Wydanie: MWM 11/2014

Rewolucjonista

Frans Brüggen we wspomnieniach Krzysztofa Teodorowicza
Article_more
Dwa dni przed rozpoczęciem tegorocznego festiwalu „Chopin i jego Europa”, 13 sierpnia dotarła do nas smutna wiadomość – zmarł Frans Brüggen. Miał poprowadzić, jak co roku, występy swej Orkiestry XVIII Wieku. Poczuliśmy, że straciliśmy kogoś bliskiego, a zarazem – że w tym momencie odeszła również cała epoka, którą otworzył i współtworzył.

Pierwszy raz miałem szczęście usłyszeć Orkiestrę XVIII Wieku pod Brüggenem jesienią 1986 roku w paryskiej sali Pleyela. Dobrze już wtedy znaliśmy rewolucyjne osiągnięcia zespołów grających muzykę baroku. A tu na żywo – Haydn, Mozart, i nawet Schubert! To był wstrząs, wgląd do innego świata, w którym dobrze znane utwory okazały się czymś zupełnie innym, niż się wcześniej wydawały. To było objawienie, tak wykonywana muzyka przemawiała bez porównania silniej niż to, co można było usłyszeć w filharmoniach, poruszała do głębi. Spotkania z Orkiestrą XVIII Wieku stały się jednym z najważniejszych elementów mojego świata muzycznego. Nie mogłem wtedy przypuszczać, że już niedługo będę miał szansę usłyszeć ją w Polsce.

Flet ekstremalny
Frans Brüggen przyszedł na świat w 1934 roku, zaczął grać na flecie prostym, gdy miał sześć lat, i to wszystko, co się dało – na przykład symfonie Czajkowskiego! W wieku piętnastu lat zaczął naukę w konserwatorium w Amsterdamie w klasach fletu prostego i poprzecznego, później rozpoczął studia muzykologiczne. Wcześnie go doceniono – już w wieku dwudziestu jeden lat został profesorem konserwatorium w Hadze. Wkrótce zasłynął jako wirtuoz fletów – barokowego traverso i – przede wszystkim – fletu prostego.

To Frans Brüggen zrewolucjonizował nasze wyobrażenie o tym skromnym, lekceważonym i przez dwa stulecia niemal zapomnianym instrumencie. Pokazał, że to nie zabawka dla dzieci, że można na nim tworzyć wielką muzykę. Zachwycał pięknym, głębokim, intensywnym dźwiękiem, elastycznym frazowaniem, bogactwem odcieni dynamicznych i artykulacyjnych, niemal na tym instrumencie nieosiągalnych. Wykonywał najpierw muzykę tzw. dawną, a więc Vivaldiego, Telemanna, Bacha. Występował z recitalami, na koncertach kameralnych i z zespołami, takimi jak Leonhardt Consort i Concentus Musicus. Grał w triu z Gustavem Leonhardtem i Annerem Bylsmą. Sam też tworzył różne zespoły, między innymi Sour Cream – trio fletów prostych, z którym wykonywał utwory dawne i współczesne, eksperymentalne.

Brüggen sprawił, że instrument ten zyskał w naszych czasach ogromną popularność. Dzięki licznym koncertom w wielu krajach i pięćdziesięciu płytom, nagranym dla Teldecu, zdobył sławę porównywalną z tą, jaką osiągały gwiazdy muzyki pop. Ponieważ dawny repertuar dość szybko się wyczerpał, Brüggen zaczął zamawiać utwory u kompozytorów współczesnych. Pisali dla niego Luciano Berio (sonorystyczne Gesti, eksploatujące flet prosty do granic możliwości), Louis Andriessen (między innymi postserialne Sweet, pozwalające zapomnieć, że słuchamy instrumentu przeznaczonego do gry diatonicznej!), pisali Ishii i Shinohara. Odmówił tylko Strawiński: „Jesteś miłym chłopcem, ale ja jestem już… za stary”.

Miał pasję grania, ale i pasję uczenia. Od początku działalności pedagogicznej próbował w niekonwencjonalny sposób poszerzać świadomość studentów. Kiedyś, jak wspominają uczestnicy zajęć, przyniósł z domu obraz z epoki Vermeera oraz jego fotograficzną reprodukcję. Polecił studentom zamknąć oczy i dotykiem poznawać fakturę oryginału – różnorodną, bogatą, nieprzewidywalną, a potem zrobić to samo ze zdjęciem. Stwierdził, że tak powinna brzmieć muzyka baroku, ze swoimi nierównościami i chropowatościami, a nie gładko, jak to zdjęcie.

