Autor: Jacek Dehnel
Wydanie: MWM 11/2014

Wiolonczela, posiadłość Splendid Oaks pod Southampton, 18 marca 1937 roku

MAŁY PITAWAL PRZESTĘPSTW DOKONANYCH ZA POMOCĄ INSTRUMENTÓW MUZYCZNYCH
Article_more
– Proszę, tędy – koścista kobieta w serżowym kostiumie, która stała u wejścia do salonu, wskazała dwa wolne krzesła ostatnim z dwanaściorga domowników, których wezwano na spotkanie. Ariadna Oliver i inspektor Japp trzymali się na razie z boku.

Po chwili niewysoki, starszy mężczyzna oderwał się od grupki gości, z którymi wymieniał niezobowiązujące uwagi o marcowej pogodzie, wyjął z kieszeni kamizelki kluczyk i starannie zamknął wysokie, dwuskrzydłowe drzwi. Prawą dłonią podkręcił nawoskowane wąsy, rzucił kobiecie w serży ciche: „Panno Lemon, możemy zaczynać”, po czym, przejrzawszy się raz jeszcze w lustrze nad kominkiem, rozejrzał się po salonie posiadłości Knutsbridge’ów – pokoju, gdzie niespełna trzy tygodnie wcześniej znaleziono zwłoki emerytowanego wiolonczelisty, siedemdziesięciosześcioletniego Stephena Leecha, dalekiego kuzyna właścicieli domu.

– Cieszę się, że wszyscy państwo przyjęli zaproszenia od biednego monsieur Fleury – posłał zgromadzonym uśmiech, który wszyscy uznali w cichości ducha za fałszywy grymas, poza może lady Knutsbridge, od lat borykającą się z krótkowzrocznością – i na wstępie winien jestem wyjaśnienie… wcale nie jestem francuskim przedsiębiorcą pogrzebowym, tylko belgijskim detektywem…

– To Poirot! – wyrwało się z uszminkowanych na purpurowo warg Madge.

– …i zostałem wezwany – tu skwitował jej okrzyk uśmiechem zupełnie szczerym – przez panią Oliver, naszą drogą pisarkę, aby wyjaśnić zagadkę śmierci pana Leecha. Jak wszyscy doskonale pamiętamy, został on znaleziony w tym oto fotelu – srebrną rączką laski wskazał oparcie, na którym pomimo licznych prób służącej, Amy, wciąż widać było rudawe plamy – z piersią przebitą nóżką od wiolonczeli. Narzędzie zbrodni, skądinąd nietypowe, odsyłało nas od razu do życiowej pasji zmarłego, który swego czasu był dość znanym muzykiem i grywał w kilku orkiestrach… – Poirot przez chwilę wpatrywał się w twarze zgromadzonych, po czym wrócił do przemowy, tym razem jednak jego ton był łagodniejszy, ba, pobłażliwy.

– Spędziłem z państwem tych kilka ostatnich dni na rozmaitych rozmowach… pannę Madge wyciągnąłem na spytki nad poranną porcją tostów z marmoladą, lorda Knutsbridge w okolicach kompostownika, pani Marjorie Bentham zdradziła mi swoje i cudze sekrety, bezwiednie zresztą, w krótkiej konwersacji na temat larw i poczwarek motyli z Celebes, i tak dalej, i tak dalej. I jedno muszę państwu przyznać: każda, ale to każda z dwanaściorga osób mieszkających, pracujących bądź przebywających z wizytą w Splendid Oaks, miała odpowiedni motyw, by zabić zmarłego. I właściwie każdej z nich trudno by się było dziwić.

Po salonie przeszedł lekki szmerek.

