Wydanie: MWM 01/2015

Kobieta z parasolką

Rozmowa z Joanną Szczepkowską
Article_more
Kiedy byłam dzieckiem, obawiano się, że ja po prostu nie sprostam życiu, brutalnej rzeczywistości. Kobieta z parasolką w pewnym momencie opowiada o podobnych wrażeniach. Można powiedzieć, że ta postać jest esencją mojego neurotyzmu, a ta druga, czyli Goła Baba, to uosobienie tego, czego się boję.

Mateusz Borkowski: Jak to jest z tym pani słuchem?

Joanna Szczepkowska: To przedziwna sprawa. Mam taki słuch muzyczny, że nie umiem zaśpiewać czysto Wlazł kotek, natomiast znacznie lepiej wychodzi mi aria Królowej Nocy z Czarodziejskiego fletu. Nie wiem, na czym to polega, ale w górnych rejestrach słyszę bardzo dobrze. To wygląda tak, jakby moja pamięć słuchowa była wydolna tylko w bardzo wysokich rejestrach, a kompletnie nie pamiętała dźwięków w średnim czy niskim rejestrze. Cały czas nad tym pracuję, ale już od dzieciństwa był ze mną problem. Ze względu na mój wysoki głos natychmiast brano mnie do chóru, a potem słyszałam: „A kto tak fałszuje?”. Myślę, że na mój słuch złożyły się cechy dwóch odnóg rodzinnych. Moja mama kompletnie nic nie słyszała, za to ojciec miał słuch absolutny, stąd też nie bardzo mogłam śpiewać w domu. Ciekawa zbitka. Wychowywałam się w domu, w którym krewni ze strony mamy, w tym także mój dziadek, Jan Parandowski, w ogóle nie potrzebowali do życia muzyki.

 

A pani potrzebuje?

Potrzebuję, ale umiarkowanie. Tak jak mój ojciec, który bardzo muzyki potrzebował, ale nie miał na nią zbyt wiele czasu, bo ciągle pracował. Ubolewam nad tym, że, kiedy nie wiem, co robić, to nie wybieram naturalnie słuchania muzyki. Myślę, że to pewnego rodzaju ułomność. Zostałam po części wychowana w przekonaniu, że ta dziedzina nie jest konieczna do życia. Dziś już wiem, że tak nie jest.

 

Jednak wątek muzyczny towarzyszy pani od początku kariery. Choćby temat Konkursu Chopinowskiego, który pojawia się w pani pamiętnym debiucie filmowym Con Amore z 1976 roku.

Podczas pracy nad filmem wszyscy uczyliśmy się „udawania grania”. Mieliśmy nawet korepetycje ze zmarłym właśnie prof. Janem Ekierem w szkole muzycznej. Profesor uczył nas, jak miały zachowywać się nasze ręce, w którą stronę miały być zwrócone nasze ciała podczas gry – wszystko po to, żeby wyglądało to wiarygodnie.

 

Czy są role, których pani odmawia?

Jest ich chyba więcej niż tych, które zagrałam, zwłaszcza w filmie, ale też coraz częściej w teatrze. Ja po prostu swój zawód traktuję jako sposób na życie i na spędzenie czasu. Coraz częściej zwyczajnie szkoda mi życia na próby do spektakli, w które nie wierzę. Ja wiem, że aktor to człowiek do wynajęcia, ale też potem trzeba stanąć oko w oko z publicznością i nie da się powiedzieć: „To nie ja, to reżyser”.

 

W pierwszej części swojej autobiografii Kto ty jesteś? Początek sagi rodzinnej wspomina pani, że Krzysztof Kieślowski bardzo panią namawiał do zagrania w jego filmie. A pani konsekwentnie odmawiała.

No tak, ale to „inna bajka”. Apogeum rozmów z Kieślowskim opiszę dopiero w drugiej części mojej autobiografii. To szczególna postać w moim życiu. W ogóle film to szczególny rozdział.

