Wydanie: MWM 11/2014

Święty John Coltrane

Article_more
Zwykle małomówny i skryty Coltrane tym razem utrzymywał członków swojego kwartetu w jeszcze większej niepewności. Szkice swojej nowej kompozycji wręczył muzykom dopiero w dniu nagrania, 9 grudnia 1964 roku. W chłodną środę siedzący w studiu Rudy’ego Van Geldera w New Jersey pianista McCoy Tyner, kontrabasista Jimmy Garrison i perkusista Elvin Jones zapoznawali się ze stosunkowo prostymi motywami i strukturami. Fakt, że lubiący zazwyczaj przećwiczyć przed nagraniem nowy materiał saksofonista zdecydował się na ujawnienie go w ostatniej chwili, mógł świadczyć, że traktuje tę sesję wyjątkowo. Jeszcze bardziej wyjątkowo niż poprzednie.

W programie tego wieczoru znajdą się m.in. kantata Ocalały z Warszawy Arnolda Schönberga oraz Koncert fortepianowy Henryka Warsa ze znakomitym pianistą jazzowym Wojciechem Majewskim w partii solowej. Polską Orkiestrę Radiową poprowadzi Marcin Nałęcz-Niesiołowski.


Transmisja w Filharmonii Dwójki 6 listopada o godz. 19:00.

W 1964 roku John Coltrane był u szczytu kariery, każdy jego nowy album wywoływał poruszenie większe niż w przypadku jakiegokolwiek innego jazzmana, nie wyłączając samego Milesa Davisa. W sformowanym ostatecznie dwa lata wcześniej wielkim kwartecie z Tynerem, Garrisonem i Jonesem odnalazł alchemiczną formułę przemieniającą każdą muzyczną ideę w czyste złoto – nowe kompozycje były jeszcze bardziej wyraziste, improwizacje jeszcze bardziej intensywne, a stopień wzajemnego porozumienia wewnątrz zespołu bez precedensu w historii jazzu. Ewolucja muzyki Coltrane’a z każdym rokiem nabierała tempa – niektórzy twierdzą, że podupadający na zdrowiu artysta przeczuwał, że ma już niewiele czasu, ale tego nie wiemy. Na pewno stawiał sobie coraz ambitniejsze cele. Otwarcie mówił w wywiadach, że ekspresja własnej religijności w muzyce jest jego najważniejszym zadaniem. „Chcę przemówić do ludzkich dusz” – twierdził. Obecne w jego nagraniach bunt i agresja – choć zapewne Coltrane ani jego muzycy nie zgodziliby się z tymi określeniami – przyciągały rzesze młodych, często białych słuchaczy, ideologicznie grawitujących ku rodzącej się właśnie kontrkulturze, czego artysta był doskonale świadomy.

 

Czteroczęściowa suita A Love Supreme, którą Coltrane przyniósł tamtego dnia do studia, była niczym innym, jak wyznaniem wiary i hymnem pochwalnym, a jednocześnie autoterapią i oczyszczeniem. To była jego Pasja Mateuszowa, jego Requiem. Sam – znów, wbrew zwyczajom – napisał notkę do płyty, w której wraca do 1957 roku, kiedy to, jak pisze, doznał duchowego przebudzenia, które pozwoliło mu naprawić swoje życie. Swą iluminację zawdzięczał po trosze Milesowi Davisowi, który w kwietniu 1957 roku wyrzucił pogrążającego się w otchłaniach narkomanii i alkoholizmu, kompletnie nieprzewidywalnego Coltrane’a ze swojego kwintetu. Wstrząs i nagła, wymagająca wielkiego charakteru przemiana były jednym z najbardziej spektakularnych w dziejach jazzu zwycięstw nad nałogiem.

 

Oprócz tych osobistych słów dla słuchaczy album zawierał kolejny niespodziewany element: religijny wiersz Coltrane’a zatytułowany A Love Supreme (wiersz, który, jak się okaże, w niemałym stopniu wpłynął na muzykę). Nawet okładka była inna niż zwykle: wydawca płyty zrezygnował z obowiązującej wszystkie albumy oficyny Impulse! pomarańczowej kolorystyki na rzecz bieli (tradycyjnie już złamanej czernią). Zazwyczaj kolorowe zdjęcia przedniej okładki zastąpiono, decyzją Coltrane’a, monochromatyczną fotografią twarzy saksofonisty, wykonaną w dniu sesji przez producenta albumu, Boba Thiele’a.

