Wydanie: MWM 03/2012

Wracam do korzeni

Rozmowa z Gabrielem Chmurą
Article_more
Mój dom stał bardzo blisko rynku, przy Kotlarskiej. Proszę sobie wyobrazić, że kiedy po raz pierwszy po trzydziestu latach, w 1998 roku przyjechałem do Polski, wsiadłem w pociąg i pojechałem prosto do Wrocławia. Nie pytając nikogo, trafiłem dokładnie na tę ulicę.

Klaudia Baranowska i Piotr Matwiejczuk: Urodził się pan we Wrocławiu i tu spędził pierwszych 10 lat swojego życia. Pamięta pan tamten powojenny Wrocław?

Gabriel Chmura: Oczywiście! Mogę powiedzieć, że wychowałem się w Operze Wrocławskiej i przez długi czas muzyka kojarzyła mi się wyłącznie z operą. Na przedstawienia zabierał mnie mój ojciec, który śpiewał tam w chórze. Kręciłem się zawsze za kulisami, a pewnego razu, przez przypadek, pojawiłem się na chwilę na scenie. To było podczas przedstawienia Złotego kogucika Mikołaja Rimskiego-Korsakowa. Mój ojciec musiał się potem z tego tłumaczyć. Poznałem wówczas wiele oper, które zniknęły już z polskiego repertuaru, np. Erosa i Psyche Ludomira Różyckiego. Wielkie wrażenie zrobił na mnie balet Fontanna Bachczysaraju Borisa Asafjewa. Pamiętam swoją rozpacz i łzy podczas ostatniego aktu Aidy. Niestety od tamtego czasu nigdy nie byłem w Operze Wrocławskiej, bo ilekroć przyjeżdżałem do Wrocławia teatr był zamknięty. Mam nadzieję, że tym razem się uda.

 

Czy jeszcze we Wrocławiu rozpoczął pan swoją edukację muzyczną?

Moje uzdolnienia muzyczne dostrzegł Adam Kopyciński, który był wówczas dyrektorem Opery. I to on udzielał mi pierwszych lekcji. Potem zacząłem uczęszczać do szkoły muzycznej. Kiedy kilka lat temu dyrygowałem w Filharmonii Wrocławskiej, jeden ze skrzypków pokazał mi zdjęcie drużyny piłkarskiej, w której grałem. Widać mnie tam w krótkich spodenkach. Ale muszę przyznać, że piłkarzem zawsze byłem kiepskim.

 

Ma pan dużo wspomnień związanych z Wrocławiem. To chyba wciąż dla pana ważne miejsce…

To miejsce wyjątkowe, bardzo bliskie memu sercu. Dlatego żałuję, że tak rzadko mam okazję tu pracować. Czasy mojego dzieciństwa są już dla mnie bardzo odległe, niemniej wszystko doskonale pamiętam. Nawet ulicę, przy której mieszkałem. Mój dom stał bardzo blisko rynku, przy Kotlarskiej. Proszę sobie wyobrazić, że kiedy po raz pierwszy po trzydziestu latach, w 1998 roku przyjechałem do Polski, wsiadłem w pociąg i pojechałem prosto do Wrocławia. Nie pytając nikogo, trafiłem dokładnie na tę ulicę. Ogromnie lubię Wrocław, to piękne miasto.

Od kilku lat występuje pan w Polsce coraz częściej. Wcześniej było to rzadkością. Czy  możemy liczyć na dalszą pana obecność w życiu koncertowym naszego kraju?

Tak. Teraz dyryguję w Polsce prawie co dwa miesiące. W Teatrze Wielkim–Operze Narodowej prowadziłem Pasażerkę Weinberga w reżyserii Davida Pountneya, a wcześniej – Fausta Gounoda w inscenizacji Boba Wilsona. Zaś w ubiegłym roku przygotowałem poznańską premierę Lady Macbeth mceńskiego powiatu Szostakowicza. Tak więc wracam do korzeni. Choć od wielu lat mieszkam za granicą, to w Polsce czuję się jak w domu.

 

Zetknął się pan z wielkimi dyrygentami XX wieku. Czy Pierre Dervaux, Hans Swarowsky, Franco Ferrara lub Herbert von Karajan są wciąż dla pana mistrzami? Czego nauczył się pan od każdego z nich?

Dzięki Pierre’owi Dervaux, u którego studiowałem przez rok, zrozumiałem, że ekspresja podczas dyrygowania i gry na fortepianie nie musi oznaczać stałego napięcia całego ciała. To on nauczył mnie, jak się rozluźnić. Kiedy wkrótce potem spotkałem Franco Ferrarę, doznałem szoku. To jeden z największych dyrygentów, z jakimi się zetknąłem. Wciąż mi się zdarza, że gdy przygotowuję się do pracy, zamykam oczy i wyobrażam sobie, jak by zadyrygował Ferrara. To bardzo mi pomaga. Mój profesor z Wiednia, Hans Swarowsky, pokazał mi, jak należy wykonywać Klasyków Wiedeńskich. Z jego wykładów opublikowanych w książce Wahrung der Gestalt cały czas korzystam i polecam je każdemu dyrygentowi.

