Wydanie: MWM 01/2015

Weselcie się, bo piekło blisko

Article_more
„Musica Gratulatoria” Ars Cantus Wratislavia Cantans, 2012
„Choć kobiety są aniołami, jednak małżeństwo jest diabłem” – twierdził Byron. Ale na wrocławskich weselach nikt takich herezji nie głosił. „Oto port wedle pragnień serca znaleziony” – radował się anonimowy autor ody weselnej z 1672 roku. Niektórzy do tego portu zawijali nawet po cztery razy.

Wśród płyt wydanych przez Narodowe Forum Muzyki jest krążek, który zachwyci zarówno historyka, jak i romantyka (wersja dwa w jednym nie występuje) – Musica Gratulatoria, czyli muzyka na ceremonie ślubne z wrocławskich druków z XVI i XVII wieku, nagrana przez zespół Ars Cantus, pod kierunkiem Tomasza Dobrzańskiego. Cudo, wehikuł czasu pozwalający cofnąć się do epoki, w której ślubem i weselem zajmowali się nie tylko nowożeńcy i ich rodziny, ale także władze miasta. Bo zabawa musiała mieć granice, głównie finansowe.

Młodych pilnowano już przed ślubem, żeby wieczory panieńskie i kawalerskie nie zamieniły się w Kac Breslau. Według rozporządzeń władz miejskich z 1480 roku narzeczonej wolno było zaprosić swoje przyjaciółki, po osiem mężatek i panien, ale przyjęcie było skromne – tylko cztery półmiski na stole. Mężczyznom też wyznaczano miarę – w piciu, bo pan młody chwiejący się przed ołtarzem nie był dobrze widziany.

Wesele jeszcze pilniej lustrowano. Stół zastawiony dobrym jadłem i napitkiem, kapela grająca do tańca, śpiewy, występy kuglarzy – wszystko było dozwolone, ale bez przesady. Zarządzenie miejskie z 1335 roku pozwalało wprawdzie zapraszać „swoich przyjaciół i innych ludzi” bez ograniczeń, ale „żaden z mieszczan i mieszczanek nie może czegokolwiek przesłać pannie młodej, a ta nie może niczego przyjmować w podarunku”, pod karą pięciu grzywien na rzecz miasta.

Z latami ustawy zwalczające zbytek stawały się coraz surowsze. Już w 1374 roku liczba gości nie mogła przekroczyć setki. Zaczęto też liczyć półmiski z jedzeniem – w XIV wieku po dwadzieścia pięć na stół, a sto lat później tylko osiem dla trzydziestu dwóch biesiadników i ośmiu drużbów. Pilnowano również, żeby tańce nie były bezwstydne, a muzyka i śpiewy nieobyczajne. Muzykanci musieli być członkami kapeli miejskiej i dbać o moralną czystość repertuaru. W 1480 roku na indeksie znalazł się tzw. Schäfertanz, polegający na tym, że podczas tańca partner, chwyciwszy w objęcia damę, całował ją. Kaznodzieje grzmieli z ambon, że „lepiej w święta orać lub kopać, niż z kobietami śpiewać lub skakać w tańcu”, ale wesel jednopłciowych nie organizowano, więc o grzech było łatwo.

Oprawa muzyczna była jednak tego grzechu warta, co słychać na płycie Musica Gratulatoria. Pieśń Jonasa Hilschera Wiewol die Elementen zwey, skomponowana w 1662 roku z okazji zaślubin łaziebnika Fryderyka Habichta i karczmarzówny Rosiny Tampke, opowiada o połączeniu wody z ogniem: „Mimo, że dwa Elementy, / Czysta woda i mocny ogień / Nigdy nie poszły razem w taniec / Przy skrzypcach, piszczałkach, lirach / Wszechpotężny książę płomieni / i tnące chmury błyskawice / Miłością zostały przez wody sztukę / Poruszone, zalane i upojone”. Bardzo obiecujące.

Dzieło Hilschera sławiło także „cudną Różę, ukształtowaną zapachem i mnóstwem zalet”, choć ich szczegółowo nie wyliczało. Z grubsza wszyscy wiedzieli, o jakie chodzi, idealna żona musiała wykazać się posiadaniem pięciu „p”: pulchra – piękna, prudens – roztropna, pia – pobożna, pudica – wstydliwa i pecuniosa – pieniężna, czyli bogata. Co bardziej doświadczeni w małżeńskich bojach dorzucali jeszcze szóste „p”: parva, czyli mała. Miła żonka miała być niewielkiego wzrostu, bo z dwojga złego lepiej wybrać to mniejsze.

