Autor: Ewa Osińska
Wydanie: MWM 11/2014

Vlado Perlemuter – dyskretny romantyk

Article_more
Kto pamięta, że urodził się w Kownie i miał polskie korzenie? Kto wie, że jednym z jego pierwszych profesorów był Maurycy Moszkowski, u którego już jako czternastoletni chłopiec podpatrywał bardzo specyficzne palcowania, a w latach dojrzałych, jako ceniony pedagog, wykorzystywał i posługiwał się nimi z wielkim upodobaniem, naturalnie częściowo adaptując je do potrzeb własnych rąk?

Ręce miał smukłe, na lewej nosił dyskretną złotą obrączkę. Delikatne dłonie były zawsze ciepłe. Długie palce i wyjątkowo długie kciuki trzeba było wygodnie „usadowić” na klawiaturze w zawiłych figurach pianistycznych. Jego obsesją związaną ze sposobem palcowania były zawsze pierwszy i piąty palec, i tak pozostało do końca życia.

 

Kto odnotował, że polscy stypendyści na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, pianiści spragnieni oddechu zza żelaznej kurtyny, wyruszali do niego jak do Mekki, zafascynowani mitem wielkości Profesora, pokonując przy tym niezliczoną liczbę przeszkód? Pojawiali się na 21 Rue Ampère w Paryżu w słynnej szkole pianistycznej założonej przez wielkiego Alfreda Cortota. Fascynacja to jedno, ale trzeba jeszcze było zdać egzamin przed Profesorem, a jego decyzja była nieodwołalna i nikt nie śmiał jej podważyć.

 

Przyjechałam do Paryża na początku 1968 roku, pożegnawszy na chwilę Polskę. Byłam świadkiem francuskich wydarzeń majowych tamtego roku; wydarzeń, które przeobraziły ten kraj nieodwracalnie. Wygodny francuski konserwatyzm musiał schylić czoła przed zbuntowaną młodzieżą i nowymi politykami, którym zamarzyło się inne wydanie wolności. 

 

Moja pierwsza lekcja z Profesorem mogła być pierwszym i ostatnim z nim spotkaniem. Na szczęście tak się nie stało. Od chwili przyjazdu do Paryża borykałam się ze znalezieniem pokoju z instrumentem, co nie było zresztą kłopotem tylko moim, ale wszystkich stypendystów. Przedstawienie się Profesorowi w takiej sytuacji, nie od najlepszej strony, po kilku dniach z dala od fortepianu, nie dawało mi szans na dostanie się do jego klasy. Na dodatek nie znałam tej części miasta, dlatego z trudem i do tego spóźniona dotarłam na spotkanie. Deszcz, wichura, zimno, złamany parasol…

 

„Co masz ochotę mi zagrać?”, zapytał Profesor. Prawdę mówiąc, w tamtej chwili nie było takiego utworu, który mogłabym odegrać bez lęku. Wobec tego wyboru dokonał Profesor. Scherzo h-moll Chopina otworzyło mi drzwi do klasy Mistrza. 

 

Z pierwszego spotkania zapamiętałam niewiele, jedynie piękną starą windę, wykwintną klatkę schodową, panią o ciepłym, przyjaznym uśmiechu, która otworzyła mi drzwi i poprosiła do ciemnawego salonu z nieposłusznym fortepianem. Jak się później okazało, panią tą była oddana żona Profesora, Jeanne, która z pewnością nie mogła być jego muzą. Muza mieszkała w Londynie i przez wiele lat, aż do schyłku życia Mistrza, dzieliła z nim czas spędzany w tym mieście.

 

Studenci wielbili Profesora za wiedzę, nieodgadniony urok i poczucie humoru, zrozumiałe jednak tylko dla tych, którzy lepiej go znali: oczy niejednokrotnie zdradzały prawdziwe intencje, których nie wypowiadały usta. Wielbili go również za to, że dzielił się wiedzą o epoce minionej i tej nam współczesnej, że znał Maurice’a Ravela, że był bezgranicznie, aż do śmierci, oddany sztuce.

 

Maître, jak go wszyscy nazywaliśmy, pojawiał się w konserwatorium na Rue de Madrid, jakby przychodził z innego, odrębnego świata, zatopionego w muzyce, żeby przekazać swoją wiedzę, miłość i szacunek dla sztuki, żeby natchnąć studentów i nauczyć ich dążenia do piękna. Przekazywał i pilnował uparcie realizacji zbliżonej do ideału, zatracał się w pracy. Toteż często długo czekano z zamknięciem wrót konserwatorium. Przychodził woźny, dyskretnie pukał do drzwi klasy, mówiąc: „Maître, on ferme!” – „Zamykamy!”.

 

Sylwetka Profesora była łatwo rozpoznawalna: szczupły, lekko pochylony, w nieodłącznym beżowym płaszczu przeciwdeszczowym i – w zależności od pogody – w granatowym berecie, włożonym na bakier; czasem – z czarną cienką teczką, czarnym parasolem i w kaszmirowym, długim, szarym szalu. Lubiliśmy odprowadzać Profesora do domu. To był przywilej.

Vlado Perlemuter lubił ćwiczyć w domu do późna. Zaczynał zwykle po kolacji, dlatego nie starczało czasu na wyjścia na koncerty, czego mu najwyraźniej nie brakowało. Jeden z dwóch instrumentów znajdujących się w domu, steinway, był na ogół marnie nastrojony, czyli – prawdę mówiąc – rozstrojony; miał niewyrównany dźwięk, niekiedy zapadające się klawisze nie ułatwiały nam, studentom, przyzwoitego wykonania programu i wydobycia duszy z fortepianu, nie mówiąc już o niemożliwych repetycjach.

