Wydanie: MWM 01/2015

Jazz a sprawa polska

Article_more
Jakież ogromne musiało być rozczarowanie czytelników wydanej w 1962 roku książki Romana Waschki Jazz od frontu i od kuchni. Dwa zdania wypowiedziane przez Stana Getza – „Nie jestem Polakiem, jak niektórzy utrzymują. Jestem pochodzenia ukraińsko-żydowskiego (z okolic Kijowa)” – zniszczyły tak kojący serca polskich fanów mit, że słynny saksofonista, największy obok Dave’a Brubecka wzór dla polskiego jazzu, był jednym z naszych za oceanem.

Według szacunków w samych tylko latach 1899–1918 przez cieszącą się nienajlepszą sławą bramę do Ameryki, wyspę Ellis Island w porcie nowojorskim, przewinęło się około miliona trzystu tysięcy imigrantów z Polski. Czysta statystyka mówi, że przynajmniej drobna część tej ogromnej liczby musiała zostać słynnymi jazzmanami – i statystyka nie kłamie. Oczywiście, spisy i formularze celne nie znają subtelności, a z transatlantyków na amerykańską ziemię schodziły miedzy innymi osoby będące jeszcze niedawno mieszkańcami imperium rosyjskiego, a jednocześnie pochodzące z rodzin żydowskich i mówiące po polsku. To skomplikowane gry tożsamości o rozmaitych wynikach. Ich rozstrzygnięcie jest niezwykle trudne – jeśli w ogóle nie pozbawione sensu – a na pewno nie będziemy robić tego tutaj.

 

I na przykład Król Swingu – klarnecista Benny Goodman; urodzony w Chicago syn warszawskiego krawca, Dawida Goodmana, i Dory Grisinsky (Grysińskiej?) z Kowna – nie czuł z Polską specjalnie silnych więzi. Inaczej było w przypadku Woody’ego Hermana, syna Myrtle Bartoszewicz urodzonej na terenie ówczesnych Niemiec w 1888 roku, która wyjechała wraz z rodzicami do Milwaukee w Wisconsin przed ukończeniem pierwszego roku życia. Dość wiotkie to związki z macierzą, ale znakomity klarnecista, bandleader i wychowawca (kolejne słynne „trzódki” Hermana; wśród jego podopiecznych był i Stan Getz) chętnie się do Polski przyznawał i nader często w niej występował, co – jak twierdzą członkowie jego orkiestry z lat siedemdziesiątych – miało być hołdem dla kraju urodzenia matki.

 

Wielka szkoda, że, kiedy w tamtych czasach kulturowe związki z Europą były dla pierwszego, drugiego pokolenia imigrantów czymś żywym jeszcze i namacalnym, model kulturowej asymilacji skutecznie tłumił sentymenty do kraju przodków – Włosi, Żydzi i Polacy myśleli raczej o tym, jak stać się prawdziwymi Amerykanami, nie o pielęgnowaniu tradycji dziadków ze starej ojczyzny, a takie manifestacje, jak nagranie irlandzkich piosenek przez Binga Crosby’ego czy utworu Hava Nagila przez perkusistę Shelly’ego Manne’a, były wtedy wielką rzadkością. I jakkolwiek istnieją hipotezy na temat wpływu muzyki środkowoeuropejskiej (w tym polskiej) na rozwój jazzu, to z uwagi na frywolność w posługiwaniu się materiałem dowodowym trzeba opatrzyć je nalepką etykietką musical fiction.

 

Bezspornym faktem pozostaje natomiast to, że ulubiony perkusista Benny’ego Goodmana – słynący z nadmiaru energii Gene Krupa – był synem nowo przybyłego imigranta z Polski, Bartłomieja Krupy, oraz urodzonej już w Shamokin w Pennsylvanii Anny Osłowskiej. Znany z kolei z umiłowania do Goodmana klarnecista Ken Peplowski, urodzony w 1959 roku w Cleveland, nie tylko przyznaje się do polskich korzeni, ale twierdzi, że granie żwawych polek na szkolnych potańcówkach i tradycyjnych weselach (jak to w przypadku Polaków w Ameryce bywa) było dla niego prawdziwą szkołą szybkiego myślenia.

