Wydanie: MWM 11/2014

Komu bije dzwon

Article_more
Od kilkuset lat muzyka dzwonów towarzyszy mieszkańcom Wrocławia. Ostrzegają przed niebezpieczeństwem, zapowiadają ważne wydarzenia i odprowadzają na miejsce ostatniego spoczynku. Ich głos jest trwalszy od spiżu, z którego zostały odlane.

Wrocławska mieszczka Katarzyna Triselinn zleciła w maju 1488 roku, by jej pogrzeb odbył się w kościele św. Elżbiety, wśród bicia wszystkich dzwonów, z udziałem sześciu księży. A Anna Garwolsky, właścicielka dwóch wsi, wdowa, poleciła, by „podczas pogrzebu i gdy będę leżała na katafalku” dzwoniły „duże dzwony”. Do dziś dźwięk dzwonu oznajmia śmierć. W wieczór, gdy odszedł papież Jan Paweł II, we Wrocławiu odezwały się wszystkie dzwony.

Chasyda obecnego przy śmierci jednego ze świątobliwych cadyków zapytano: „Jak to się odbyło?”. „Bardzo pięknie – odpowiedział – jak gdyby ktoś przeszedł z jednej izby do drugiej”.

Domenico da Capranica, piętnastowieczny arcybiskup Fermo, twierdził, że człowiek bez lęku przyjmie nadchodzącą śmierć, jeśli nauczy się dobrze umierać: „Umieć zaś umierać – jak powiedział pewien mędrzec – to znaczy o każdej porze mieć sposobne serce i duszę ku niebu, aby śmierć, kiedykolwiek nadejdzie, zastała go przygotowanym”.

Żywych zwołuję, zmarłych opłakuję
Umieranie było kiedyś aktem publicznym – przy łożu chorego stawali członkowie rodziny, przyjaciele i sąsiedzi, czasem członkowie bractw pogrzebowych. Przynależność do nich była swego rodzaju szczepionką antylękową, takim oswojeniem się ze śmiercią, aby nadejście Pani Srogiej przyjąć ze spokojem ducha. Pogrzeb był starannie zaplanowany przez głównego bohatera uroczystości – wybierał wcześniej materię, którą wybijano katafalk, decydował, ile świec ma się palić przy trumnie, kto powinien iść w orszaku i jaka muzyka zabrzmi podczas odprowadzania do grobu.

Głosu dzwonu wszyscy pożądali. Nawet skazańcy umierający na szafocie. Dla jednego z nich ten dźwięk okazał się najbardziej wyczekiwanym w życiu. Nazywał się Michael Wilde, był doskonałym ludwisarzem i, jak opowiadała dziewiętnastowieczna ballada Wilhelma Müllera (w tłumaczeniu Romana Kołakowskiego), „tak wiele odlał dzwonów, stapiając cynk i miedź, by mogły z wszystkich dzwonnic na Bożą chwałę brzmieć!”. Niestety, mistrz okazał się równie pyszny, jak porywczy. Gdy zamówiono u niego dzwon dla kościoła św. Marii Magdaleny, postanowił, że wzniesie się na szczyty swego kunsztu i wydobędzie z metalu taki ton, jakiego wrocławianie jeszcze nie słyszeli. 

Sporządził więc ogromną formę i zaczął w kotle stapiać spiż. A ponieważ był już zmęczony, postanowił pokrzepić się kufelkiem. „Jeszcze zdążę skoczyć na jednego szepca, a potem odleję mój dzwon. W dniu św. Aleksego, roku Pańskiego 1386, powstanie najwspanialszy dzwon Wrocławia – pomyślał i zawołał czeladnika. „Pilnuj kotła, ale nie dotykaj kurka!”, przykazał. Lecz „chłopak kran odkręcił, to skusił go zły duch”. Wylał się spiż do formy, a czeladnik pobiegł po mistrza. Stanął przed nim bez ducha, obłapił za kolana i o przebaczenie prosił, jednak ludwisarz, gniewem ogarnięty, chwycił nóż i przebił pierś czeladnika. Potem pobiegł do warsztatu. Jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył, że odlew już gotowy. Bez jednej skazy, jednej rysy, lśniący jak klejnot. Ale cóż, życia chłopcu nikt już nie mógł wrócić.

Żałował swej porywczości ludwisarz Wilde, żałowali ludwisarza sędziowie, ale krew domagała się krwi. Majster został skazany na śmierć przez ścięcie. W swym ostatnim życzeniu poprosił o możliwość posłuchania głosu dzwonu. „Wszak praw to nie narusza – trybunał zgodę dał, by w drodze na stracenie mistrzowi dzwon ów grał”. Był 11 kwietnia 1387 roku, gdy nad miastem popłynął potężny głos Dzwonu Skazańca. Ważył on sto trzynaście cetnarów, a gdy uderzono w niego pięćdziesiąt razy, następne pięćdziesiąt wybijał z rozpędu!