– Marjorie Bentham – ciągnął Poirot – przyjechała tu nie jako pielęgniarka, ale jako powodowana wzniosłymi ideałami młoda dziewczyna, która ledwie dwa miesiące temu dowiedziała się, że pan Leech jest jej prawdziwym ojcem… opiekowała się nim czule, ale została wyśmiana. To dlatego Mark Hogwood widział, jak ukradkiem ociera łzy, a panna Jones słusznie zastanawiała się, czemu Marjorie ma nader wątłą wiedzę o pielęgniarstwie. Lady i lord Knutsbridge, którzy przyjęli pod swój dach tę kreaturę – tu lady lekko się zaczerwieniła – nie wiedzieli, że sprowadzają do domu człowieka kłótliwego, niewdzięcznego, ba, zwyczajnie podłego, który zmieni ich życie w mękę. Kiedy po ostatnich wymówkach Stephena wasza lordowska mość obiecał „załatwić sprawę”, myślał o przeprowadzeniu z nim poważnej rozmowy i opłaceniu mu miejsca w domu starców; jednak lady, w świetle późniejszych wydarzeń, podejrzewała, że jej mąż wybrał sposób znacznie brutalniejszy. Niesłusznie, ale to właśnie dlatego skłamała w sprawie puzderka, które zginęło z toaletki… Powody, dla których Leecha mógł zabić Mark Hogwood, zostały już podniesione przez policję, uznającą go za głównego podejrzanego, w istocie jednak były fałszywe. To, co o nim wiemy, to wymysł, iluzja, stworzona by bronić przed oskarżeniem kobietę, którą pokochał, pannę Jones. Ona bowiem w rzeczywistości wcale nie ma alibi, nie spędziła wieczora, grając z nim w wista – tu panna Jones pobladła, a Hogwood pochwycił jej dłoń tak mocno, że palce aż zbielały – nie chciała się jednak przyznać przed ukochanym, że w nocy odwiedzała pokój notorycznego lowelasa, pułkownika Fentleya…

– Wypraszam sobie – huknął Fentley.

– …och, trzeba było to robić wiele lat temu – uśmiechnął się Poirot – kiedy zaczął pan budować swoją legendą mężczyzny, któremu żadna się nie oprze… Pan Hogwood jednak nie wiedział, że panna Jones nazywa się w istocie Anabell Fentley i jest pańską rodzoną siostrą, a przybyli tutaj państwo, żeby zgładzić swojego odwiecznego wroga, Stephena Leecha. Leech, obiecując złote góry, zdefraudował i przepuścił spadek, który otrzymaliście po rodzicach. Niestety, zostaliście ubiegnięci… kto mógł wbić nóżkę wiolonczeli w pierś Leecha? Kucharka, pani Linton? Pokojówka Amy? Obie miały po temu powody, które wolały zachować w tajemnicy: pan Leech, odkrywszy ich mały sekret, ich miłosne gniazdko, uwite w służbówce, bezwstydnie je szantażował. Madge nie mogła z kolei znieść jego coraz ordynarniejszych umizgów, ponadto pragnęła pilnie spłacić ruletkowe długi…

– Wody, Amy, przynieś wody – krzyknęła Marjorie na widok osuwającej się na dywan Madge.

– …a wiedziała, że Leech zapisał jej „cały majątek”. Nie miała tylko pojęcia, że z majątku nic nie pozostało. Proszę się nie kłopotać – zwrócił się do Amy – drzwi są zamknięte, a panna Madge wprawdzie znakomicie udaje omdlenia, ale równie przekonująco odegra zaraz powrót do zmysłów. Równocześnie podejrzanym mógł być kamerdyner Hoskins, wieloletni służący Leecha, który dotychczas był jego głównym spadkobiercą i, podobnie jak Madge, nie miał pojęcia, że słynne pakiety akcji były tak naprawdę tylko poukładanymi w równe paczki pociętymi płachtami niedzielnego „Timesa”.

Poirot nie zważał na zdziwienie, jakie wywołały jego słowa wśród zebranych i ciągnął swój wywód:

– Bez winy zdawał się jedynie Greg Brailey – Poirot z aprobatą spojrzał na Madge, bo właśnie bez trudu wróciła na fotel, z którego się wcześniej osunęła. – Przyjechał z Chicago, ze zmarłym nic go nie łączyło, był zbyt młody, by kiedykolwiek się z nim zetknąć. Wiemy, że nigdy wcześniej nie opuszczał Stanów, a czasy, w których Leech koncertował po drugiej stronie wielkiej wody, wypadały grubo przed urodzeniem pana Braileya. Nic bardziej mylnego!

Greg nie zdradził się najmniejszym poruszeniem, przeciwnie, było w jego twarzy coś chorobliwie wręcz nieruchomego, skrzepłego, co kazało Ariadnie Oliver uwierzyć, że Poirot i tym razem poradził sobie z zagadką.

