Wydanie: MWM 07/2012

Kino totalne

Nowe Horyzonty
Article_more
Po 30 latach znalazłem miejsce, w którym wreszcie będę mógł zsumować i wykorzystać moje dotychczasowe doświadczenia. Wrocław ma najlepszy czas przed sobą, a ja chciałbym dorzucić swój kamyczek do tego ogródka. Dostałem pomoc od władz miasta. Dzięki temu wszystkiemu czuję, że mogę przenosić góry! To dla mnie najważniejsze przedsięwzięcie w życiu.

Piotr Matwiejczuk: Nasza rozmowa ukazuje się w miesięczniku muzycznym, nie wypada więc nie zapytać o muzykę. A skoro rozmawiam z człowiekiem kina, zapytam o muzykę filmową. Słucha pan?

Roman Gutek: Słucham dużo i to bardzo różnorodnej muzyki. Mam sporo płyt z soundtrackami. Kolekcjonuję płyty zespołu Popol Vuh z muzyką do filmów Wernera Herzoga. Nie jestem wielkim fanem Philipa Glassa, ale lubię Koyaanisqatsi i Powaqqatsi. Nienawidzę natomiast muzyki pompatycznej – takiej, która „podkręca” emocje.

 

Jest pan zwolennikiem teorii, która mówi, że dobrej muzyki w filmie nie słychać?

Właśnie! A jeśli już muszę słuchać muzyki w kinie, to wolę taką, jakiej użył Gus Van Sant w filmie Gerry – utwory Arvo Pärta. Podoba mi się również to, co komponuje Mihály Vig do filmów Béli Tarra. Jednak najbardziej lubię filmy bez muzyki. A jeszcze lepiej – bez dialogów (śmiech).

 

Jesteśmy blisko minimalizmu, nurtu nazywanego nowym romantyzmem, dźwięków dialogujących z ciszą…
Pärta słucham bardzo dużo i mam nadzieję, że we Wrocławiu lub gdzieś pod Wrocławiem uda mi się kiedyś zrobić pełną retrospektywę jego twórczości. Oczywiście, Pärta też można zepsuć. Pamiętam pewien turecki film, w którym bez końca powtarzany był wzniosły fragment jednego z jego utworów. Dobór tego fragmentu i sposób jego wykorzystania całkowicie wypaczył istotę muzyki Pärta.

 

Jest pan więc w dobrej sytuacji, bo we współczesnym kinie artystycznym rzadko słychać muzykę.

To prawda, ale powód jest banalny: nie ma na nią pieniędzy. Zarówno na zamawianie oryginalnych kompozycji, jak i wykorzystywanie już istniejących.

 

A czy brak muzyki w filmie nie wynika raczej z chęci przedstawiania świata w sposób jak najbardziej realistyczny?

To prawda. Byłem zagorzałym wielbicielem Dogmy. W filmach realizowanych zgodnie z jej zasadami mogła rozbrzmiewać wyłącznie muzyka, która jest elementem sceny, tzn. taka, którą słyszą bohaterowie. Ale ja nie jestem teoretykiem. Pozostaję widzem, który idzie do kina, ogląda film i albo mu się coś podoba, albo nie. Dla mnie najważniejsze są uczucia, staram się niczego nie racjonalizować.

 

A co z Bachem u Bergmana czy kompozycjami Roty w filmach Felliniego?

Każdy reżyser i każdy kompozytor jest inny. Bardzo lubię Zwierciadło Andrieja Tarkowskiego, w którym użyta została muzyka klasyczna. Zawsze irytował mnie natomiast Zbigniew Preisner.

 

Zepsuł filmy Kieślowskiego?

Moim zdaniem jego muzyka jest za słodka, za łatwa. Kiedy słucham Requiem dla mojego przyjaciela, czuję fałsz. Nie potrafię tego wytłumaczyć, bo zarówno muzyka, jak i kino wymykają się słowom. Trudno szczegółowo wyjaśnić, dlaczego podoba mi się Koń turyński albo trwające siedem godzin Szatańskie tango Tarra. Na ten drugi film zagłosowałem zresztą – chyba jako jedyny na świecie – w plebiscycie, który ogłasza „Sight & Sound”, prestiżowy magazyn Brytyjskiego Instytutu Filmowego. Ciekaw jestem jego wyników. Zostaną opublikowane w sierpniowym numerze.