 

Kto ty jesteś stanowi właściwie rezultat pasjonującego śledztwa, które przeprowadziła pani badając historię swojej rodziny. Dotarła pani do korzeni żydowskich, ukraińskich, a także odkryła, że pani pradziadek (ojciec Jana Parandowskiego) był księdzem obrządku bizantyjsko-ukraińskiego. Czy poznanie skrywanych przez lata tajemnic pomogło pani w zrozumieniu siebie?

Tak, i chyba taka była moja intencja… Myślę, że każdy człowiek jest uwarunkowany genetycznie. Zawsze mnie kusiło, żeby zrozumieć, kto jest odpowiedzialny za to, jaka jestem, jak reaguję choćby na niesprawiedliwość. Jest coś szczególnego w tym wszystkim, mam wrażenie, że patrzę na świat jakoś inaczej, mniej pod kątem swojej osoby, bardziej ideologicznie, społecznie… Sama nie wiem, jak to nazwać. Ciekawa jestem po prostu, „po kim to mam”. Dziś, po wieloletnich badaniach mogę powiedzieć, że to bardzo szczególna mieszanka. Bardzo możliwe, że każdy z nas jest rezultatem przyciągania się przeciwności. U mnie romantycy zmieszali się z pragmatykami.

 

To nie jedyne odkrycie. Z książki dowiadujemy się też, że pani babcia, Helena Szczepkowska, była śpiewaczką operową.

Myślę, że musiała przeżywać w związku z tym ogromne rozterki. Sądząc z dokumentów, do których dotarłam, miała wykształcenie nauczycielskie. Śpiewała w Krakowie i jednocześnie dojeżdżała na Podbeskidzie, do Suchej Beskidzkiej, gdzie uczyła polskiego i niemieckiego. Z jakichś powodów, prawdopodobnie finansowych, musiała zrezygnować z kształcenia muzycznego. Legenda rodzinna mówi, że śpiewała w Halce, nigdzie jednak nie natknęłam się na żadne dowody, które by na to wskazywały. Prawdą jednak jest, że debiutowała w 1915 roku w pierwszych przedstawieniach operowych nowo otwartego Teatru Miejskiego w Krakowie. Musiała mieć zatem niebagatelny głos. W Suchej co tydzień dawała też wieczorne recitale. Rozmawiałam ze szkolną koleżanką mojego ojca i wiem, że moja babcia jako artystka była bardzo przytłoczona tamtejszym małomiasteczkowym życiem. Myślę, że siłę głosu odziedziczyłam właśnie po niej.

 

Meryl Streep zagra Marię Callas w telewizyjnej ekranizacji broadwayowskiej sztuki Master Class. Czy zdecydowałaby się pani zagrać Callas?

Jestem za niska, ale bardzo by mnie podobna rola interesowała. O Marii Callas dosyć dużo czytałam. To artystka o szczególnej naturze. Była osobą dość histeryczną, znającą jednocześnie doskonale swoją wartość. Mimo, że fizycznie do niej nie pasuję, to wydaje mi się, że ją dobrze rozumiem.

 

Wykorzystywała pani swój śpiew w teatrze?

Bardzo lubiłam na przykład postać Białej Królowej w spektaklu Alicja w reżyserii Pawła Miśkiewicza, szczególnie moment, kiedy improwizowałam, trochę jazzującą wysoką wokalizę. Zrobiłam też recital o instrumentach właśnie po to, żeby zetknąć się z muzyką, muzykami i jazzowym organizmem.

 

Wróćmy do Meryl Streep, która jest pani ulubioną aktorką. Na potrzeby filmu Koncert na 50 serc nauczyła się gry na skrzypach na tyle, że w finałowej scenie w Carnegie Hall była w stanie zagrać fragment Koncertu na dwoje skrzypiec Johanna Sebastiana Bacha i to w towarzystwie Isaaca Sterna. Czy taki typ przygotowań do roli jest pani bliski?

