Wydanie: MWM 08/2014

Viola Leonarda

Rozmowa ze Sławomirem Zubrzyckim
Article_more
Początkowo nie mogłem uwierzyć, jak to możliwe, żeby w naszych czasach ostał się taki rarytas – kompletnie zapomniany, a niosący taki potencjał. To była dla mnie szalona przygoda, w której mogłem poruszyć tyle różnych wątków. Coś takiego rzadko się zdarza i do dzisiaj się dziwię, że mi się to przytrafiło.

Mateusz Borkowski: Po pięciu wiekach tchnął pan w violę organista drugie życie…

Sławomir Zubrzycki: W tym sensie, że za sprawą mediów udało mi się dotrzeć do dość sporej publiczności – mówimy tu o kilku milionach ludzi, którzy obejrzeli krótki filmik na YouTube, towarzyszący informacji opublikowanej przez agencję AFP. W ten sposób zdołałem przełamać pewną dziwną zmowę milczenia wokół tego instrumentu. Trzeba dodać, że to nieprawda, iż ta viola od czasów Leonarda nigdy nie powstała. Owszem, to nieźle brzmi, ale ten instrument okazjonalnie powstawał, a dlaczego ciągle przepadał w mrokach dziejów – to już jest inna sprawa.

 

Droga do rekonstrukcji violi była dość kręta i długa. Najpierw na tej drodze pojawia się Łańcut.

I osoba ks. Jana Jarmusiewicza. W latach trzydziestych XIX wieku powstaje tam instrument nazwany przez niego klawiolin. Pojawia się nawet wzmianka w warszawskiej prasie, w której napisano, że pewien artysta z Galicji zbudował instrument o strunach kiszkowych, mający cztery smyczki. Przy pomocy poruszeń tych smyczków instrument wydawał dźwięki skrzypiec, altówki i wiolonczeli. To był pierwszy trop.

 

Instrument ten zwany był również fortepianem garbatym.

Tak. I wiemy, że miał smyczki w kształcie kół. To o tyle ważne, że znamy dwie zasadnicze drogi rozwoju tego instrumentu – smyczek w kształcie koła bądź też paska pokrytego włosiem końskim. Kiedy prześledziłem historię instrumentów, wyposażonych w smyczek paskowy, to okazało się, że miały dość nikły dźwięk. Stąd w moim rozwiązaniu przyjąłem ostatecznie połączenie tych dwóch metod tworzenia smyczka.

 

Potem natrafił pan na instrument w Brukseli.

Zgadza się. To jedyny zachowany instrument historyczny, w dodatku dość wczesny, bo z 1625 roku. Powstał na wzór pierwszego w historii instrumentu zbudowanego w Norymberdze przez Hansa Heidena w 1575 roku. Egzemplarz z Brukseli jest autorstwa Raymundo Truchado. Co ciekawe, w tym instrumencie, który miałem okazję oglądać, zastosowano identyczne rozwiązania ważnego elementu mechanicznego jak w instrumencie Heidena, który znamy jedynie z rysunku pochodzącego z traktatu Syntagma Musicum Michaela Praetoriusa. Instrument Truchado nie wydaje dźwięku, a jego konstrukcja jest w moim przekonaniu niezbyt udana. Wykonałem dość dużą pracę analityczną, która doprowadziła mnie do pewnej syntezy pomysłu Leonarda da Vinci i Hansa Heidena, ale znalazły się tam też moje rozwiązania, które wyniknęły z potrzeby uzupełnienia brakujących danych konstrukcyjnych.

 

Kiedy prześledzi się historię violi organista, nasuwa się myśl, że ten instrument miał pecha.

Raczej tak. Dzisiaj Leonardo da Vinci to postać elektryzująca. Myślę, że w swoich czasach też był ważnym i liczącym się człowiekiem – tym bardziej dziwi fakt, że chociaż violę wymyślił genialny twórca, nie została ona zbudowana w jego czasach, pozostała instrumentem ciągle nieznanym publiczności. Konstruując ten instrument, a następnie sprawdzając jego możliwości wykonawcze, miałem na uwadze przede wszystkim repertuar. Stwierdziłem, że XVII wiek, czyli mniej więcej sto lat po Leonardzie, byłby idealny na szczyt rozwoju muzyki na ten instrument. We Francji pojawia się dość duży repertuar na liry korbowe, ale co ważniejsze – mistrzowski w sensie artystycznym repertuar gambowy, który bardzo łatwo da się przenieść na violę organista. Kiedy opracowałem utwory Sainte-Colombe’a, na przykład Koncert nr 44 na dwie viole da gamba, to udało się to bez żadnych zmian, dokładnie nuta w nutę i zdobienie w zdobienie. Zatem taki repertuar mógł powstawać i byłby to repertuar wielkiej klasy.