 

W 1971 roku zdobył pan pierwszą nagrodę na Konkursie im. Herberta von Karajana w Berlinie…

Tak, zaprosił mnie do Berlina, gdzie towarzyszyłem mu na próbach przez dwa lata. Obserwowałem, jak pracuje z zespołem, podziwiałem jego fantastyczne wyczucie barw orkiestrowych. Do roku 1968 nie widziałem go na żywo, ponieważ nie mógł występować w Izraelu. Dopiero podczas studiów w Paryżu kupiłem najtańszy bilet i poszedłem po raz pierwszy na jego koncert. Prowadził wówczas Muzykę na smyczki, perkusję i czelestę Bartóka oraz II Symfonię Brahmsa. Zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Od tego momentu chciałem dyrygować tak jak on – osiągać tak wielkie napięcie, bez napinania się. Kiedy zapytałem go, jak to robi, odparł: „pracowałem nad tym 25 lat, a pan chce, bym odpowiedział panu na to pytanie w paru słowach…” Dopiero teraz  go rozumiem.

 

16 marca w Filharmonii Wrocławskiej poprowadzi pan wykonania dwóch monumentalnych dzieł: Symfonii „Mateusz Malarz” Paula Hindemitha oraz Symfonii C-dur zwanej „Wielką” Franciszka Schuberta. Dlaczego w taki sposób ułożył pan repertuar koncertu?

Zawsze dążę to tego, by kompozycje, które wykonuję, w jakiś sposób uzupełniały się. To jest klasyka niemiecka, dobrze odbierana przez publiczność. Dwa potężne utwory, ale w sam raz na jeden wieczór. Nie lubię, kiedy koncerty są zbyt długie. Takim repertuarem publiczność na pewno się nie znudzi.

 

Symfonie Schuberta mają swoich zwolenników i przeciwników. Ci pierwsi uważają je za arcydzieła, drudzy – za najsłabsze utwory mistrza pieśni romantycznej.

Z symfoniami Schuberta jest jak z piękną kobietą: jeżeli zaczniemy analizować każdy szczegół jej urody, to zawsze znajdziemy coś, co nam się nie spodoba. Istotniejsze jest jednak to, jak postrzegamy całą osobę. To prawda, że pieśni Schuberta są lepsze. To prawda, że IX Symfonia jest za długa. Ale mimo wszystkich jej usterek i niezręczności uważam, że jest piękna, ponieważ Schubert – jak żaden inny kompozytor – umiał tworzyć piękne melodie. Niestety, nie każda piękna fraza może stać się podstawą dobrej kompozycji. U wielkich kompozytorów często krótkie motywy, które nawet nie mają ładnej melodii, stanowią zaczątek genialnego utworu, jak na przykład w Symfonii g-moll Mozarta czy V Symfonii Beethovena. Początkowo bałem się IX Symfonii Schuberta i po kilku wykonaniach odłożyłem ją na długo. Jednak od kilku lat częściej sięgam po dzieła tego kompozytora. Trzeba do nich po prostu dojrzeć. Wcześniej nie bardzo wiedziałem, w jaki sposób pracować nad utworami Schuberta. Sprawiają one wrażenie nieskomplikowanych, właściwie nic nie trzeba „interpretować”. Ale to właśnie największy problem. Te wszystkie niekończące się „niebiańskie dłużyzny” są najtrudniejsze w interpretacji, bo – jeśli się w nie zagłębić – dzieje się tam aż nazbyt wiele. Trzeba po prostu znaleźć odpowiednią proporcję całej formy dzieła. Teraz czuję się już na siłach, by temu podołać.

 

Z Schubertem mierzył się pan już w latach 90. Wydał pan wówczas płytę z kantatą Lazarus, nagraną m.in. z Hermanem Preyem i Edith Mathis oraz orkiestrą radiową w Stuttgarcie.

Ale to zupełnie inny świat! Schubert w muzyce wokalnej jest w swoim żywiole. Byłem zresztą jednym z pierwszych dyrygentów, którzy wykonywali jego opery. Na festiwalu w Perugii poprowadziłem współczesne prawykonanie opery Fierrabras, którą potem Claudio Abbado dyrygował w Wiedniu. Jestem przekonany, że słyszał moje nagranie prezentowane przez radio włoskie. Opery i inne dzieła wokalno-instrumentalne Schuberta pod względem muzycznym są genialne! Niestety, kompozytor nie miał szczęścia do librecistów i zapewne dlatego jego utwory sceniczne są dziś prawie nieznane. Jednak wszystkim, którzy interesują się muzyką romantyczną radzę, by zapoznali się z ich nagraniami. Wówczas dowiedzą się, gdzie są źródła muzyki Liszta i Wagnera.

