bez problemu podłożyć spreparowane narzędzie nieumyślnej zbrodni. 

Przesłuchiwano, oczywiście, całą ekipę cyrku, począwszy od samego dyrektora, Cezara Sidolego, przez klaunów, woltyżerki, gimnastyczki, treserów słoni, a na chłopcach opiekujących się menażerią kończąc – nie było to zresztą łatwe, bo społeczność romska nie darzyła państwowej policji specjalną sympatią. Z wolna jednak śledczy dokopali się do kilku zastanawiających faktów i wniosków. Po pierwsze: nieszczęsnego klauna znacznie łatwiej było by zabić w jakimś ustronnym miejscu, z dala od tłumnie przybyłej publiczności, mordercy musiało więc zależeć na odstraszającym efekcie, a może nawet na tym, żeby Momo zginął akurat z ręki swego przyjaciela, Koko. Po drugie: zabójcze dno gitary musiało zostać wykonane przez prawdziwego mistrza w swoim fachu, znającego dobrze jeszcze osmańskie techniki kowalskie. Niestety, poszukiwania wśród bukaresztańskich rzemieślników spełzły na niczym – albo broń obstalowano poza miastem, albo jej wykonawca doskonale zdawał sobie sprawę, że musi trzymać gębę na kłódkę.

 

Oficjalnie śmierć Momo została zatem wciągnięta do urzędowych dokumentów jako zagadka nierozwiązana. Ale blisko czterdzieści lat później, w czasach pierwszej wojny światowej, w kronice kryminalnej jednego z bukaresztańskich dzienników pojawiła się krótka wzmianka o śmierci emerytowanego policjanta Zamfirescu, który dosłużył się wysokiej rangi i zgromadził pokaźny majątek. W papierach po nim znaleziono kopertę opisaną słowami „Otworzyć po mojej śmierci”. A wewnątrz – rozwiązanie zagadki sprzed dekad, które w swoim czasie nie mogło ujrzeć światła dziennego.

 

Jedna z woltyżerek, imieniem Nana, młodziutka żona tresera słoni, Florina, swego czasu wpadła w oko rumuńskiemu królowi stali, Octava Voiculescu. A że dla Voiculescu nie było w Bukareszcie rzeczy niemożliwych, to Nana była odtąd stałym gościem w jego rezydencji. Ewentualne wybuchy furii Nanowego męża były zawczasu uśmierzane wypłatami, romans toczył się spokojnie, wszyscy zachowywali się dyskretnie, bo też wszyscy z tego układu czerpali jakieś zyski. Potrzebowali tylko pośrednika, przenoszącego liściki z rezydencji do cyrku – został nim Momo, którego z uwagi na mocny sceniczny makijaż i tak nikt by na ulicy nie rozpoznał. Problem jednak w tym, że Momo się w Nanie zadurzył. I, jak się zdaje, z wzajemnością.

 

Nagle okazało się, że w zwykłym, znakomicie funkcjonującym trójkącie mąż-żona-ten-trzeci pojawił się element nadmiarowy, przez który Octav mógł stracić kochankę, a Florin – dopływ gotówki. Nie wiadomo, kto tym razem przenosił liściki – dość, że stalowy magnat i treser słoni dość prędko nie tylko zgodzili się co do koniecznych rozwiązań, ale i co do takiego przeprowadzenia morderstwa, które przy okazji uderzyłoby w Koko, wtajemniczonego w „rolę” swojego przyjaciela jako postillon d'amour. Ostrze obstalowano w Stambule i dostarczono bukaresztańskiemu lutnikowi, który wykonał dokładną kopię cyrkowej atrapy gitary. Octav wszystko opłacił, Florin zadbał o zamianę rekwizytów. Pozostało czekać na pierwsze werble, na donośny głos konferansjera, przyodzianego w szamerowany złotem purpurowy mundur, na okrzyki zadziwionych dzieci i panien służących. Po pierwszych atrakcjach Momo i Koko szykowali się do wyjścia na arenę; przed samą granicą piasku Koko się leciutko potknął, a Momo udał, że go podtrzymuje, ale zawiesił gest w powietrzu – to dlatego kiedy, z gitarami w ręku, stanęli w świetle lamp, jeszcze leciutko się śmiali.