Można powiedzieć o Brüggenie, że był nie tyle flecistą, ile muzykiem, przez przypadek grającym na flecie. Gdy możliwości instrumentu się wyczerpały, zdecydował się wkroczyć na inny teren. 

Orkiestra – nowa epoka                                                                                          
W latach siedemdziesiątych idea orkiestry, grającej nie tylko muzykę baroku, lecz także późniejszych czasów zgodnie z wiedzą historyczną, była czymś nowym. Wynikała ona z buntu Fransa Brüggena przeciwko ówczesnej praktyce orkiestr symfonicznych, które grały bez zrozumienia stylu muzyki. Do każdego utworu stosowano przecież te same instrumenty, ten sam rodzaj dźwięku, jednakowe wibrato, jednakową artykulację. Ani muzycy, ani dyrygenci nie mieli świadomości, jak dawniej brzmiała muzyka. Nic dziwnego, że budziło to bunt młodych, bezkompromisowych artystów, szukających autentyczności zamiast rutyny. W tym kontekście nie dziwi deklaracja sławnego już Brüggena: „każda nuta Mozarta czy Beethovena, zagrana przez Concertgebouw, jest totalnym kłamstwem”. Brüggen chciał zbudzić orkiestry z letargu, ożywić wykonawstwo – i udało mu się tego dokonać. Protesty młodych doprowadziły do publicznej debaty i odświeżenia repertuaru czołowej orkiestry Holandii. W 1978 roku sam stanie po raz pierwszy przed tak krytykowaną przez siebie orkiestrą Concertgebouw, żeby poprowadzić utwory Bacha. Pokaże jej również, jak trzeba grać Mozarta, prowadząc uroczysty koncert z okazji dwóchsetlecia jego śmierci, w 1991 roku.

Ale przede wszystkim Frans Brüggen postanowił stworzyć własny zespół, grający na instrumentach dawnych, zgodnie z wymogami stylu. I tak w 1981 roku, wspólnie z muzykologiem Sieuwertem Versterem, powołał Orkiestrę XVIII Wieku, do której zaprosił najlepszych muzyków z wielu krajów. Nie miał to być stały zespół – muzycy kilka razy w roku zlatywali się na serię prób, po czym wyruszali na tournée. „Zaczynaliśmy od Vivaldiego i Bacha, potem bardzo ostrożnie zaczęliśmy próbować Haydna, następnie – jeszcze ostrożniej – Mozarta, później dotarliśmy do Beethovena – i był to dla nas szok” – wspominał. Tym większym szokiem stały się te wykonania dla publiczności.

Niezwykły był styl pracy zespołu. Muzycy mieli czas, nie musieli grać co tydzień nowego programu. Pracowali na przykład nad tylko jedną symfonią Beethovena w ciągu roku. Do Dziewiątej dotarli po dwunastu latach. W ten sposób poznali na wylot wszystkie tajniki ewolucji stylu kompozytora. Jeszcze bardziej zbliżyli się do jego istoty w ostatnich latach, korzystając z nowego, a zarazem pierwszego wolnego od błędów (!) wydania wszystkich symfonii Beethovena. Efektem tej pracy było ich ponowne nagranie. Wykonania Brüggena i jego orkiestry wydobyły z partytur mnóstwo zaniedbywanych wcześniej detali, ukazały dzieła klasyków w zupełnie nowym świetle, nadały muzyce autentyczne brzmienie i – co najważniejsze – przywróciły jej autentyczne życie. Ich wizje dzieł wokalnych i orkiestrowych, od Bacha poprzez Haydna, Mozarta, Beethovena do Schuberta, Mendelssohna, Schumanna, należą do najbardziej frapujących, wręcz zniewalających słuchacza. Czy rzeczywiście tak mogła brzmieć muzyka w minionych wiekach, czy też to tylko nasze o niej wyobrażenie? Brüggen, mimo swej niezwykle szerokiej wiedzy o stylach, też się nad tym zastanawiał, nie był pewien. Dorzucał: „Byłbym szczęśliwy, gdyby Haydn rozpoznał swoje utwory…”.