Bardzo. To studiowanie roli. Mam kilka takich przypadków. Na przykład – kiedy Tadeusz Konwicki zaproponował mi rolę „rabinka” w Dolinie Issy. Uparłam się, że sama zaśpiewam modlitwę, którą wykonuje. Jej nauka zajęła mi trzy miesiące. A mogłam przecież machnąć ręką i poprosić o to, żeby ktoś ją za mnie podłożył. To dwie minuty na ekranie i mało kto mnie poznaje, ale samo wyzwanie i zetknięcie się z kulturą ortodoksyjnych Żydów było warte poświęcenia. Była też rola w Cudzoziemce. Dziewczyna, którą grałam, staje się później śpiewaczką operową. Marzyłam, żeby zaśpiewać arię, która pojawia się w filmie. Długo się uczyłam, ale zdecydowano się na profesjonalną śpiewaczkę. Myślę, że ze szkodą dla widza, bo na ekranie czuć dysonans. Słychać po prostu, że to nie mój głos i to nie ja śpiewam. Z kolei ostatnio w Wiśniowym sadzie w reżyserii Agnieszki Glińskiej w Teatrze Studio gram Szarlottę. Ta rola wymagała ode mnie nauczenia się kilku sztuczek cyrkowych i iluzjonistycznych. Chciałam też żonglować, ale dwa miesiące to zdecydowanie za mało, żeby się tego dobrze nauczyć.

 

Wspomniała pani o recitalu z instrumentami. Do jego stworzenia zainspirował panią program telewizyjny Barbra Streisand... and Other Musical Instruments z 1973 roku, w którym Streisand stawia swój głos na równi z instrumentami orkiestry.

Nawiązałam do tego programu, ale prześmiewczo w stosunku do siebie. Streisand nazwała swój program telewizyjny Barbra Streisand i inne instrumenty, ja natomiast swój monodram nazwałam Joanna Szczepkowska kontra inne instrumenty. Z instrumentami raczej więc w nim walczę, a nie współbrzmię.

 

A jakim instrumentem chciałaby pani być?

Oczywiście fortepianem, ale całkiem możliwe, że jestem tylko trianglem. Triangiel dźwięczy bardzo rzadko, ale ma duże echo.

 

Kto ty jesteś kończy się na pamiętnych słowach o 4 czerwca 1989 roku. Druga część sagi zatytułowana Wygrasz jak przegrasz dotyczy ostatnich dwudziestu pięciu lat wolnej Polski. Większość osób, o których pani wspomina ciągle aktywnie działa. Czy nie obawiała się pani opisywać czasem dość jeszcze świeżych historii?

Opisuję i tak powściągliwie. Bardzo się starałam, żeby nie napisać książki skandalizującej, chociaż pewnie to, co widziałam, to, czego byłam świadkiem, stanowi bogaty materiał dla plotkarzy. Poza tym ja się „obawiam” całe życie i liczę się ze wszystkimi konsekwencjami. Nie ma tu niczego, co nie miałoby pokrycia w faktach. Gdyby ktoś chciał dociekać prawdy, z pewnością znajdzie to, czego szuka.

 

W Wygrasz jak przegrasz rozprawia się pani z kontrowersyjnymi tematami, które przez ostatnie lata narosły wokół pani osoby. Mam na myśli konflikty z Krystyną Jandą, Zbigniewem Zapasiewiczem, Krystianem Lupą czy dyskusję o „lobby gejowskim”. Czy to, że wyjaśnia pani raz jeszcze te sprawy, oznacza, że chce pani definitywnie zakończyć pewien etap?