 

W Polsce nikt nie wystawia oper Schuberta, bardzo rzadko też wykonywane są utwory Paula Hindemitha. Kompozytor ten początkowo pisał pod wpływem neoromantyzmu i ekspresjonizmu, a potem zaczął inspirować się twórczością Bacha i Regera. Chciał stworzyć nowoczesną polifonię. Może taka muzyka jest już niemodna? Może po prostu zestarzała się?

Muzyka Hindemitha była odpowiedzą na romantyczny monumentalizm Wagnera, i dlatego zaczął pisać dzieła „obiektywne” (niem. Sachliche). Proszę zauważyć, że po powojennej eksplozji muzyki nowej, po eksperymentach szkoły darmstadzkiej, kiedy Krzysztof Penderecki skomponował Pasję wg św. Łukasza, okazało się, że można pisać muzykę, która jest i modernistyczna, i „do słuchania”. Potem wielu kompozytorów – również sam Penderecki – zwróciło się w stronę estetyki romantycznej. Po tych wszystkich doświadczeniach post-barokowa muzyka Hindemitha brzmi dziś naprawdę nieźle. Największym problemem w wykonywaniu jego dzieł jest precyzja intonacyjna. Panuje przekonanie, że jeśli w muzyce jest wiele współbrzmień dysonujących, to nie trzeba jej ćwiczyć, bo i tak nikt nie usłyszy niedoróbek. I dlatego wiele utworów XX wieku brzmi fałszywie. „Mateusz Malarz” to moim zdaniem jeden z najlepszych utworów minionego stulecia, przede wszystkim dlatego, że jest w nim mnóstwo przepięknych kolorów. A dobra muzyka nigdy się nie starzeje.  

 

Symfonia „Mateusz Malarz” nawiązuje do słynnego gotyckiego Ołtarza z Isenheim – najważniejszego dzieła Matthiasa Grünewalda, XVI-wiecznego niemieckiego artysty.

Tak, każda z jej trzech części odnosi się do tematyki przedstawionej na skrzydłach ołtarza. Mamy więc Koncert Aniołów, Złożenie do grobu i Kuszenie świętego Antoniego. Kiedy pracowałem w Strasburgu wielokrotnie jeździłem do Isenheim i oglądałem ołtarz. To jedno z najpiękniejszych i najbardziej fascynujących dzieł, jakie widziałem. W muzyce Hindemitha odnajduję podobnie naturalistyczny sposób „malowania”, jak w dziele Grünewalda. Pamiętać jednak trzeba, że  najpierw powstała opera zatytułowana Mateusz Malarz, a dopiero potem Symfonia, która jest swego rodzaju suitą, potpourri, kompilacją najlepszych fragmentów z opery.

 

Symfonię zamówił u Hindemitha Wilhelm Furtwängler, który 12 marca 1934 roku w Berlinie poprowadził prawykonanie tego dzieła. Sławny dyrygent chciał wyrazić w ten sposób swój sprzeciw wobec ówczesnego zakazu wykonywania w Niemczech muzyki Hindemitha, a także innych twórców.

Tak, to był wielki skandal. Była to jednocześnie ostatnia tego typu publiczna demonstracja skierowana przeciwko nazistowskim władzom. Hindemith był jednym z tych kompozytorów, którzy musieli opuścić Niemcy, mimo iż nie był Żydem. Jego muzyka była zakazana, ponieważ uważano ją za dekadencką.

 

W Polsce wykonuje się ten utwór bardzo rzadko. Pan zna go świetnie…

Symfonię „Mateusz Malarz” mam w repertuarze od bardzo dawna. Dyrygowałem nią jeszcze podczas studiów w Wiedniu u Hansa Swarowsky’ego. Dlatego byłem zaskoczony, kiedy zorientowałem się, że niewiele polskich zespołów ma tę kompozycję w swoim repertuarze.  A przecież na świecie Mateusz Malarz – zarówno symfonia, jak i opera – cieszy się wielkim powodzeniem. Kiedy byłem dyrektorem Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach ze zdziwieniem stwierdziłem, że zespół ten chyba nigdy wcześniej nie grał tego utworu. Ostatni raz, całkiem niedawno, wykonywałem go w Polsce z orkiestrą Sinfonia Juventus. Młodzi ludzie, którzy ją tworzą, zachwycili się muzyką Hindemitha. Obecny koncert będzie więc doskonałą okazją, by publiczność wrocławska zapoznała się z tym niezwykle pięknym utworem.

 

Rozmawiali Klaudia Baranowska (Polskie Radio) i Piotr Matwiejczuk (Polskie Radio)