Jak rodziły się wspaniałe wykonania Orkiestry XVIII Wieku? Frans Brüggen pozostawiał muzykom bardzo dużą swobodę, i w sprawach techniki, i zwłaszcza poszukiwania brzmienia. Słuchając się wzajemnie, musieli dojść do niego sami, jak w muzyce kameralnej. Oddajmy im głos:

„Nigdy nie rozumiał swej roli tak jak inni dyrygenci, którzy próbują narzucić orkiestrze wpracowaną w domu tzw. koncepcję interpretacyjną” – mówi flecista Michael Schmidt-Casdorff. „Chodziło mu o to, żebyśmy potrafili perfekcyjnie wypowiadać się w języku, w stylu, w którym dany utwór jest napisany, żeby każdy potrafił ze swojej partii odczytać, jaką rolę ma do odegrania w całym utworze”.  

I tak tworzyła się owa niezwykła harmonia, niepowtarzalne brzmienie tej orkiestry. A także innych orkiestr, z którymi współpracował. Był jednym z pierwszych, których zaprosiła utworzona kilka lat później Orkiestra Wieku Oświecenia. „Pierwszy koncert Fransa Brüggena z nami to było porywające, pełne radości wykonanie jego ukochanej Eroiki” – wspomina flecistka Lisa Beznosiuk. „Nigdy nie zapomnę jego niezwykłego, inspirującego sposobu pracy z grupą instrumentów dętych. Otworzył nam uszy i wyobraźnię, odkrywając na nowo różne miejsca w utworze i tworząc subtelne efekty kolorystyczne”. 

Używał skromnych, niemal ascetycznych gestów, mówił niewiele. Ale za to opowiadał podczas prób różne historie, niemające bezpośredniego związku z wykonywanym utworem, które uruchamiały wyobraźnię muzyków i inspirowały ich do takiego grania, jakiego oczekiwał. Jego charyzmie zawdzięcza Orkiestra XVIII Wieku swoje niezwykłe osiągnięcia.

Dyrygent gościnny
Podczas gdy dokonania Brüggena i jego zespołu budziły zachwyty słuchaczy na całym świecie, profesjonalni muzycy najpierw długo je lekceważyli, potem – ledwie tolerowali, uważając wykonawstwo „historyczne” za ciekawostkę czy najwyżej przejściową modę. Później jednak trudno było udawać, że tak spektakularne rezultaty artystyczne nie mają na nich żadnego wpływu. Orkiestry zaczęły stopniowo otwierać się na zmianę stylu gry i zapraszać w roli dyrygentów „specjalistów od muzyki dawnej”. Dla Brüggena najważniejsza była muzyka, a nie instrumenty, nie odżegnywał się więc od dzisiejszego instrumentarium. „Osiemdziesiąt procent to głowa, a tylko dwadzieścia – instrument”, mawiał. Podjął współpracę jako dyrygent gościnny z wieloma klasycznymi orkiestrami. Były wśród nich – oprócz Concertgebouw – Orchestre de Paris, Filharmonicy Wiedeńscy, Orkiestra Chicagowska, Orkiestra Tonhalle w Zurychu, Orkiestra Radia Holenderskiego, Szkocka Orkiestra Kameralna… Współpraca dobrze układała się z tymi – podkreślał – które chciały się uczyć. W efekcie jego sposób rozumienia muzyki wpłynął znacząco na świadomość i muzyków, i ogromnej rzeszy słuchaczy. A także na dyrygentów, do których miał pretensje, że nie mają dostatecznej wiedzy i nawet nie usiłują jej pogłębiać. Zdarzały się jednak wyjątki – przychodzili na jego próby Claudio Abbado, Mariss Jansons, Simon Rattle…

Polska i Chopin
Po raz pierwszy Orkiestra XVIII Wieku wystąpiła w Warszawie, w Filharmonii Narodowej, w marcu 1989 roku, wykonując Mszę h-moll Johanna Sebastiana Bacha. Było to niezwykłe przeżycie – Bachowskie arcydzieło zabrzmiało w sposób zupełnie nowy, odkrywczy. Wszyscy wspominają szczególnie jeden fragment – Agnus Dei, nieziemsko wręcz zaśpiewany przez Michaela Chance’a. Ten wieczór głęboko przeżyli także sami muzycy – do tego stopnia, że dwadzieścia lat później postanowili przypomnieć go ponownym wykonaniem w Warszawie (i to rezygnując z honorarium!). Koncert, który odbył się tym razem w studiu Polskiego Radia, wywarł równie wielkie wrażenie, został też utrwalony na płytach. 