                                                             

Drugim instrumentem w domu mistrza był półkoncertowy pleyel, podarunek od samego Pleyela, a zapisany przez Perlemutera w testamencie, wraz z częścią cennych nut, uczniowi i przyjacielowi, urugwajskiemu pianiście, Carlosowi Cebro.

 

Lekcje, na ogół publiczne, odbywały się w obecności asystentów i studentów. Zwykle trwały długo, ale zdarzały się również dramatycznie krótkie – po kilku zagranych taktach Profesor okazywał zniecierpliwienie i zachęcał do ponownego przyjścia. Pamiętam, jak przed moim występem w lipskim Gewandhausie pracowaliśmy długo tylko nad samym wstępem do Wariacji symfonicznych Francka. Fragment ten nadawał cały charakter temu czarownemu utworowi, zresztą tak rzadko granemu na estradach sal koncertowych. Profesor poprawiał, śpiewał, aż do osiągnięcia oczekiwanego rezultatu.

 

Jako dziecko Vlado Perlemuter utracił jedno oko, jednak nigdy się nie skarżył na ewidentne utrudnienia z tym związane. Mogło się nawet wydawać, że opanowywanie przez cale życie ogromnego materiału nutowego nigdy nie sprawiało artyście większego problemu. Już za młodu potrafił zrozumieć, co jest istotne w sztuce. Potrafił też wykorzystać to, że spotkał na swej drodze muzycznej wielkich artystów, którzy wprowadzili go w arkana swej sztuki. Maurycy Moszkowski przekazał mu wiedzę o prawidłowym, wygodnym palcowaniu, czym Perlemuter później wzbogacał i urozmaicał technikę gry. W okresie nauki u Moszkowskiego, w wieku zaledwie czternastu lat z wielkim powodzeniem wykonywał Feux Follets Liszta.

 

Alfred Cortot wprowadził Perlemutera w świat muzyki romantycznej; to dzięki niemu poznał dogłębnie całego Chopina. I to Cortot cyzelował jego dźwięk i wyraz w muzyce. Mimo konfliktu, wynikłego z tego, że Cortot odmówił Perlemuterowi i Clarze Haskil wsparcia, obaj pianiści darzyli się szacunkiem, a zdarzenie to nie wpłynęło na ich relację. Perlemuter potrafił wybaczać.

 

Profesor żył w świecie przesiąkniętym muzyką, znał największych twórców swoich czasów i był przez nich ceniony. Już jako dziesięcioletni chłopiec zagrał z powodzeniem arcytrudną sonatę Paula Dukasa w obecności kompozytora, a w wieku dwudziestu czterech lat wykonywał wszystkie dzieła fortepianowe Maurice’a Ravela. Gabriel Fauré, którego miał za sąsiada, był jego partnerem do brydża, poza tym często wspólnie koncertowali. Kontakty z wybitnymi muzykami epoki miały z pewnością wpływ na repertuar Perlemutera. Znajdowały się w nim dzieła wszystkie Ravela i Faurégo, następnie cały Chopin, nagrywany w Londynie dla wytwórni Nimbus, oraz Beethoven, Mozart, Schubert, a nawet – może jako kaprys? – III Koncert fortepianowy Prokofiewa.

 

Vlado Perlemuter nie chciał zadziwiać swoją grą. Był niezwykle pracowitym pianistą, co niestety nie chroniło go przed potworną tremą przed występami. Niejednokrotnie trzeba go było niemal zmuszać siłą do wyjścia na estradę. Nie zawsze też panował nad pamięcią i może dlatego niechętnie grywał z orkiestrą. Z upodobaniem zaś uprawiał muzykę kameralną, choćby z Kwartetem Parrenin. Lubił również akompaniować śpiewakom.

 

Przywiązywał ogromną wagę do palcowania u siebie i swoich studentów; najbardziej lubił ćwiczyć osobno partię każdej ręki i zalecał to swoim uczniom. Zdecydowanie wolał uczyć tego, co sam „miał w palcach”. Udzielał wtedy wielu rad praktycznych. Uważnie przysłuchiwał się, gdy nagrywałam w Paryżu komplet mazurków Chopina i cieszył się razem ze mną z doskonałych recenzji zamieszczonych w słowniku płytowym Lafont.

 

Francja odkryła, uznała i doceniła Perlemutera stosunkowo późno. W latach osiemdziesiątych artykuł świetnego dziennikarza muzycznego Alaina Lompecha wydobył z cienia tę fantastyczną postać. Odtąd artysta gościł na największych estradach Paryża i Londynu, przy szczelnie wypełnionych publicznością salach. Wykładał w Japonii, gdzie miał swoich licznych wielbicieli, a także w innych krajach azjatyckich i, oczywiście, w Europie.

 

Perlemuter wnosił ze sobą na estradę coś nieuchwytnego, co dane jest tylko wybranym. Nie kreował się na gwiazdę, bo nią po prostu był. Zawsze gwarantował wielkie wydarzenie artystyczne, a jednocześnie pozostawał niezwykle skromny. Wszystko to stawia go w rzędzie tych wielkich i niezastąpionych, których interpretacje – jak dobre wytrawne wino – nigdy się nie starzeją. Vlado Perlemuter, dyskretny, niedbający o rozgłos, konsekwentny w realizacji celów artystycznych, całym swoim długim, dziewięćdziesięcioośmioletnim życiem pokazał, że muzyka może być esencją i motorem działania, że jest powietrzem, oddechem, życiem.