 

Czy nie boi się pan, że viola będzie tylko chwilową ciekawostką?

Takie niebezpieczeństwo zawsze istnieje, ale dopóki mamy prąd i Internet, to wszelkie informacje są powielane w dużo większym stopniu niż w czasach przeszłych. Powodzenie będzie zależało na początku od koncertów, które zamierzam na tym instrumencie zagrać. Chcę udowodnić, że to instrument koncertowy, na którym można zagrać pełny recital. W dodatku, jak się okazało po pierwszych wyjazdach, viola znakomicie znosi trudy transportu, nie rozstraja się w trakcie podróży. Po dystansie dwóch tysięcy kilometrów rozpakowuję instrument i mogę na nim grać. Ważne też będzie, czy po pierwszej fali informacji uda się zbudować przekonującą artystycznie wizję tego instrumentu i jego repertuaru. Następnie, czy uda się zainteresować kompozytorów, którzy będą chcieli znaleźć w tym jednak trochę archaicznym brzmieniu jakieś inspiracje artystyczne. Myślę, że nie powinno być tutaj większych problemów z dostosowaniem violi do wymogów współczesności. Kolejną zasadniczą kwestią będzie to, czy instrument ten będzie produkowany. Odpowiedź na to ostatnie pytanie chciałbym pozostawić otwartą przynajmniej do czasu, kiedy dokładnie sprawdzę funkcjonowanie różnych elementów. Jest jeszcze za wcześnie.

Jedyny istniejący dziś utwór przeznaczony na violę organista skomponował Carl Philipp Emanuel Bach.

To trzyczęściowa sonata, która jest przeznaczona na Bogenklavier. Bach napisał tę sonatę, kiedy poznał instrument Johanna Hohlfelda z 1753 roku, zaprezentowany na dworze pruskim w Berlinie. Bach żałował nawet, że ten instrument nie został bardziej rozpowszechniony.

 

Czego dowiedział się pan o violi z rysunków Leonarda?

Leonardo naszkicował osiem wersji tego instrumentu. Rysunki znajdują się głównie w Bibliotece Ambrozjańskiej w Mediolanie, dwa z nich są w rękach francuskich w Paryżu. Widać w tych szkicach przechodzenie od pomysłu do pomysłu. Pojawia się nawet dość kuriozalny rysunek, na którym viola jest noszona, a smyczek napędzany jest przez kiwający się chód osoby, która ten instrument nosi. Widziałem też rysunek modelu, w którym zamiast klawiszy są rodzaje kluczy rejestrowych, spotykane w carillonie. Takie rozwiązania od razu odrzuciłem, bo ograniczają możliwości wykonawcze. Na szczęście pojawia się też model zbliżony do klawesynu, z klawiaturą, zbieżny z rozwiązaniem Heidena. Istnieje pewien spór – czy Heiden mógł znać któryś ze szkiców Leonarda. Emanuel Winternitz twierdzi, że nie. Ale przecież u Praetoriusa wyraźnie jest napisane, że instrument Heidena trafił w ręce kapelmistrza książęcej orkiestry w Monachium, skądinąd znakomicie znanego nam kompozytora – Orlanda di Lasso. Tamże Vincenzo Galilei, notabene ojciec Galileusza, miał okazję na nim grać. On też wyraził opinię, że instrument musiał powstać na bazie jakiegoś wcześniejszego pomysłu. A wcześniejsze były przecież szkice Leonarda… Wiele dzieł sztuki trafiało gdzieś jako dar. Mogły też taką drogą przemieszczać się rysunki violi organista. To możliwe. 

 

Mam wrażenie, że to viola wybrała właśnie pana.

To rzeczywiście zbieg okoliczności, że trafiłem na ten instrument. Początkowo nie mogłem uwierzyć, jak to możliwe, żeby w naszych czasach ostał się taki rarytas – kompletnie zapomniany, a niosący taki potencjał. To była dla mnie szalona przygoda, w której mogłem poruszyć tyle różnych wątków. Coś takiego rzadko się zdarza i do dzisiaj się dziwię, że mi się to przytrafiło.

 

Powiedział pan o sobie, że jest detektywem przeszłości.

To prawda. Jestem krakusem z urodzenia, cały czas przebywam wśród tych fantastycznych zabytków przeszłości. Trudno, żeby to na mnie nie wpływało. To także dotyk przedmiotów, świadków historii. Ciekawe jest zobaczyć na co dzień ślady działalności czysto rzemieślniczej – ktoś prowadził dłuto w kamieniu czy drewnie, ktoś pozłacał…

 

Można powiedzieć, że jest pan człowiekiem renesansu – gra pan, komponuje, naucza i konstruuje.

