Wydanie: MWM 11/2014

Epitafium dla K.

Wspomnienie o Włodzimierzu Kotońskim
Article_more
Wiadomość o śmierci Włodzimierza Kotońskiego obiegła całe środowisko muzyczne. Niezwykłość jego dokonań twórczych wynika z faktu, że był jednym z najbardziej aktywnych kompozytorów polskich XX wieku. Tworzył już podczas studiów u Piotra Rytla, nieustannie aż do chwili śmierci. Ponadto, jako człowiek obdarzony żywiołowym usposobieniem, był obecny nawet podczas mniej znaczących wykonań swoich dzieł, i to będąc już w podeszłym wieku.

W przyszłym roku święciłby jubileusz dziewięćdziesięciolecia. Choć stylistyka Kotońskiego uległa w fazie schyłkowej znacznej transformacji (degradacji?), związanej z powrotem do tradycji kameralistyki oraz rozwiązań fakturalnych modnych w pierwszej połowie wieku – o czym świadczą choćby ostatnie kwartety smyczkowe, tak chętnie wykonywane podczas Warszawskich Spotkań Muzycznych – to ogromny wkład w rozwój kultury ostatnich dekad nie powinien ujść uwadze przyszłych pokoleń pasjonatów historii muzyki. Rozległe zainteresowania intelektualne, od etnomuzykologicznych badań kultury Podhala aż po awangardowe eksperymenty prowadzone we współpracy ze Studiem Eksperymentalnym Polskiego Radia, dialektyka artystyczna łącząca pieśń wokalną, instrumentalistykę z elektronicznym przetwarzaniem materiału dźwiękowego za pomocą taśmy, wyszukane składy wykonawcze z zastosowaniem rozbudowanej obsady perkusyjnej czy wreszcie przykład skrajny – poddane elektroakustycznej transformacji brzmienie pojedynczego uderzenia w talerz, stanowiące podstawę pionierskiego utworu w dziejach polskiej musique concrète Etiudzie na jedno uderzenie w talerz – kreślą wizerunek zgoła osobliwy. Wydaje mi się, że dokonania Kotońskiego wciąż pozostają niedoceniane. Z tej ligi kompozytorskiej do szerszej świadomości kulturalnej dotarł dotychczas jedynie Schaeffer, ale Andrzej Dobrowolski już nie. 

Na uwagę zasługują nie tylko znane i nowatorskie odkrycia, ale i marginalia, pozostające w cieniu działalności użytkowej Kotońskiego, równie umiejętnie przemycające bogactwo idei ówczesnej awangardy, co dzieła z głównego trzonu spuścizny kompozytorskiej. Rzadziej zdajemy sobie z nich sprawę, dokonując podsumowania jego osiągnięć. Podczas przeglądania archiwów audiowizualnych na stronie internetowej Ninateki można trafić na skarbiec muzyki do filmów animowanych. Choć nie jest to gatunek, któremu zwykłem się przyglądać, niemniej za niezwykle cenne uważam podkłady muzyczne wykorzystane w kinematografii Teresy Badzian oraz Jana Lenicy. Wplecione w akcję animowaną zaskakują znakomitym wyczuciem stylu, groteski, dramaturgii, naśladownictwa nastroju i malarstwa dźwiękowego. Próżno tu rozstrzygać, czy oniryczno-surrealistyczne wizje w Labiryncie lub prosta narracja i figlarna bajkowość w filmie Mamutek dały Kotońskiemu szersze pole do popisu, czy raczej skłonny był do zastosowania chwytów, które czekały gotowe do użycia w zanadrzu jego twórczej świadomości. O ich wartości decyduje plastyczność myśli muzycznej oraz bogata, efektowna ekspresja. Surrealistyczną strukturę Labiryntu Lenicy podkreślają pół ludzkie, pół zwierzęce postaci przywodzące na myśl bohaterów portretów Witkacego, a poczucie bezradności w labiryncie wydarzeń i „zmechanizowanego” otaczającego świata – K. z powieści Kafki. Muzyce na wskroś ilustracyjnej również nie brak sentymentalnych wspomnień obecności kataryniarzy na ulicach polskich miast czy dawnego komediowego spektaklu operowego.

Wciąż z wytęsknieniem oczekuję chwili, gdy stare filmy animowane ponownie ujrzą światło dzienne i zostaną zaprezentowane szerszej publiczności na przykład podczas Krakowskiego Festiwalu Muzyki Filmowej. Z pewnością obecność K. i Lenicy wniosłaby trochę świeżości i niekomercyjności do programu małopolskich juwenaliów filmowych. A przy tym… czyż to nie takie nasze, swojskie?