Afryka to muzyka

Article_more
fot. Magda Podsiadły
Byłam kiedyś dzieckiem w Afryce, w Gwinei, tam gdzie dziś szerzy się, niestety, wirus ebola. Mieszkałam z rodzicami w stołecznej Konakry, tuż nad oceanem, na przedmieściach metropolii, wtedy jednej z najpiękniejszych nie tylko w Afryce. Po latach wróciłam do Afryki Zachodniej i od prawie dwudziestu lat wędruję po wielu jej krajach, w poszukiwaniu wspomnień, ale i spotkań z tradycyjnymi opowiadaczami, tancerzami, muzykami, z artystami kina, teatru, ze zwykłymi ludźmi.

Ktoś zapytał mnie ostatnio: fotografujesz muzykę? W pierwszej chwili pomyślałam: nie, nie planowałam nigdy takiego projektu. Ale jednak: tak. Bo jak nie fotografować muzyki w Afryce? Muzyka jest wszędzie, mieszkańcy tego kontynentu jeszcze w łonie matki słyszą wokół muzykę i tańczą z matką.

Idziesz zapyloną ulicą w Mopti w Mali i natykasz się na grupkę kilkuletnich chłopców, którzy zabijając nudę rytmicznie uderzają w stary garnek, kalebasę, puszkę i dają koncert, jakby byli zawodowymi muzykami. Przychodzi im to z taką łatwością, naturalnością, porywają słuchaczy energią. Ktoś zaczyna tańczyć, ktoś się dołącza. To codzienność, zwykłe spotkania międzyludzkie, chwila przebywania razem.

Mam przyjaciół w afrykańskiej wiosce Nadoba w Togo, położonej daleko w buszu. Gdy do nich przyjeżdżam, mieszkam wraz nimi w skromnej chacie, jemy wspólne posiłki i spędzamy wieczory pod starym drzewem mangowym. Któregoś z takich wieczorów przyszły na nasze podwórze dzieci sąsiadów, zeszło się trochę starszych ludzi. Posiadaliśmy, gdzie się dało, na krzesłach, pniakach, na misce odwróconej do góry dnem, na tarasie mojej staruszki gospodyni i ktoś zaczął snuć opowieść. Tak wpadłam w sidła afrykańskiego opowiadania.

Opowiadanie w Afryce to nauka życia poprzez baśnie, mity, przypowieści, przysłowia i piosenki. Muzyka jest takim spotkaniom nieodłączna. Wśród opowiadaczy są też prawdziwi artyści, zwani griotami, kształtowani w opowiadaniu i muzyce od dzieciństwa. Za griotami stoi tradycja wywodząca się ze średniowiecznej historii wielkiego imperium ludu Mandingów, rozpościerającego się niegdyś od Mali, Nigru i Mauretanii po wybrzeże Zatoki Gwinejskiej. Griot wciąż jest dla Afryki Zachodniej tym, czym krew dla ludzkiego organizmu, nadaje sens jej istnieniu. Griota ma do dziś każdy szef rządu w dawnym imperium, każda wioska, każda rodzina. W afrykańskiej tradycji ustnej grioci są porte-parole społeczeństwa, towarzyszącymi każdemu etapowi życia człowieka, obecnymi przy chrzcinach, ślubach, pogrzebach, rozjemcami w sporach społecznych. Misją griota nie jest tylko opowiadanie historii, a zbliżenie ludzi do siebie, a przecież to także cel sztuki opowieści i muzyki.

Muzyka jest arcyważnym elementem tradycyjnych obrzędów, jak Wyjście Wielkich Masek wśród ludu Gurunsi w Burkina Faso. W najprostszym wyjaśnieniu Wielkie Maski to ciężkie drewniane maski wielkie rozmiarami. Tancerz zakładając maskę i kostium musi utrzymać na swym grzbiecie 30 kilogramów przez kilka dni trwania ceremonii. W bezlitosnym skwarze, w pyle będzie tańczył w swym rynsztunku układy choreograficzne gwałtowne, ekspresyjne, wymagające wielkiej siły i sprawności. Maski wychodzą często w liczbie nawet stu, bo w przeciwnym razie poszczególni tancerze nie mogliby odpocząć po swoich wyczerpujących solówkach. Rytualne zdarzenie prowadzi grupa muzyków. Wiedzie mieszkańców i tancerzy przez rytm całej kompozycji rytualnego widowiska.

To widowisko ujrzałam dzięki reżyserowi i aktorowi z Burkina Faso, nieżyjącemu już Amadou Bourou. Doznałam tego niezwykłego doświadczenia w wiosce Zawara w Burkina Faso. Wędrujesz za tancerzami, którzy są odczłowieczeni, przypominają wielkie futrzane zwierzęta, noszą maski zoomorficzne, często bardziej abstrakcyjne niż realistyczne. Maski przychodzą z buszu do ludu Nuna, będącego podgrupą Gurunsi. Utożsamiają bóstwa zwierząt, sił natury i przodków i niosą moc. Opanowują całą wioskę i gdy ludzie podążają za nimi w chmurach piasku, tańcząc, bawiąc się, radując, następuje wzmocnienie jedności wspólnoty, poczucia tożsamości, potwierdzenie autorytetu wybitnych postaci w społeczności - szefa wioski, dzielnicy, masek, ziemi - oraz związków z naturą - wodą, ogniem, ziemią, niebem, słońcem.

Tak mnie zaczarowało to doświadczenie, że wciąż wracam do tych ludzi, gdy świętują i gdy prowadzą codzienne życie. Któregoś razu udało się ich sprowadzić na kilka magicznych dni do Wrocławia, na Brave Festiwal.

Rytm święta Wyjścia Wielkich Masek wybijają muzycy - na długich bębnach, prostych piszczałkach. I sięgają swą muzyką trzewi. Człowiek ulega magii rytuału, zapomina o własnych korzeniach, kolorze skóry, o byciu obcym.

Mój niezaplanowany projekt Afryka To Muzyka to właśnie te spotkania, ale też bohaterowie owych spotkań. Ich portrety. Michel, niewidomy muzyk z północy Togo, z wioski Banwaré, który używa synkopowego rytmu jak rasowy jazzman. Yassih z Pagouda w Togo, griot, który ułożył znaną w całym kraju piosenkę o wypadku lotniczym prezydenta Gnassingbé Eyadema, z której dyktator wyszedł cało. L’Enfant Noir, czyli Czarne Dziecko, czyli Asakar Adam Abaye z Czadu, zawodowy opowiadacz, występujący dziś na scenach europejskich. Młodzi muzycy z zespołu Djeliya z Bobo Diulasso w Burkina Faso, łączący tradycję z nowoczesnymi trendami w muzyce. Oraz artyści anonimowi, spotkani w drodze, wśród nich prowadzący ceremonię Wyjścia Wielkich Masek bębnista z wioski Zawara, lalkarz marionetkarz z Boromo w Burkina Faso, tancerz święta plonów z Pagouda.