To znaczy, że chcę zostawić jakiś ślad po tym, co przeszłam, z czym się borykałam, o co walczyłam, jak reagowałam… Jest tak wiele przekłamań, powierzchownych interpretacji, że powinno zostać coś, co jest rodzajem „streszczenia”. Trudno powiedzieć, że to jest zakończenie etapu, bo wszystko wynika raczej z mojej natury, więc być może coś się jeszcze wydarzy.

 

Od prawie dwudziestu lat jeździ pani po Polsce i świecie z monodramem Goła Baba. Kreuje tam pani dwie postaci – delikatną, lubiącą ciszę, eteryczną intelektualistkę, czyli Kobietę z parasolką, oraz tytułową Gołą Babę – osobę rubaszną, gruboskórną, sypiącą tanimi żarcikami, która z miejsca zaskarbia sobie uwielbienie publiczności. Ciekaw jestem, ile jest w pani Kobiety z parasolką?

Dziękuję, że nie zapytał pan, ile jest we mnie Gołej Baby. Myślę, że Kobieta z parasolką jest rzeczywiście moim odbiciem. Kiedy byłam dzieckiem, obawiano się, że ja po prostu nie sprostam życiu, brutalnej rzeczywistości. Kobieta z parasolką w pewnym momencie opowiada o podobnych wrażeniach. Można powiedzieć, że ta postać jest esencją mojego neurotyzmu, a ta druga, czyli Goła Baba, to uosobienie tego, czego się boję.

 

Czy spotkała pani kiedyś taką Kobietę z parasolką?

Nadwrażliwie czułą na otoczenie, na nieprzyjazną albo dobrą aurę, na dźwięki, na szmery i hałas? Samotną z wyboru? Grającą raz dla garstki osób, a raz dla tłumu? Chyba znam taką, a jej nazwiska pewnie się pan domyśla. Oczywiście, że Kobieta z Parasolką i jej ideały są w jakimś stopniu przetworzeniem mojej własnej osobowości.

 

Pani marzeniem jest mały teatr, coś w rodzaju Théatre de la Huchette, który miał w Paryżu Eugene Ionesco. Co by pani w nim wystawiała?

Tak jak Ionesco w Paryżu – wystawiałabym swoje małe formy teatralne. Pisane dla konkretnych aktorów. Mam nadzieję, że to jest realne, mimo że naprawdę nic w sobie nie mam z bizneswoman. Ja umiem napisać, zagrać, ale załatwić niczego nie potrafię. Teraz napisałam dwuosobową komedię i może uda się wystawić ją na otwarcie takiego miejsca .

 

Gdzie się pani dzisiaj widzi? We własnym teatrze, piszącą kolejne książki, a może zupełnie gdzieś indziej, z dala od medialnego zgiełku?

Najchętniej – we własnym teatrze, z dala od zgiełku, piszącą kolejne książki.

 

Rozmawiał Mateusz Borkowski

 

Joanna Szczepkowska – wybitna aktorka, pisarka i publicystka. Uważna uczestniczka życia społecznego. 28 października 1989 roku w „Dzienniku Telewizyjnym” ogłosiła koniec komunizmu. Nigdy nie wystąpiła ani w reklamie, ani w serialu telewizyjnym. Jako pisarka zadebiutowała w 2004 roku zbiorem opowiadań Fragmenty z życia lustra. Od tamtej pory wydała powieści Kocham Paula McCartneya i Zagrać Marię, eseje autobiograficzne 4 czerwca oraz zbiór scenariuszy filmowych Bardzo krótka podróż. W latach 1999–2014 była felietonistką „Wysokich Obcasów”. Aktualnie jej felietony można czytać w „Rzeczpospolitej” i „Twoim Stylu”. W 2014 roku wydana została pierwsza część jej autobiografii Kto ty jesteś. Właśnie ukazała się druga część zatytułowana Wygrasz jak przegrasz (Wydawnictwo Demart). W stołecznym Teatrze Studio gościnnie gra w spektaklu Wiśniowy sad w reżyserii Agnieszki Glińskiej.