Można zaryzykować takie stwierdzenie. Dzisiejsi artyści-wykonawcy zajmują się w większości wyłącznie wykonywaniem utworów. Myślę, że to kwestia pewnego wyboru. Ja trochę świadomie uciekam w swój świat i izoluję się od pewnych zjawisk. Chociaż z drugiej strony przez dwadzieścia lat wykonywałem muzykę współczesną. Niemniej jednak lubię się odcinać od pewnych dóbr współczesności. Nie mam na przykład telewizora.

 

To nie pierwsza pańska próba rekonstrukcji instrumentu. Pierwszy był klawikord.

Wszyscy koledzy podchodzili do tego bardzo sceptycznie. Dziwili się, po co się tym zajmuję – mówili, że to instrument za cichy, łatwo rozstrajający się i nienadający się do publicznej gry. Kiedy zaczynałem dwadzieścia lat temu budowę klawikordu, nikt się nim specjalnie w Polsce nie interesował. Może w Europie Zachodniej było inaczej. W dwa lata po ukończeniu instrumentu natrafiłem na znakomity artykuł Christophera Hogwooda zatytułowany W obronie klawikordu. Dzisiaj temat wykonawstwa historycznego na klawikordzie jest znacznie lepiej rozpoznany. Mam satysfakcję, że zająłem się tym nieco wcześniej.

 

Na violi umieścił pan cytat z Hildegardy z Bingen: „Naśladując świętych Proroków, ludzie pilni i mądrzy wynaleźli ludzką sztuką instrumenty muzyczne, aby grać ku rozkoszy duszy ludzkiej”. Mówi on wiele o motywach, które panem kierowały.

Da Vinci to ważne nazwisko, ale nie chciałem się koncentrować tylko na nim. W wypadku tego instrumentu chciałem odnieść się szerzej do całej jego historii, do tych wszystkich budowniczych, znanych i bezimiennych, którzy mieli swój wkład w jego powstanie.

Hildegarda dała znakomitą definicję muzyki. Według niej muzyka została podsłuchana w niebie – jest wspomnieniem raju i śpiewu Adama. Wiele dobrego słyszę o dźwięku violi, której brzmienie jest bardzo złożone. Wiele opinii mówi nawet o poruszeniu i swoistej ekspresji, która może wyrażać pewną tęsknotę za czymś niewypowiedzianym.

 

Możemy uczyć się gry na violi da gamba, lutni czy suce biłgorajskiej. Myśli pan, że to realne, iż w przyszłości będziemy mogli studiować grę na violi organista na akademiach muzycznych?

Myślę, że to możliwe. Wiąże się to jednak z uruchomieniem produkcji w takim znaczeniu, jak to się dzieje w przypadku klawesynu – raczej manufaktura niż fabryka. Druga kwestia to repertuar. Po cyklu recitali, na których prezentuję repertuar solowy, planuję koncerty z innymi instrumentami. Pierwszą taką okazją będzie występ w Norymberdze. Na nim, oprócz recitalu, wykonam razem z chórem kilka utworów z czasów Heidena – skomponowanych przez Hansa Leo Hasslera. Zresztą wszelkie możliwe kombinacje violi z lutnią, teorbanem, klawesynem, violą da gamba i głosem nadają się idealnie do realizacji. Myślę, że jest jeszcze wiele do zrobienia.

 

Czy myśli pan już o następnym instrumencie?

Jeszcze nie. Jeśli taki się znajdzie, to na pewno do mnie przyjdzie. Ja go nie wymyślę, on musi na mnie trafić.

 

Rozmawiał Mateusz Borkowski

 

Sławomir Zubrzycki – pianista, klawikordzista, klawiolinista, kompozytor, pedagog oraz konstruktor instrumentów. Jest absolwentem Akademii Muzycznej w Krakowie i The Boston Conservatory of Music w USA. W 1987 roku został laureatem Festiwalu Pianistyki Polskiej w Słupsku. Koncertował jako solista, kameralista i akompaniator w Europie i Stanach Zjednoczonych. Nagrywał dla Polskich Nagrań, TVP, Polskiego Radia. Współpracował z Telewizją Polską jako prezenter, kompozytor i reżyser muzyczny przy programach edukacyjnych. Prowadzi klasę fortepianu w Państwowej Ogólnokształcącej Szkole Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Krakowie. W latach 2009–2013 zbudował własną wersję instrumentu viola organista opartego na konstrukcji Leonarda da Vinci.