 

Od 30 lat zajmuje się pan kinem niezależnym. Jakie było kiedyś, jakie jest dziś?

Kino się nie zmieniło. Cały czas powstaje mnóstwo filmów, które stawiają pytania i nie odpowiadają na nie; w których twórcy rozmawiają z widzem na ważne tematy: o śmierci, Bogu, miłości. Myślę, że zmieniło się raczej miejsce kina w kulturze. Zarówno kultura, jak i kino zdziecinniały. Szkoła nie przygotowuje odbiorców kultury. Poza tym oferta kulturalna jest dziś ogromna, a towarzyszy jej wielki szum informacyjny. Dlatego z premiery filmu autorskiego nie da się dziś zrobić wydarzenia kulturalnego. Na pierwszy pokaz Konia turyńskiego w kinie Muranów przyszła garstka ludzi, mimo że film miał znakomite recenzje w tygodnikach i prasie codziennej. Ludzie chcą gwiazd i sensacji. Cieszę się z sukcesu W ciemności Agnieszki Holland, jednak nie byłoby go, gdyby nie nominacja do Oscara. Podobnie było ze Sponsoringiem Małgorzaty Szumowskiej – pomógł kontrowersyjny temat i duże pieniądze na promocję. W każdej telewizji mówiono o problemie prostytucji. Oczywiście, nic w tym złego. Ale ludzie poszli na ten film nie dla niego samego, lecz dlatego, że był wydarzeniem. Natomiast nikogo nie obchodzi arcydzieło Nuri Bilge’a Ceylana Pewnego razu w Anatolii. Film wyróżniony Grand Prix w Cannes obejrzało w Polsce tylko sześć tysięcy ludzi…

 

Wspomniał pan o szkole, która nie przygotowuje wystarczająco do odbioru kultury. Pan szkołę trochę zastępuje.

Stowarzyszenie Nowe Horyzonty organizuje np. dwuletni kurs historii kina. Teraz będzie się odbywał również we Wrocławiu. Są to zajęcia, których zaliczenie wyższe uczelnie uznają jako fakultet. To ważne, bo – jak powiedział mi prof. Sławomir Bobowski z Uniwersytetu Wrocławskiego – studenci polonistyki nie są w stanie wymienić żadnego tytułu filmu „szkoły polskiej”. Żadnego! Skoro młodzi ludzie nie mają pojęcia o kinie, jak mogą być jego odbiorcami? Ponadto mają problem ze skupieniem uwagi czy orientacją w fabule, która podawana jest nielinearnie.

 

Organizuje pan kursy, festiwale, prowadzi Muranów. Po co panu jeszcze jedno kino, i to tak duże jak wrocławski Helios?

Im jestem starszy, tym lepiej rozumiem, jak ważna jest codzienna praca u podstaw. Festiwale to spektakularne wydarzenia, ale trwają kilka dni. Ja chciałbym, by we Wrocławiu życie filmowe tętniło przez cały rok. Niedawno powstało Dolnośląskie Centrum Filmowe, ale to za mało. Potrzebny jest konsekwentnie prowadzony program edukacyjny. Jest on zresztą już realizowany w ponad dwudziestu miastach. W warszawskim Muranowie uczestniczy w nim każdego miesiąca osiem tysięcy dzieci i młodzieży. Program wspierany jest na szczęście przez Ministerstwo Kultury. W kinie Helios będziemy prezentować historię kina polskiego, światowego, organizować przeglądy, ale przede wszystkim przedstawiać ambitny repertuar bieżący. Wreszcie we Wrocławiu będzie można zobaczyć wszystkie wchodzące do kin tytuły. Do tej pory wiele filmów nie trafiało do Wrocławia lub były wyświetlane na kilku seansach, bo nie było na nie miejsca w istniejących kinach.

 

W dwóch salach Muranowa widownia zapełnia się dość rzadko…

Ależ ja nie muszę mieć pełnych sal! W Heliosie, aby ten projekt miał sens, potrzebuję kilkuset tysięcy ludzi rocznie. Wrocław rozwija się niezwykle dynamicznie. Oferta dystrybutorów filmowych jest duża i ciekawa. Mamy wiele pomysłów. Przed podjęciem decyzji o prowadzeniu i programowaniu Heliosa długo analizowałem sytuację europejskich kin, robiłem symulacje, sprawdzałem dane z podobnych miast europejskich. Nie muszę na tym zarabiać, mogę wyjść na zero. Ten projekt powinien się udać.