Zespół przyjeżdżał do Polski kilkanaście razy, zawsze na zaproszenie działającego w różnych instytucjach Stanisława Leszczyńskiego. W Teatrze Wielkim usłyszeliśmy po raz pierwszy komplet koncertów fortepianowych Beethovena, w Filharmonii Narodowej – symfonie Haydna. Na scenie Teatru Wielkiego w Poznaniu został wystawiony opero-balet Les Indes galantes Jeana-Philippe’a Rameau – ukochanego kompozytora Brüggena (instrumentalne fragmenty z tego dzieła zabrzmiały wiosną tego roku na ostatnim koncercie, który poprowadził, siedząc na wózku). Od pierwszych kontaktów Leszczyński niestrudzenie namawiał jednak dyrygenta, by położył na pulpicie nuty… Chopina. Ale nie był to wybór oczywisty – Chopin nie napisał przecież niczego na samą orkiestrę, a partie orkiestrowe w jego dziełach długo były uważane za mało istotny dodatek do fortepianu (często je skracano), i do tego uchodziły za źle zinstrumentowane. Brüggen długo się wahał, zanim uległ namowom. „Gdy po raz pierwszy zagraliśmy na próbie Chopina – a większość z nas nigdy nie grała jego muzyki – okazało się nagle, że to rewelacja!”, wspomina z entuzjazmem Sieuwert Verster. Frans Brüggen potrafił w fascynujący sposób stopić barwy orkiestry z brzmieniem dawnego fortepianu. Zespół zakochał się w Chopinie.

Tak więc we wrześniu 2005 roku Orkiestra pojawiła się na pierwszym Międzynarodowym Festiwalu Muzycznym „Chopin i jego Europa”, wykonując podczas pięciu wieczorów, oprócz kompletu symfonii Beethovena, dwa dzieła Chopina – Wariacje op. 2 z Krzysztofem Jabłońskim i Koncert e-moll z Dang Thai Sonem. Rezultat? Zachwyty muzyków i publiczności. Odtąd stało się tradycją, że co roku (z jednym wyjątkiem) orkiestra gościła w Warszawie, zawsze towarzysząc kilkorgu solistom w utworach Chopina. Wzięła też udział w nagraniu wielu płyt chopinowskich z różnymi solistami – są w tym gronie Janusz Olejniczak, Dang Thai Son, Nelson Goerner, a niedawno dołączyła do niego Julianna Awdiejewa. Na publikację wciąż czeka nagranie utworów Chopina, dokonane (honorowo!) przez zespół z Tatianą Szebanową.

Na Festiwalach oprócz Chopina nie zabrakło oczywiście i „jego Europy” – przede wszystkim Beethovena, a także Mozarta, Mendelssohna, Schuberta, Haydna… Ostatnie nagranie Brüggena, który zawsze chciał dyrygować tylko arcydziełami, to muzyka polska – Bitwa pod Możajskiem Karola Kurpińskiego. Któż mógłby się tego spodziewać? 

A Chopin pozostał w repertuarze orkiestry na stałe, budząc zachwyt i w Japonii, podczas tournée z Awdiejewą, i w pałacu królewskim w Hadze na koncercie pożegnalnym dla królowej Beatrix…

Festiwal odwdzięczył się wielkiemu muzykowi filmem Sekret Orkiestry, zrealizowanym dla uczczenia jego nadchodzących osiemdziesiątych urodzin. Zrządzeniem losu ten piękny dokument Katarzyny Kasicy stał się złożonym mu już pośmiertnie hołdem.

Frans Brüggen odszedł. Trudno sobie uświadomić, jak wiele mu zawdzięczamy. Pozostały wspomnienia niezwykłych chwil, nagrania, pozostała wyjątkowa, żywa orkiestra. Czy jednak w jej grze nadal da się wysłyszeć piętno Mistrza?