Autor: Jacek Dehnel
Wydanie: MWM 01/2015

Klawesyn. Wenecja, czerwiec lub wczesny lipiec 1755 roku

Mały pitawal przestępstw dokonanych za pomocą instrumentów muzycznych
Article_more
Przyjmuje się na ogół, że manuskrypt Historii mego życia Giacoma Casanovy, od paru lat przechowywany w paryskiej Bibliothèque Nationale, jest kompletny. Jednak niedawno środowisko bibliofilów zelektryzowała wiadomość, że na aukcji w Sotheby’s pojawić się ma wyimek pochodzący z oryginalnego dzieła. W stosunku do trzech tysięcy siedmiuset stron, te cztery zaledwie stroniczki stanowią niewielki okruch – jednak najsłynniejszy kochanek wszech czasów, choć blagier i fantasta, nie jest pierwszym z brzegu osiemnastowiecznym pamiętnikarzem, którego nudnawy rękopis kurzy się gdzieś, niechciany, na zapleczu domu aukcyjnego.

Już na pierwszy rzut oka rozpoznajemy charakter pisma: litery stawiane są niezbyt starannie, rozchwiane, z biegiem opowieści coraz bardziej pochylone w lewo, przeciw czemu jeżą się tu i tam ostre wąsy czupurnych „d”. Chronologicznie fragment wypada w okolicach rozdziału XV, pomiędzy historią o fałszywej zakonnicy a uwięzieniem Casanovy przez inkwizycję w weneckim więzieniu Piombi. Czemu autor postanowił usunąć ten kawałek ze swoich pamiętników – trudno powiedzieć, być może jedna z wielu osób, które przez dwa stulecia miały dostęp do rękopisu, wyjęła te akurat cztery karty jako pamiątkę czy relikwię?

 

„Niewielu spośród moich czytelników – rozpoczyna się ten urywek – nie zgodzi się z myślą, że muzyka, zarówno za sprawą rytmu, jak i słodyczy, wiele ma wspólnego z miłością. W rzeczy samej, byle głupiec może dojść do takiego wniosku. Rzadko jednak miłość splata się z muzyką tak ciasno i tak boleśnie, jak w opowieści, którą owego wieczora przekazał nam M. de Bragadin.

 

W Ca G–––, pałacu senatora i hrabiego, od dobrych trzech miesięcy mieszkał młody nauczyciel muzyki, Alvise, u boku innych preceptorów edukujący dwie młode córki pana domu, które kiedyś miano liczyć pośród najlepszych partii Wenecji. Ojciec Alvisego, powroźnik, miał skromny warsztacik w sestiere Cannaregio, ale pozwolił sobie na posłanie syna do szkół, a także do chóru przy Santa Maria dei Miracoli, gdzie szybko poznano się na jego słuchu, a także innych przymiotach ciała i ducha. Pracowity i sumienny, rok po roku nie tylko uczył się grać na rozmaitych instrumentach, ale i komponować muzykę. Stamtąd, dzięki protekcji pewnego prałata, trafił właśnie na służbę do hrabiego G–––, gdzie sumiennie uczył dwie drobne hrabianki, ledwie od ziemi odrosłe, jak brzdąkać na klawesynie. Traf jednak chciał, że niebawem z klasztornej szkoły wróciła do domu córka najstarsza, prawdziwa nimfa, blada jeszcze od chłodu i cienia, w których ją chowano za murami klasztoru, jak pod korcem.

 

Siadywali odtąd jedno koło drugiego, ćwicząc zapamiętale nie tylko grę na klawesynie, lecz także, jak się okazywało, pierwsze miłosne uniesienia. On wpatrywał się w nią jak w bóstwo różanopalce, ona wpatrywała się w klawiaturę, tak, że choć spalał się w uczuciach do niej, to długo w niczym nie zdradziła mu, że uczucie to jest odwzajemnionym. Wreszcie jednak padły, wśród rumieńców i płaczów, wyznania najserdeczniejsze, przysięgli sobie po tysiąckroć, że istnieją tylko dla siebie wzajem, a niewiele później dali sobie dowody tej miłości, tak że niebawem miało się stać widocznym dla wszystkich, że pierworodna córka nie jest już dziewicą. Na razie jednak stan swojej podopiecznej odkryła jedynie stara mamka – wprawdzie w lot się domyśliła, kto jest ojcem, jednakże zakochana w Alvisem panna G––– wymogła na niej, że przynajmniej przez czas jakiś będzie trzymała język za zębami, a ona wszystko wyzna swojemu spowiednikowi, spowiednik zaś porozmawia ze starym hrabią. W skrytości zaś młodzi postanowili uciec z Republiki i szukać szczęścia gdzie indziej.