Kobiety większych wymagań mężczyznom nie stawiały, wszak wiadomo, że z natury byli idealni. Wystarczyło, że potrafili zapewnić rodzinie odpowiedni poziom życia. Anonimowy „zaciekawiony sąsiad”, który napisał utwór Ihr, die ihr sonst steigt über die Natur (Wy, którzy nad naturą górujecie), dedykowany aptekarzównie z rodu Pfanmus i drogiście Vulpinowi, ślubującym w 1688 roku, pytał: „Czyż nie dusi cię coś, Panno młoda, w piersi? / Najlepsze lekarstwo pan Vulpin dać ci może. / Z pomocą alchemii życie / Dwukrotnie przedłuży”.

Owszem, skompletowanie sześciu „p”, czy spotkanie takiego pana Vulpina, łatwe nie było, ale jeśli się kilka razy spróbowało, to szanse na sukces rosły w postępie geometrycznym. Nasi przodkowie ślubowali wprawdzie miłość do grobowej deski, ale po śmierci małżonka ślubowanie można było powtórzyć drugi i trzeci raz. Nicolaus Zangius, który działał jako kapelmistrz w różnych miastach Europy – od Gdańska przez Pragę i Wiedeń po Berlin – dedykował swój motet z biblijnym tekstem Pieśni nad pieśniami wrocławskiemu prawnikowi Georgowi Sebischowi, który żenił się po raz drugi. Natomiast Gregor Lange (przed przyjazdem do Wrocławia kantor na uniwersytecie we Frankfurcie) napisał swój motet, z tym samym tekstem, dla Marii Artzat, z domu Utmann, też drugi raz próbującej szczęścia małżeńskiego.

To musiał być dla niektórych stan bardzo przyjemny, skoro nie rezygnowali z niego w żadnym wieku. W zbiorach Muzeum Narodowego we Wrocławiu znajduje się piękne epitafium Antona Schatztaga z mniej więcej 1620 roku, wiszące pierwotnie w kościele pw. św. Barbary (dziś katedra prawosławna przy ul. św. Mikołaja). W katalogu Malarstwo śląskie 15201800 opisane jako Ofiarowanie w Świątyni. Portret małżonków Schatztag. Owszem, małżonkowie są, i to wielu: jedna żona, czterech mężów. Ona – Elisabeth Schubert vel Schubhart, córka karczmarza Laurentiusa, rocznik 1545. Oni – oberżyści. Z każdym łączyła ją miłość do grobowej deski. Coraz bardziej dojrzała.

Thomas Thile poprowadził do ołtarza osiemnastoletnią Elżusię, Martin Dehnhardt dostał już trzydziestotrzyletnią Elisabeth, a Jakob Schwenkhardt – czterdziestopięcioletnią matronę. Czwarty z kolei, Anton Schatztag, syn kupca ze Strzegomia, mieszczanin wrocławski z szerokim gestem – był donatorem biblioteki magdaleńskiej – powiódł do łożnicy żonę starszą o ćwierć wieku. Jeśli chciał zostać nieutulonym w żalu wdowcem, to chyba źle wybrał. Bo wszystko wskazuje na to, że to Elisabeth, wówczas pani z ósmym krzyżykiem na karku, pochowała Antona. W każdym razie to ona ufundowała imponującej wielkości epitafium – czterysta siedemdziesiąt pięć na sto osiemdziesiąt sześć centymetrów. (Niestety, nie jest pokazywane, bo wymaga konserwacji, mecenas ceniący dzielne niewiasty pilnie poszukiwany). Być może w tym przypadku wielkość ma znaczenie i jest znakiem wyrzutów sumienia małżonki wyprawiającej po kolei swoich ślubnych na tamten świat.

Dr Marek Pierzchała, kustosz Muzeum Narodowego, uważa, że Elisabeth wszystkich swoich małżonków kazała sportretować. Pierwszych trzech posadziła jako dostojnych starców na ławie w Świątyni Jerozolimskiej. Uczestniczą w ceremonii ofiarowania małego Jezusa. Patrzą na widocznego w drzwiach mężczyznę zdejmującego kapelusz. Być może ten czwarty to Anton. A kobieta w centrum kompozycji, padająca na kolana (przed boskim majestatem, a nie przed mężem), to Elisabeth. I już wiadomo, kto w tych związkach rządził. I kto umiał wykorzystać odziedziczone majątki, żeby wystawić sobie godny pomnik. Po czterech weselach pogrzeb nie był straszny.