 

Uda się, pod warunkiem, że nie będzie pan grał wyłącznie Konia turyńskiego.

W Heliosie są dwie sale średnie, dwie wielkie i pięć małych. To daje ogromne możliwości. Małe sale idealnie nadają się na przeglądy, na zajęcia edukacyjne dla dzieci lub uniwersytetu trzeciego wieku. Duże – na filmy bardziej komercyjne. Zagram tam każdego Almodóvara, każdego Allena. Są jednak pewne granice kompromisu. Nigdy nie będę grał komercyjnych filmów o niczym. Żal mi na to życia. Natomiast nie mam nic przeciwko dobremu „kinu środka”. Po 30 latach znalazłem miejsce, w którym wreszcie będę mógł zsumować i wykorzystać moje dotychczasowe doświadczenia. Wrocław ma najlepszy czas przed sobą, a ja chciałbym dorzucić swój kamyczek do tego ogródka. Dostałem pomoc od władz miasta. Dzięki temu wszystkiemu czuję, że mogę przenosić góry! To dla mnie najważniejsze przedsięwzięcie w życiu. Pomysł na kino totalne. 

 

Czy w związku z tym Stowarzyszenie Nowe Horyzonty przenosi się do Wrocławia?

Większa część naszej działalności będzie się teraz skupiać we Wrocławiu, dlatego musimy oprzeć się na ludziach stamtąd. Wiele pomysłów, które realizowaliśmy dotąd wyłącznie podczas festiwalu, teraz będziemy mogli realizować na co dzień. Dlatego festiwal nie będzie musiał być taki duży. Część pieniędzy przeznaczymy na aktywność bieżącą. Bo to ona jest najważniejsza. Jedenaście dni w roku nie załatwia niczego.

 

W programie tegorocznego festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty zabraknie filmów polskich. Co się stało?

Już w ubiegłym roku zdecydowaliśmy, że nie będzie konkursu polskiego. Duże festiwale filmowe wolą pokazywać premiery światowe. Dlatego polscy producenci niechętnie zgłaszają filmy na imprezy krajowe. Obawiają się, że takie pokazy wykluczą ich ze starań o udział w dużych festiwalach. Z kolei polscy dystrybutorzy mają swoje strategie marketingowe, a festiwal Nowe Horyzonty uważają za imprezę „niszową”, co rzekomo sprawia, że film nie ma potem powodzenia u masowej publiczności. W zachęcanie producentów do pokazywania filmów we Wrocławiu wkładaliśmy tak dużo energii, ale bez powodzenia, że wreszcie się poddałem. Pokażemy co prawda cztery nowe polskie filmy, ale przede wszystkim inicjujemy wydarzenie, jakim będą Dni Polskie – zamknięte pokazy naszych filmów dla przedstawicieli międzynarodowej branży filmowej.

 

Co najbardziej pana cieszy w programie tegorocznego festiwalu?

Zawsze najbardziej cieszę się z retrospektyw. W tym roku to przede wszystkim Dušan Makavejev – reżyser, o którym usłyszałem po raz pierwszy w latach 70. na jednym z dorocznych seminariów organizowanych przez Polską Federację Dyskusyjnych Klubów Filmowych. Wówczas też widziałem jeden z jego filmów. Przeżyłem go tak bardzo, że nie zapomniałem o nim do dziś. Byłem ciekaw, co jeszcze Makavejev zrobił. Okazało się na przykład, że już po wyemigrowaniu na Zachód nakręcił Sweet Movie – film, w którym orgie seksualne umieszczone są obok fragmentów niemieckiego dokumentu zrealizowanego podczas ekshumacji Polaków zamordowanych w Katyniu. Jedną z głównych ról zagrała Anna Prucnal, której potem na 20 lat zabroniono wjazdu do Polski. Problemem okazało się znalezienie kopii niektórych filmów Makavejeva. Szukaliśmy ich na całym świecie, w czym pomagał nam sam reżyser, który zresztą przyjedzie do Wrocławia.

 

W tym roku będzie też sporo kina meksykańskiego.