Śpiew dla skazańca
Przypomniano sobie tę historię 16 czerwca 1526 roku. Prowadzono wówczas na śmierć pisarza z Głogowa, Jana Behra, skazanego za krzywdę wyrządzoną małemu chłopcu. W drodze na stos towarzyszył mu śpiew dzwonu z Marii Magdaleny, najsłynniejszego dzwonu Śląska. Wrocławianie byli do niego bardzo przywiązani, legendę o Dzwonie Skazańca wszyscy znali, ballada Müllera trafiła do szkolnych podręczników, a na ścianie kamienicy przy dzisiejszej ul. Piotra Skargi 23 (od podwórza), podziwiano ludwisarza i jego żony.

Porywczy mistrz miał podobno naśladowcę. Był nim ludwisarz, któremu rada miejska kazała w 1543 roku odlać ogromne działo, większe od wszystkich armat broniących dotąd murów miasta. Pochodził z Miśni, a nazywał się Michael Heiliger. Zrobił formę działa, ale metal do formy wlał czeladnik, co go kosztowało życie. Na pamiątkę zdarzenia na lufie działa wypisano zdanie: „Boże, dopomóż w obierzy, młodzieniec martwy leży”. Działo, zwane oficjalnie Samsonem, a nieoficjalnie Starą Świnią, ważyło osiemdziesiąt siedem cetnarów i było niebezpieczne dla obsługi. Podobno wiecznie zdarzały się przy nim wypadki, aż w 1760 roku rozerwało się przy wystrzale.

Wrocławianie słuchali głosu dzwonu z Marii Magdaleny ponad pięćset lat – ostatni raz 17 maja 1945 roku, gdy kościół został zniszczony, a dzwon spadł. Nie wiadomo, co się stało – czy eksplodował skład amunicji, zgromadzonej w świątyni przez obrońców Festung Breslau, czy też Rosjanie urządzili sobie pokaz fajerwerków, podpalając zapasy benzyny. W każdym razie Dzwon Skazańca żyje już tylko w legendzie. Na szczęście jego głos został przed wojną nagrany i dziś można go posłuchać na portalu SlaskWroclaw.info, podobnie jak głosu dzwonów wiszących wciąż w wieżach kościołów św. Doroty, św. Klary czy św. Elżbiety. Zarejestrował je Tomasz Sielicki. Warto sprawdzić, jak bardzo się różnią.

Wołam na trwogę
Kiedyś kościoły miały po dwa, cztery dzwony, a te największe świątynie (jak katedra czy kościół św. Elżbiety) nawet osiem. Odlewano je w mieście, tutejsi ludwisarze mieli znakomitą renomę i cieszyli się sławą, nawet jeśli nie mordowali swoich czeladników. Geittner, Gertner, Götz, Heiliger czy Klagemann, Schellrad i Scholtz wiedzieli, jak ze spiżu wydobyć ton doskonały. Taki, jaki ma dzwon ratuszowy. Gdy zegar pokazuje południe, najpierw słychać cztery uderzenia dzwonu kwadransowego, a potem bije dwanaście razy dzwon godzinowy. Ta melodia płynie nad Rynkiem od 1368 roku.

Niegdyś odpowiadały jej głosy strojonych wysoko dzwonów z kościołów św. Marii Magdaleny i św. Elżbiety. W elżbietańskiej farze wisiał drugi – po Dzwonie Skazańca – najsłynniejszy dzwon Wrocławia. Odlał go w 1507 roku Georg Milde (miał ludwisarnię przy dzisiejszej ul. św. Antoniego), ważył jedenaście ton i nosił imię Dwunastu Apostołów. Niestety, pękł w 1914 roku, trzy lata później został przetopiony. 

Bardzo piękny, głęboki i donośny głos ma dzwon z kościoła św. Doroty, jedyny, który przetrwał konfiskatę wojenną (świątynia miała trzy dzwony), odlany w 1674 roku przez Johanna Georga Herolda. Trzeba go uruchamiać ręcznie, ale parafia nie ma dzwonnika i dlatego dzwon słychać tylko w czasie największych uroczystości. Dawniej wtórował mu głos dzwonu odlanego w 1670 roku przez Gottfrieda i Siegmunda Götzów. Na płaszczu miał reliefowe przedstawienie św. Wacława, w rycerskiej zbroi i koronie królewskiej, dzierżącego w jednej ręce sztandar, a w drugiej tarczę z orłem. Św. Wacław patronuje świątyni, obok św. Doroty i św. Stanisława, więc objął też pieczę nad dzwonem.

Rycerz do dzwonu pasuje, bo jego głos zapowiadał często wojenne zagrożenie. Gdy w połowie XV wieku Śląsk opanował strach przed najazdem tureckim, po wieczornym dzwonieniu wprowadzono zwyczaj krótkiego uderzenia w „dzwon turecki”, jak na trwogę. Należało się wtedy zatrzymać i pomodlić o ocalenie. Gdy około 1680 roku Turcy znowu zagrozili Europie, władze diecezjalne nakazały, aby dwa razy dziennie – rano o siódmej i po południu o szesnastej – uderzać w dzwon „przeciwko Turkom”.

Zaprzestano tego dopiero kilka lat po wiktorii wiedeńskiej króla Jana Sobieskiego. Co nie znaczy, że głos dzwonów ostrzegający przed wojenną trwogą znów się nie odezwie.