 

Dziadek Johna Medeskiego – pianisty tria Medeski, Martin & Wood – przybył do USA wraz ze swoim ojcem, który został… odesłany z powrotem do Polski. Tym sposobem niemówiący słowa po angielsku, czternastoletni Antek opuścił bostoński port zupełnie sam. Z kolei babcia Johna należała już do drugiego pokolenia imigrantów, ale też miała polskie korzenie. Tak, Polacy na obczyźnie lubią trzymać się razem: matka perkusisty Martina Wooda również jest Polką, co czyni grupę Medeski, Martin & Wood jednym z najsłynniejszych „polskich” zespołów jazzowych na świecie.

Miles Davis, którego zapytano o najlepszych polskich muzyków jazzowych, wymienił – po długim namyśle – pianistę Dave’a Kikoskiego (oczywiście Amerykanina o polskim pochodzeniu). Można się domyślać, że pytanie o Polaków zadano Milesowi przed tym, jak zaprosił Michała Urbaniaka do krótkiej, ale jednak, współpracy przy tworzeniu płyty Tutu, a być może i przed zatrudnieniem w zespole Marylin Mazur, której rodzinna historia znakomicie pokazuje, jak nieżyciowe bywają wąsko rozumiane kategorie przynależności i narodowości.

 

Dziadkowie perkusistki byli Polakami, po wyjeździe z Europy osiedlili się w New Jersey. Matka Marylin wyszła w USA za Afroamerykanina i po kilku latach rodzina zdecydowała, że Ameryka nie jest najlepszym miejscem na ziemi dla mieszanego małżeństwa, po czym wyemigrowała z powrotem do Europy – ale tym razem do Danii. W ten sposób wychowująca się tam od szóstego roku życia Marylin Mazur stała się jedną z centralnych postaci duńskiej muzyki improwizowanej, a w wywiadach podkreśla, że czuje się Europejką, a nie Amerykanką (jej gra w zespole Jana Garbarka jest na to istotnym dowodem).

 

No właśnie – Jan Garbarek, ikona europejskiego jazzu i symbol europejskiego brzmienia. Sam pamiętam poczucie więdnącej z każdą sekundą narodowej dumy, kiedy skandynawsko brzmiące imiona „Palle”, „Jon” i „Terje”, widniejące na okładce jego płyty, uzmysławiały mi coraz wyraźniej, że słynny saksofonista to chyba jednak Norweg… Ale urodzony w obozie w Mysen w 1947 roku Garbarek przez pierwsze kilka lat życia nie był ani Norwegiem, ani Polakiem, a owym dipisem, displaced person – do czasu uzyskania norweskiego obywatelstwa w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych. Ojciec Jana, Czesław Garbarek, jako polski żołnierz dostał się do niemieckiej niewoli i trafił do obozu pracy w Norwegii. Tam poznał Karin, rodowitą Norweżkę, i ożenił się z nią, co nie przeszkodziło norweskim urzędom konsekwentnie odmawiać przyznania statusu obywatela Norwegii Czesławowi, a po 1947 roku  – urodzonemu z polsko-norweskiego związku Janowi. Mało tego, rodzinie Garbarków groziło nawet wydalenie do Francji, co uświadamia nader dobitnie, jak istotne znaczenie dla dziejów muzyki mają pojedyncze decyzje anonimowych pracowników biur imigracyjnych i innych podobnych instytucji. Dziś artysta czuje się Norwegiem, ale dzięki ojcu poznał dobrze i kulturę Polski, i mieszkającą w okolicach Krosna rodzinę, którą zresztą regularnie odwiedza.