Co roku prezentujemy rozmaite, mniej znane kinematografie. Patrzymy co dzieje się na świecie, obserwujemy interesujące zjawiska. Od kilku lat w Meksyku działają ciekawi młodzi ludzie, których twórczość pozostaje w kontrze do kina starszego pokolenia. Odważnie i w sposób minimalistyczny pokazują brutalną meksykańską rzeczywistość. Takie są między innymi filmy Carlosa Reygadasa. Uważam, że rolą festiwalu jest pokazywanie tego, co nie trafi na ekrany kin. Sprowadzenie takich filmów to też dla mnie samego wielka frajda. Zresztą zdecydowana większość filmów dystrybuowanych przez Gutek Film jest mi bardzo bliska. Mógłbym się pod nimi podpisać. Mam przy tym poczucie, że wpływam na kształtowanie gustów. I to jest w mojej pracy najpiękniejsze.

 

Mówi pan o filmie z pasją nastolatka. Przez tyle lat kino się panu nie znudziło?

Nadal lubię kino. Oczywiście, jest w tym trochę obowiązku. Zdarza się, że muszę coś obejrzeć, a chciałbym się wyciszyć. Zawsze jednak czuję tę pokusę, by obejrzeć film, bo potem mogę już go nie zobaczyć. Wszystko zaczęło się w mojej rodzinnej wsi na Lubelszczyźnie. Traf chciał, że miałem fantastycznego sąsiada. Był wiejskim dziwakiem, który po traumatycznych przeżyciach wojennych wybrał samotność. Najpierw miał warsztat stolarski, a potem pszczoły, z którymi rozmawiał. W pracowni rzeźbił, słuchał Deutsche Welle i nagrywał po nocach symfonie Mahlera. Wadził się z Bogiem, więc nie chodził do kościoła. Potrafił kosić trawę w niedzielę, kiedy cała wieś szła na mszę. Im gorzej ludzie o nim mówili, tym bardziej mnie fascynował. Miał jeden z pierwszych telewizorów, dlatego często biegałem do niego oglądać filmy. Wówczas zobaczyłem po raz pierwszy dzieła Bergmana. Co prawda, nic z nich nie rozumiałem, ale czułem, że mówią o ważnych sprawach. Zaczęło do mnie docierać, że kino to nie tylko Bonanza, Winnetou i Czterej pancerni.

 

Miał pan szczęście…

Ten sąsiad lubił ze mną rozmawiać, pomagać mi, poprawiać moje szkolne wypracowania. Zwracał moją uwagę na piękno natury, uwrażliwiał na świat. W swoim warsztacie zrobił mi pierwsze narty. Do dziś narciarstwo biegowe to mój ulubiony sport. W przyszłym roku w Biegu Piastów startuję na dystansie 50 km.

 

Ale nie porzuci pan kina dla nart?

Najciekawsze w mojej pracy jest bycie blisko ludzi. I nie chodzi mi o to, że poznałem Antonioniego, Wendersa czy Almodóvara. Przez wiele lat, kiedy miałem swoje biuro w Muranowie, wchodziłem na salę, by zobaczyć, jak ludzie reagują na poszczególne sceny.

Kino zawsze pomagało mi w życiu. Znajdowałem w nim bohaterów, którzy mieli podobne problemy do moich. A kiedy pomyślałem, że ci, którzy siedzą obok, przyszli po to samo, było jeszcze fajniej. Wspólne oglądanie filmów zawsze było dla mnie najważniejsze.

 

Rozmawiał Piotr Matwiejczuk (Program2 Polskiego Radia)

 

 

Roman Gutek – w czasie studiów prowadził Dyskusyjny Klub Filmowy „Ubab”, a następnie „Hybrydy”. Zorganizował wiele przeglądów przybliżających polskim widzom nieznane filmy zachodnich kinematografii. W 1985 roku stworzył Warszawski Festiwal Filmowy i pełnił funkcję jego dyrektora. Był jednym z założycieli Fundacji Sztuki Filmowej. Jest właścicielem firmy Gutek Film oraz warszawskiego kina Muranów. Był dyrektorem programowym Festiwalu Filmowego i Artystycznego Lato Filmów w Kazimierzu Dolnym. W 2001 roku zorganizował w Sanoku festiwal filmowy, który od 2002 roku pod nazwą Nowe Horyzonty odbywał się w Cieszynie, zaś cztery lata później przeniesiony został do Wrocławia. Za swoją działalność otrzymał w 2003 roku Paszport „Polityki”. Wprowadził na ekrany polskich kin filmy takich reżyserów, jak: Pedro Almodóvar, Peter Greenaway, Jim Jarmusch, Lars von Trier, Derek Jarman czy Mike Leigh.