Wydanie: MWM 01/2015

O geografii muzycznej

Article_more
– Skoro Lully był Włochem, to czego szukał we Francji? – pyta mała Zo, a ja tłumaczę:

– Wyjechał z Włoch jako nastolatek i dołączył do otoczenia la Grande Madmoiselle. Nie pochodził z możnego rodu, ale chciał zrobić karierę. Dwór Króla Słońce to było środowisko idealne do realizowania tego planu. Zresztą szturm muzyków obcokrajowców na Francję, szczególnie na Paryż, miał dopiero nadejść. Paryż był przez lata kulturową stolicą Europy.

– A potem?

– Pytasz, gdzie potem jechało się robić karierę artystyczną? Do Ameryki.

– Dlaczego tam?

– Nowy Świat. Nowe możliwości. Międzynarodowe, inspirujące środowisko. Duże pieniądze – wyliczam dalej – słynne sale koncertowe, pierwsze wielkie wytwórnie płytowe, dzięki którym powstawały masowo sprzedawane nagrania.

– I starą muzykę Włochów też tak nagrywali?

– I Włochów, i Niemców, i Francuzów. Z czasem wszystko. Najpierw na winyle, potem na taśmy magnetofonowe, potem na płyty CD. To dopiero wygoda – w zgrabnym, zachęcającym pudełku, podzielone na ścieżki. Nie trzeba już wychodzić z domu, by słuchać muzyki. I wybierasz, co chcesz, nawet pojedyncze części.

– To dzięki tym nagraniom muzyka Włochów jest dalej tak sławna?

– Tak, między innymi dlatego.

– To całkiem jak z włoską pizzą – konkluduje Zo. – To Amerykanie wsadzili ją w pudełka, zaczęli sprzedawać wszędzie, i to na wynos, nawet na telefon z dostawą do domu. Podzieloną na wygodne kawałki. Jesz, ile chcesz, a resztę możesz nawet zamrozić na kiedyś. Prawda?

Nie sposób było nie przyznać jej racji.

.