 

Alvise zawiązał swój skromny węzełek, w którym zmieściło się niewiele, ale też wszystko chyba, co posiadał na własność, natomiast młoda G–––, przedsiębiorcza osóbka, która w służbie miłości nie obawiała się zwrócić o pomoc nie tylko do Wenus i Kupidyna, ale i do Merkurego, zaszyła w ubraniach diamenty, które odziedziczyła po matce, sięgnęła jeszcze po jakieś pieniądze, trzymane w ojcowskiej komnacie, po czym, ukrywszy pakunek pod łóżkiem, czekała spokojnie nocy.

Tymczasem przy kolacji hrabia G–––, pełen uprzejmości i słodyczy, powiedział Alvisemu, że następnego wieczora planowany jest mały koncert dla przyjaciół hrabiny. Poprosił młodzieńca, by ten zszedł do sieni, gdzie czekają na niego służący, i czym prędzej zatroszczył się o zaniesienie klawesynu do stroiciela, a także osobiście przekazał mu zapieczętowany list. »Stroić najlepiej tutaj – odrzekł nieśmiało Alvise – bo po przeniesieniu przez kilka ulic i mostów instrument znów będzie rozstrojony«. Ale hrabia zaśmiał się tylko i machnął ręką. Cóż robić, nie chcąc wzbudzać podejrzeń, młody nauczyciel postanowił spełnić jedną jeszcze zachciankę swojego chlebodawcy. Wziął obszerny płaszcz, w ciemnym korytarzyku pożegnał się ze swoją »żoneczką«, zapewniając ją, że tuż po północy stawi się pod jej drzwiami i cichutko zapuka. Czekała noc całą, dopiero nad ranem, zmęczona i zalana łzami, zasnęła, wciąż jeszcze klęcząc przy łóżku, jakby nawet przez sen modliła się o powrót ukochanego. Alvise tymczasem spędził wieczór zgoła inaczej.

 

Wszedł do warsztatu, poprzedzając trzech zaufanych służących hrabiego G–––, którzy targali w ramionach delikatny instrument. Stroiciel już na nich czekał, przyjął pismo, złamał pieczęć, po czym, popatrując co jakiś czas ponuro na chłopaka, przeczytał uważnie od początku do końca. »Dobrze – powiedział – czas nam stroić instrument, ale najpierw muszę w nim na poczekaniu zrobić kilka koniecznych alteracji, związanych ze wzrostem grającego«. Tu zmierzył drewnianym łokciem wzrost Alvisego, długość jego nóg i ramion, po czym podszedł do instrumentu z piłą; widząc, co się święci, chłopak próbował uciec, ale służący hrabiego przytrzymali go należycie, zakneblowali i związali. Po chwili śmiertelna machina była gotowa: w pudle wycięto otwory na dłonie, stopy i szyję, włożono ofiarę do środka, przyciśnięto wiekiem, które prędko solidnie przyśrubowano – i już po chwili trzej służący wytargali instrument na małą, ciemną uliczkę, po czym jednym kopniakiem strącili klawesyn do kanału.

 

Hrabiankę G–––, chcąc ukryć niechciane dziecko, wysłano z powrotem do klasztoru, tym razem jednak nie do szkoły, ale do odosobnionej celi, gdzie miała rozpamiętywać swoje grzechy. Zmarła w połogu, podobnie jak dziecko. Ponoć do ostatniej chwili przeklinała swojego ojca.

 

Na tym pan Bragadin zakończył. Wysłuchawszy go, siedzieliśmy czas jakiś w milczeniu, po czym wniesiono półmisek z truflami, a do tego maraschino, czym gospodarz więcej nas uradował, niż swoją opowieścią”.

 

Tyle urywek. Porównanie tekstu z oryginałem pozwala wyjaśnić zagadkę usunięcia go z ostatecznej wersji. Nieco podobną love story pomiędzy służącym a szlachcianką opowiada w Historii mego życia fryzjerczyk, niejaki Maggiorin, który miał dzielić z Casanovą więzienną celę. Prawdopodobnie autor uznał, że opowieść lepiej zabrzmi w tak dramatycznych okolicznościach i przykróciwszy ją nieco, przeniósł do dalszego rozdziału. Lub też, dziwnym zbiegiem okoliczności, w krótkim czasie jego hojny dobrodziej, senator Bragadin, i współwięzień opowiedzieli mu dwie podobne historyjki, ale w pamiętnikach figurowałyby zbyt blisko siebie, z jednej zatem postanowił zrezygnować.

 

To, czy Bibliothèque Nationale doda zaginiony fragment do całości, zakupionej cztery lata temu od lipskiego Brockhausa, pozostaje na razie w sferze domysłów. Podobnie zresztą jak ostateczna cena, którą rękopis uzyska na aukcji.