Wydanie: MWM 01/2015

Ciąg

Rafał Podraza o książce „Ciąg" Andreasa P. Rotaba
Article_more
Andreas P. Rotab, „Ciąg", Fundacja im. Tymoteusza Karpowicza, 2014
Życie człowieka łączy się nierozerwalnie z bólem istnienia, a co za tym idzie – z pytaniem o sens życia. W każdej książce, po którą sięgam, szukam odpowiedzi na to pytanie, chociaż doskonale wiem, że tak naprawdę nigdy jej nie odnajdę. Mimo to odczuwam ulgę, gdy trafiam na literacki ślad moich własnych pytań i wątpliwości. W książce Ciąg współczesnego autora Andreasa P. Rotaba, urodzonego w XX wieku, który „swoje życie doświadcza w podróży i uważa je za szczęśliwe”, znajduję te wszystkie pytania, które sam zadaję sobie każdego dnia, a to pozwala mi uwierzyć, że nie jestem w tym osamotniony.

Tkwiłem sam w domu. Późne wiosenne popołudnie zastało mnie w kuchni, gdy robiłem herbatę. Na stole stała patera wypełniona świeżym, biszkoptowym ciastem ze śliwkami, które dwa razy w tygodniu na przemian piekły moja mama i ciotka Izabella. Głównym adresatem tych delicji byłem ja. Za oknem szarzało, a rosnący przed nim kasztanowiec zamienił się w drzewopodobną plamę na fasadzie budynku stojącego po drugiej stronie ulicy. Było cicho, bezpiecznie i ciepło. Obietnica zaspokojenia mojego łakomstwa miała się właśnie spełnić, gdy zupełnie nieoczekiwanie stanąłem przed drzwiami nieznanego. Czas niespodziewanie się skurczył, w jednym momencie wróciły emocje sprzed lat i nie miałem żadnych wątpliwości, co się wydarzy. Uczucie temu towarzyszące było na tyle niezwykłe, że nie podejmę próby jego zreferowania. Myślę, że jeśli ci powiem, iż czułem, jak ponad wszelką miarę wypełniałem, a potem przepełniałem sam siebie, to zrozumiesz choćby drobną część towarzyszącej mi wówczas ekscytacji. Pamiętasz, całkiem niedawno, chyba zeszłego roku jesienią, miałem sen. Śniło mi się, że sam siebie połknąłem i nie mogłem odwrócić tego stanu. To porównanie nie jest oczywiście w żaden sposób analogiczne do tego, co czułem wtedy, ale przynajmniej oddaje stan bezradności mojego ego, jaki mi wówczas towarzyszył. W każdym razie, bez udziału mojej woli, a przynajmniej bez jej świadomego aktu, drzwi się otworzyły i znowu stanąłem na ich progu. Tym razem nie tylko czułem, ale i widziałem.

Pewnie zastanawiasz się teraz, co zobaczyłem? Ogrom, nieskończoną i ciągle rosnącą potęgę bezkresu. 

.