– Rzeczywiście, nigdy się pan nie zetknął ze zmarłym – zwrócił się do niego bezpośrednio – ale pański ojciec i owszem. Ze skutkiem śmiertelnym. Bowiem Stephen Leech, proszę państwa, ten defraudant, szantażysta, rozpustnik i niszczyciel domowego ogniska – Poirot uniósł wskazujący palec prawej dłoni – był nie tylko ofiarą morderstwa, ale i mordercą. Na trop naprowadziły mnie pańskie słowa, że detektyw może wskazać winnego, jednak ukaranie zbrodniarza zależy od sądu. To prawda. Ale panu nie chodziło o ogólną zasadę, tylko o coś bardzo osobistego. Jest pan pianistą i pianistą był również pański ojciec, Theodore Brailey, ofiara katastrofy Titanica. Tyle że Theodore Brailey nie utonął w zamarzniętej wodzie, nie poszedł pod wodę, uwięziony na dolnym pokładzie… został zabity, a jego ciało przepadło pośród innych ciał.

Greg siedział nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w dywan. Panna Lemon zauważyła tylko, że drży mu lewa powieka.

– Opowiada się często, że orkiestra na Titanicu grała do końca. Po katastrofie świadkowie zeznawali, że była to pieśń kościelna, Nearer, My God, to Thee. Owszem, orkiestra grała. Nie cała jednak. W pewnym momencie wiolonczelista, któż inny, jak znany państwu doskonale Stephen Leech, postanowił salwować się ucieczką; chwycił wiolonczelę, zostawiając za sobą grających kolegów, i rozpychając tłum łokciami, rzucił się do wyjścia. Pański ojciec – zwrócił się znów do Braileya – brał poważnie obowiązki muzyka na tonącym statku, więc wstał od fortepianu i próbował powstrzymać Leecha. Właśnie wtedy osunął się pod ciosem wymierzonym wiolonczelą. Byli na to świadkowie, był proces, wszystko to zna pan doskonale z opowieści, wychował się pan wszak w kulcie ojca. Urodzony ledwie dwa miesiące po jego śmierci, przez całe życie wysłuchiwał pan historii o tym, że był człowiekiem bez skazy i zmazy, zamordowanym przez podłą kreaturę, której uszło to na sucho – Poirot zawiesił na chwilę głos – ale cóż, sądy działają wedle swoich reguł. Uznano, że świadków jest zbyt mało, ci, którzy przeżyli, znajdowali się zbyt daleko od Leecha i Braileya, by należycie ocenić sytuację, uderzenie wiolonczelą mogło być spowodowane wstrząsem kadłuba… Leech wyszedł na wolność i nie chwaląc się wprawdzie graniem na Titanicu, chodził po tej ziemi przez kolejnych dwadzieścia pięć lat, przez dwadzieścia pięć lat pańskiego życia.

– …mam alibi – wyrzucił w końcu Brailey przez zaciśnięte zęby.

– Miał pan, i owszem. Skoro jednak wiemy, że panna Jones, a raczej Fentley, nie grała w wista, tylko przebywała w drugim skrzydle domu, to nie mogła słyszeć, jak gra pan za drzwiami…

– …ale przecież ja siedziałem w tamtym pokoju – wyrwało się Markowi Hogwoodowi – i słyszałem fortepian!

– Fortepian? Skądże. Muzykę fortepianową. Doskonale wiem – odwrócił się ponownie do Braileya – że nadal pan nie opanował drugiej części wyciągu z Lohengrina, natomiast opanował pan znakomicie puszczanie płyt na gramofonie. Gramofonie, który przywiózł pan w pudle, które miało skrywać maszynę do pisania. Gramofonie, który ukrył pan później w kompostowniku. Odpryśnięta błękitna farba, którą lord Knutsbridge znalazł potem między różami, pochodziła właśnie z tuby, którą pan zgniótł i zagrzebał w ziemi.

–  Wystarczy – szepnął Greg Brailey, skinął głową, po czym posłusznie wysunął ręce przed siebie. Inspektor Japp miał już naszykowane kajdanki.