Wydanie: MWM 08/2014

Nogi krytyka

Article_more
Kiedyś przychodziły zwykłą pocztą, pięknie ofrankowane, bywało, że z bardzo daleka. W większości kopert znajdowaliśmy teksty – przeważnie niezamówione – rzadziej życzenia świąteczne i kartki z wakacji, jeszcze rzadziej listy z wyrazami uznania za konkretny artykuł lub pozdrowieniami dla całej redakcji. Tych ostatnich było zdecydowanie mniej niż korespondencji nadsyłanej przez czytelników zirytowanych.

Chochlik nigdy nas nie opuszczał, autorom zdarzało się czegoś nie sprawdzić bądź coś przekręcić, więc sprostowania (często bardzo zabawne, na przykład: „W artykule p. Jadwigi Podolskiej Chopin Hoesicka zamieszczonym w numerze 20 z ub. roku, w 4 szpalcie na str. 5 zdanie powinno oczywiście brzmieć: »…oto przedstawia on Chopina siedzącego na dwóch orłach (!) quasi-polskich« – zamiast: »na dwóch osłach«”) ukazywały się prawie w każdym numerze.

 

Prawdziwą zmorą były jednak listy, w których polemizowano z zamieszczanymi przez nas recenzjami. Nie bardzo było wiadomo, jak na nie odpowiadać. Zwłaszcza ja miałam z tym kłopot, bo pełni zapału obrońcy czci pokrzywdzonych twórców, śpiewaków i orkiestr skupiali się przeważnie na mnie albo na stylu moich tekstów, nie zaś na samych zarzutach. Ktoś spytał oburzony, jakim prawem oceniam nowy utwór Wybitnego Polskiego Kompozytora. Ktoś nie mógł przeboleć, że w korespondencji z Nowego Jorku napisałam o przybrudzonych tynkach w Carnegie Hall. Ktoś dopytywał, co mi strzeliło do głowy, żeby w recenzji książki o Chopinie (akurat nieprawda, bo książka była o muzyce Antyli Holenderskich) cytować jakiegoś Bruce’a Chatwina, i to jeszcze fragment o komodzie jego babki i przechowywanej tam skórze domniemanego brontozaura. Jeszcze ktoś inny przysłał sążnisty anonim, w którym uprzejmie donosił, że podsłuchał mnie w kuluarach, kiedy wypowiadałam się lekceważąco o dyrektorze pewnej filharmonii. Oczekiwał, że naczelny wyciągnie wobec mnie odpowiednie konsekwencje. I tak przez dwadzieścia lat z górą, z tą tylko różnicą, że reklamacje w sprawie moich kwiecistych metafor i niezrozumiałych zabiegów stylistycznych zaczęły z czasem spływać pocztą elektroniczną.

 

Ciężka jest dola krytyka, ale nawet jak urwą mi jedną nogę, to jeszcze mam pozostałe – jak powiedział kiedyś Andrzej Osęka. Więc uprawiałam sobie ten niewdzięczny zawód po swojemu, wliczając w koszty groźby urwania kolejnych odnóży. Czasem tylko nachodziła mnie refleksja, że język naszej krytyki muzycznej jakoś dziwnie ubożeje, że wciąż pojawiają się w nim te same, coraz mniej znaczące zwroty: a to „w każdym calu dopracowany”, to znów „ładne frazowanie”, za chwilę, że ktoś „doskonale wypadł”, a kto inny „wypadł najgorzej”. Powoli zaczęłam rozumieć, dlaczego recenzje znikają z łamów prasy codziennej: na dobrą sprawę wystarczyłoby stworzyć szablon i w miarę potrzeby wypełniać puste miejsca nazwiskami kompozytorów i wykonawców, tytułami utworów oraz datami poszczególnych koncertów i przedstawień.

 

I pewnie już całkiem pogrążyłabym się w defetyzmie, gdybym przy zbieraniu materiałów do pewnego tekstu nie przekopała się przez kilkadziesiąt recenzji moich angielskich kolegów po fachu. Wyglądały dziwnie: żaden krytyk nie musiał streszczać Jenufy ani przypominać okoliczności, w jakich powstała IX Symfonia Beethovena, tylko od razu przechodził do rzeczy. Mało tego, pisał o wykonaniu tak, jakby czytelnik znał na wyrywki wszystkie libretta Janáčka, a obudzony w środku nocy zaśpiewał w tempie „Freude, schöner Götterfunken”, i to z pamięci. Co najciekawsze, autorzy recenzji zdołali poświęcić choćby jedno zdanie każdemu z wykonawców wieczoru. I nie było to zdanie „doskonale wypadł”.

Za to niektóre ze sformułowań nie wyszłyby spod pióra żadnego z polskich krytyków, którym zależy na utrzymaniu dobrych stosunków z organizatorami imprez muzycznych. No bo jak tu liczyć na kolejny darmowy bilet do opery, skoro się napisało o wykonawcy partii Alfreda w Traviacie, że „należałoby go przełożyć przez kolano i spuścić mu solidne lanie na goły tyłek”? Albo że Lohengrin z łabędziem wzbudzili w recenzencie mimowolne skojarzenia z wierszykiem Puchacz i Kicia Edwarda Leara? To znów, że śpiewak „ryknął bezgłośnie »Oh, Gott!«”? Do jakiego stopnia trzeba się wyzbyć instynktu samozachowawczego, by palnąć o pewnym bożyszczu światowych estrad i scen operowych, że w jego wykonaniu każda z pieśni Schubertowskiego cyklu Winterreise jest w gruncie rzeczy tak piękna, iż pozostawia słuchacza doskonale obojętnym? Kiedy już myślałam, że w tym katalogu recenzenckich docinków nic mnie nie zaskoczy, dotarło do mnie, że nasze poczciwe „wypadł najgorzej” brzmi niemal jak komplement w porównaniu z bezlitosnym angielskim „was forgettable”.

 

Język jest ponoć zwierciadłem duszy. Bywa też cennym źródłem informacji o narodzie, który nim włada. Świadczy o poziomie kultury i wykształcenia – zarówno autora, jak i odbiorcy wypowiedzi. Przeglądają się w nim ludzkie lęki, ambicje i kompleksy. Wyrobiony krytyk angielski przemawia do wyrobionego angielskiego melomana – pisze na przykład, że ktoś śpiewał partię odźwiernego ze zbyt silnym akcentem oksfordzkim, co nie pasuje do charakteru postaci. A co by było, gdybym napisała, że Jontek zaciągał po kresowemu, jakoś tak niestylowo? Zmroziło mnie, po czym odetchnęłam z ulgą. W przypadku większości naszych tenorów mam kłopot z rozpoznaniem, czy śpiewają Halkę po polsku.