Wydanie: MWM 04/2012

Najokropniejsza z chimer

Article_more
Gdyby nie nastąpiło zderzenie rytmiki i melodyki o rodowodzie afrykańskim z europejskim systemem harmonii tonalnej i instrumentarium znanym z sal koncertowych Londynu, Paryża, Amsterdamu czy Wiednia, jazz w znanej nam postaci najprawdopodobniej w ogóle by nie powstał.
Jaki gatunek muzyczny jest najbardziej znienawidzony przez masową publiczność na całym świecie? Muzyka klasyczna? Raczej nie, ale gdybyśmy ograniczyli pole poszukiwań do kompozytorów dwudziestowiecznych, szanse rosną. Jazz? Niewykluczone, na pewno jest w czołówce tuż obok country. Free jazz i swobodna improwizacja? No cóż, jeśli tylko wiemy, że coś takiego w ogóle istnieje, prawie na pewno za tym czymś nie przepadamy.

Skoro już wstępnie wyznaczyliśmy temat, wyobraźmy sobie najpotworniejszą z chimer: połączenie muzyki współczesnej i free jazzu. To prawie niemożliwe, żeby takie zjawisko w ogóle istniało, prawda? A jednak...

 

Trudno wskazać początki przyciągania między tradycjami muzycznymi przywiezionymi do Ameryki Północnej przez ludność afrykańską i europejską. W istocie, gdyby nie nastąpiło zderzenie rytmiki i melodyki o rodowodzie afrykańskim z europejskim systemem harmonii tonalnej i instrumentarium znanym z sal koncertowych Londynu, Paryża, Amsterdamu czy Wiednia, jazz w znanej nam postaci najprawdopodobniej w ogóle by nie powstał. Art Tatum grywał Humoreski Dvořáka, Ellington od terminu jazz wolał określenie muzyka amerykańska, Charlie Parker marzył o studiach u Varèse’a, a Miles Davis uważnie słuchał Stockhausena. Wpływy były zresztą obustronne: do zainteresowania rytmiką, brzmieniem czy innymi aspektami jazzu przyznawali się Milhaud, Ravel i Copland, a Igor Strawiński napisał Koncert Hebanowy dla klarnecisty – jazzowego przecież – Woody'ego Hermana i jego orkiestry. O Gershwinie nie wspomnę, bo to już zbyt oczywiste. W XX wieku kompozytorzy znacznie częściej niż ich dziewiętnastowieczni poprzednicy sięgali po formy otwarte: improwizację, muzykę stochastyczną, indeterminizm, aleatoryzm... Czy to przypadek, że akurat w tym samym stuleciu świat oszalał na punkcie muzyki afroamerykańskiej opartej w znacznej mierze na improwizacji? Boję się odpowiadać na to pytanie.

.Co działo się dalej? W największym skrócie: jazz trafił do sal filharmonii, muzyka klasyczna coraz częściej zaczęła rozbrzmiewać w przestrzeniach postindustrialnych i klubach, wyższe szkoły muzyczne otworzyły wydziały jazzu i muzyki rozrywkowej, później ta ostatnia zaczęła znikać z nazw wydziałów. Coraz większy procent muzyków jest w stanie poruszać się w obu estetykach – klasyce i jazzie – na przyzwoitym poziomie. Równolegle coraz więcej muzyków jazzowych rozwija własne autorskie koncepcje na tyle konsekwentnie, że ich dzieło zaczyna przypominać spójne (choć niejednorodne) i osobne muzyczne uniwersum: Thelonious Monk, Charles Mingus, Gil Evans, Sun Ra, Ornette Coleman, Anthony Braxton, Henry Threadgill, Ken Vandermark. Nawiasem mówiąc, temu ostatniemu zdarzało się dedykować swoje utwory takim postaciom jak Elliot Carter czy Bernard Parmegiani.

 

W historii polskiego jazzu również można wymienić kilka ciekawych działań na pograniczu dwóch muzycznych światów (zainteresowanym polecam choćby uważne przejrzenie dyskografii Andrzeja Kurylewicza, Jerzego Miliana czy Włodzimierza Kiniorskiego). W ostatniej dekadzie powstały płyty, na których owe światy są najdosłowniej – bo personalnie – połączone, przy czym połączenie to ma już na szczęście charakter raczej przenikania niż konfrontacji. Przykłady: Ireneusz Socha, Tomasz Gwinciński, Patryk Zakrocki, Paweł Szamburski, Wojtek Kucharczyk i Bolesław Błaszczyk spotkali się na płycie Sztetlach (Dembitzer Music 2005). Tymon Tymański, Mikołaj Trzaska, Adam Pierończyk, Marzena Komsta i inni oddawali hołd jazzowemu perkusiście Jackowi Olterowi (Polskie Radio 2006). Pamiętajmy też o projekcie Lutosphere Leszka Możdżera, Andrzeja Bauera i m.bunia.s.

 

Jednak najbardziej spektakularnym przykładem, jak w Polsce można spojrzeć z jazzowej perspektywy na klasykę dwudziestowieczną, nadal pozostaje album nagrany dokładnie dziesięć lat temu. 18 i 19 kwietnia 2002 roku w studiu spotkali się niemiecki klarnecista Rudi Mahall, rumuński pianista Mircea Tiberian i rodzima sekcja rytmiczna złożona z Marcina i Bartłomieja Olesiów. Contemporary Quartet zarejestrował materiał złożony z zaaranżowanych przez perkusistę Bartłomieja Olesia utworów Bacewicz, Komsty, Kisielewskiego, Lutosławskiego i Pendereckiego. Po dziesięciu latach nadal warto sięgnąć po tę płytę, to pewne.

 

Jeszcze jedna uwaga na koniec – dla tych z Państwa, którzy uważają, że felieton koniecznie musi być śmieszny, a dotychczas w tym tekście nie znaleźli niczego zabawnego poza osobą autora. Rzutem na taśmę próbuję się zrehabilitować, podając Państwu hasło (wbrew pozorom nie tak odległe od naszego tematu) do wpisania w wyszukiwarkę: Linsey Pollak.

 

Janusz Jabłoński