Autor: Anna Marks

SEX, DRUGS, DUR CZY MOLL?

Article_more
Akseli Gallen-Kallela (1865-1931) „Symposion"
Czy Filharmonia jest świątynią? Czy muzyka jest religią, w której kompozytorzy to święci, a muzycy to wtajemniczeni kapłani? Dziś będę profanować.

Czytuję regularnie „BBC Music Magazine” i nigdy, przenigdy nie opuszczam felietonu Richarda Morrisona. Przy okazji inauguracji odnowionych organów w Royal Albert Hall napisał on bardzo ciekawy tekst o graniu na organach właśnie, o tym, że na Wyspach istnieje wiele wspaniałych instrumentów, nie odkrytych przez general public w wiejskich kościółkach, gdzie ich publiczność ogranicza się do kurczących się kongregacji wiernych, coraz mniej licznie uczęszczających na msze, że o niedzielnych nieszporach nie wspomnę. Jak jednak kończy Morrison swój felieton na wzniosły przecież temat? Ano wyznaniem, że granie na organach (a sam jest organistą, więc wie co mówi), to największa radość, jakiej można doświadczyć, będąc ubranym! Hmm…

 

A z czym kojarzy się wam słowo „sympozjum” – zjazd uczonych, dysputa filozofów w oliwnym gaju? A może klub wielbicieli alkoholu, który w Helsinkach założył znany z procentowych ekscesów Jean Sibelius? Ileż to razy udręczona małżonka musiała go odciągać od szampana i ostryg, czasem wprost na dyrygenckie podium. O zgrozo, i to ona musiała czasem wybierać utwory na koncert! No, ale skoro najlepszym kompanem do wypitki był sam… Ferruccio Busoni (młodzieży podpowiem, że słynie on jako autor opracowań wielu dzieł Bacha na fortepian).

 

Dyrygenckie ekscesy nie ograniczają się jednak tylko do alkoholu. Wynikają one czasem z nadwrażliwości kompozytorskiego ucha. Händel, na przykład, nie mógł znieść strojącej się orkiestry. Z szacunku dla mistrza, muzycy stroili się zatem przed jego nadejściem. Kiedyś, gdy nastrojone instrumenty czekały już na próbę, a muzycy w oczekiwaniu na maestra poszli „na jednego”, jakiś żartowniś nie odmówił sobie sposobności spłatania figla, cichaczem wemknął się na estradę i rozstroił to i owo. Kiedy więc miast pierwszego harmonijnego dźwięku rozległa się nieznośna kakofonia, Händel dostał szału, cisnął w orkiestrę peruką i rzucił się na nią z pięściami.

 

To wciąż tylko niewinne figle. Mniej zapewne znani naszym melomanom angielscy kompozytorzy Peter Warlock i Ernest John Moeran swego czasu postanowili zamieszkać razem w wiosce Eynsford, w hrabstwie Kent. Okoliczni mieszkańcy na próżno łudzili się nadzieją, że z chatki obu artystów w leniwe letnie popołudnia przez otwarte okno płynąć będą subtelne dźwięki utworów kameralnych. Dały się raczej słyszeć kolejne otwierane butelki i okrzyki rozkoszy. Żeby tego było mało, jeden z panów wjechał kiedyś autem w żywopłot, a drugi urządzał przejażdżki po wsi motocyklem bez żadnego przyodziewku.

24 tonacje to za mało, by cieszyć się życiem?

.