 

Album nagrano w ciągu jednego dnia. Podczas sesji przygaszono światła, uzyskując intymny, kameralny nastrój. Kompozytor, jak zwykle, liczył na spontaniczność swoich muzyków, którym zostawił sporo swobody, ale wbrew pozorom całość była przez Coltrane’a bardzo gruntownie przemyślana. Bo A Love Supreme to nie tylko wybitna muzyka znakomitego zespołu w najwyższej formie, lecz także dzieło religijne naładowane ukrytymi znaczeniami.

Sam tylko początek i koniec: po trzydziestosekundowym wstępie w pierwszej części suity, Acknowledgement, pojawia się grany przez Garrisona czteronutowy motyw „a love supreme” (śpiewany później przez lidera). Po krótkiej improwizacji saksofonista powraca do głównego motywu i podaje go we wszystkich dwunastu tonacjach. Tak jakby Coltrane – powiadają interpretatorzy – chciał nam pokazać, że tytułowa boska miłość była wszędzie: w każdym geście, w każdej myśli, w każdej nucie. I nie są to interpretacje bezpodstawne, zważywszy na holistyczną duchowość Coltrane’a, dla którego również muzyka była emanacją czegoś wyższego. Również zamykający płytę utwór Psalm, najspokojniejszy i z pozoru najmniej efektowny, przynosi jeden z najbardziej niezwykłych w historii jazzu przykładów swoistej retoryki muzycznej. Coltrane literalnie podaje na saksofonie tekst umieszczonego na okładce wiersza. Instrumentalna „recytacja” oddaje dokładnie naturalną intonację, frazę i rytmikę kolejnych zdań. Album zamykają wygrane przez muzyka słowa „All from God. THANK YOU GOD. Amen”.

 

10 grudnia zespół wchodzi do studia po raz drugi i wraz z dodatkowymi muzykami, saksofonistą Archiem Sheppem i kontrabasistą Artem Daviesem, nagrywa sekstetową wersję nowej kompozycji, ale ostatecznie Coltrane decyduje się wydać tę pierwszą. Po ukazaniu się albumu w lutym 1965 roku od razu uznano go – nawet w kręgach niechętnych Coltrane’owi – za arcydzieło. Pod względem czysto muzycznym płyta wcale nie była przełomowa – jak Giant Steps czy Ascension – nie było właściwie w nagraniach kwartetu nic, czego nie słychać było już na poprzednich albumach. Jednak wyjątkowa kombinacja żarliwych improwizacji, przekonujących i łatwych do zapamiętania motywów oraz nieskrywanego, doniosłego przesłania sprawiły, że muzyka z A Love Supreme – gwałtowna i łagodna jednocześnie, jak opisywał ją Carlos Santana – dotarła do publiczności niemającej z jazzem nic wspólnego. „Element hymniczny panujący w całym współczesnym jazzie i rocku wywodzi się od Coltrane’a – przede wszystkim z Love Supreme” – twierdził nie bez racji Joachim Ernst Berendt.

 

Wiemy dziś, jakie wynagrodzenie za jedną z najsłynniejszych sesji nagraniowych XX wieku dostali muzycy kwartetu Coltrane’a: Jones, Tyner i Garrison po sto czterdzieści dwa dolary każdy, lider dwa razy tyle. Oraz tantiemy, które musiały być spore, bo przed końcem dekady sprzedano pół miliona egzemplarzy (przy trzydziestu tysiącach nakładu, w jakim zwykle rozchodziły się płyty Coltane’a dla Impulse’u). Mimo tego sukcesu saksofonista A Love Supreme wykonał w całości tylko raz, w lipcu 1965 roku na festiwalu w Antibes, a o osobistym znaczeniu albumu w żadnym zachowanym wywiadzie nie mówił. Zmarł dwa lata później, mając zaledwie czterdzieści lat. Na jego pogrzebie Cal Massey odczytał tekst wiersza z albumu A Love Supreme.

 

Skala uwielbienia Coltrane’a przekroczyła po jego śmierci wszystkie podobne zjawiska w muzyce jazzowej. Wśród licznych protestanckich wyznań w Stanach Zjednoczonych znajdziemy między innymi Kościół św. Johna Coltrane’a z San Francisco, który łączy liturgię Afrykańskiego Kościoła Ortodoksyjnego z cytatami i muzyką wielkiego saksofonisty. Jak można się domyślić, dźwięki A Love Supreme członkowie Kościoła traktują niemal jak boską formułę.