 

Ojciec Jana Kopinskiego, innego znakomitego saksofonisty o polskich korzeniach, urodził się w Poznaniu i jeszcze przed wojną został oficerem polskiego lotnictwa. Kiedy do Polski wkroczyły wojska niemieckie i sowieckie, uciekł przez Rumunię i Francję do Anglii. Tam wstąpił do RAF-u i służył jako pilot w bombowym Dywizjonie 305 latając na sławnych Lancasterach. W Nottingham poznał przyszłą matkę Jana i założył rodzinę, a do Polski – obawiając się władz komunistycznych – nigdy już nie wrócił. „Z dzieciństwa pamiętam wielu Polaków, którzy u nas bywali – wspomina Jan Kopinski – w tym muzyków grających na akordeonach; czasem chodziłem do polskiej szkoły czy z ojcem do Domu Lotnika. Problem podwójnej tożsamości, zwłaszcza w przypadku, kiedy rodzina się rozpada [rodzice Kopinskiego się rozwiedli], jest bardzo interesujący. Czujesz się wtedy jak marionetka, którą różne sznurki ciągną w różne strony. Ten dylemat jest zawsze obecny w samym centrum osobowości”. Kopinski – zafascynowany muzyką Pendereckiego, Panufnika oraz Szymanowskiego i często pracujący z polskimi muzykami – kwestiom tożsamości poświęcił album Mirrors, a do swojego polskiego pochodzenia chętnie nawiązuje w rozlicznych kompozycjach, jak Father Daughter (Ojciec) czy Polish Zigzag (choć jednocześnie przyznaje, że pierwsza podróż do Polski w 1985 roku była dla niego sporym szokiem kulturowym).

 

Jeśli w przypadku Jana Kopinskiego idea homogenicznej tożsamości jest mocno problematyczna, to cóż powiedzieć w przypadku Michaela Jary’ego, autora wielu jazzujących przebojów, który przyszedł na świat jako Maksymilian Michał Andrzej Jarczyk w 1906 roku w Laurahütte, czyli dzisiejszych Siemianowicach Śląskich? A nazywany „Białym Armstrongiem” Adi Rosner, urodzony w Berlinie w rodzinie polskich Żydów, będący przez kilka przedwojennych lat zapewne najważniejszą osobistością na rodzącej się polskiej scenie jazzowej, grający później dla samego Stalina, aby potem wylądować w radzieckim gułagu, po wyjściu zeń od razu organizować nowy zespół w Moskwie, ale na ostatnie lata życia wrócić do Berlina? A autor jednego ze standardów wszech czasów, Stalla By Starlight, Victor Young vel Wiktor Jung, który, choć urodził się w Chicago, wrócił jako dziesięciolatek do mieszkających w Polsce dziadków, nauki pobierał w Konserwatorium Warszawskim i tu też stawiał pierwsze kroki na estradzie przed ponownym wyjazdem do USA? Nie można też zapomnieć o twórcy On Green Dolphin Street, Bronisławie Kaperze, urodzonym w Warszawie w rodzinie spolonizowanych Żydów, gorąco wspierającym polską kulturę przez całe swe życie – pełne sukcesów odnoszonych w roli kompozytora muzyki filmowej.

 

Niespokojny duch Chicago, trębacz i kornecista Rob Mazurek, czy wybitny, grający z Peterem Brötzmannem wibrafonista Jason Adasiewicz – to już przedstawiciele kolejnych pokoleń Amerykanów, które o swoim pochodzeniu pamiętają wyłącznie dzięki nazwisku. Ale – czy tego chcemy, czy nie – choć strumień emigracji do USA wysechł, pojawiły się inne kierunki. Na płytach niemieckiej oficyny ENJA możemy zatem posłuchać przedstawicielki młodego pokolenia, urodzonej jeszcze w Szczecinie, ale prawie niemówiącej już po polsku saksofonistki Angelici Niescier z Kolonii. A na pojawienie się urodzonych w Londynie czy Edynburgu brytyjskich muzyków o polskich nazwiskach przyjdzie nam przypuszczalnie jeszcze poczekać, jednak prawie na pewno to nastąpi. I pewnie nieraz publicyści będą załamywać ręce nad odpływem talentów i przedsiębiorczych jednostek. Ale cóż – trzeba spłacić historii ten dług za Chopina.