Wydanie: MWM 02/2015

Muzyka dawna jest cool!

Wywiad z Rachel Podger
Article_more
Gdy zaczynałam, mieliśmy mnóstwo, mnóstwo pracy. Każdy nagrywał. Czasem było to wręcz szaleństwo – wchodziło się do studia niemal bez próby! Na kontynencie to by się nie mogło zdarzyć. W ciągu dwóch dekad pojawiło się bardzo wielu nowych muzyków, można już studiować muzykę dawną w ramach cyklu szkolnego, a nie dopiero po dyplomie. Jest mnóstwo nauczycieli, a ten repertuar to już dzisiaj mainstream.

Magdalena Łoś (Program 2 Polskiego Radia): Uczyła się pani muzyki w Niemczech i w Anglii. Czy to dwa zupełnie różne systemy edukacji?
Rachel Podger:
Muzyki uczyłam się w Niemczech tylko w Kassel, gdzie chodziłam do Szkoły Steinerowskiej. Mieliśmy w niej wiele rozmaitych zajęć muzycznych, taniec, także poezję – wspólne recytacje, przedstawienia. Dorastanie w takim otoczeniu bardzo mi służyło i rozwijało mnie. Zdecydowałam się później na naukę w Anglii ze względu na wybór profesora, u którego chciałam studiować. Muszę przyznać, że po prostu chciałam już wrócić do Anglii. W czasie studiów w Niemczech poznałam kilkoro angielskich muzyków. Spodobała mi się ich otwartość, gotowość do pracy nad czymkolwiek bez żadnych uprzedzeń i ograniczeń. Nie byli jakoś szczególnie przywiązani do jednej estetyki, stylu. Wiedziałam, że ja też mam to gdzieś w sobie, że w połowie jestem taka, jak oni, tylko nie potrafię tego wydobyć, ponieważ moje myślenie jest ciągle „niemieckie”. Ma ono oczywiście bardzo wiele zalet, edukacja niemiecka jest niezwykle solidna i gruntowna. W szkole niemieckiej przygotowywaliśmy w orkiestrze jedną symfonię przez trzy miesiące. To było fantastyczne! Gdy później opowiadałam o tym moim angielskim kolegom wielu z nich mówiło: „Co?! Trzy miesiące pracy nad jedną symfonią, to musiało być koszmarnie nudne!”. Tak, w Anglii co dwa tygodnie sięgaliśmy po nową symfonię. To dwa zupełnie inne podejścia. Czuję się bardzo szczęśliwa, że obydwa miały na mnie wpływ, że poznałam to, co najlepsze w jednym i drugim systemie, że mogłam wybierać z nich to, co mi odpowiadało.

 

Założyła pani zespół kameralny, była pani koncertmistrzem ważnych brytyjskich zespołów. Kiedy wybrała pani niezależność?
To przyszło samo całkiem naturalnie. Kiedy kończyłam college, pojawiło się bardzo wielu muzyków zajmujących się repertuarem barokowym. To byli często moi koledzy, przyjaciele. Czuło się wielką energię, kreatywność, wszyscy chcieliśmy zakładać nowe zespoły. A w tej dziedzinie muzyki nie dzieje się to często. Teraz przeżywamy kolejną falę, zdaje się, że one wracają co dziesięć lat… Mnie zdarzyło się znaleźć na takiej właśnie fali. Kiedy byłam w college’u, regularnie grałam i zarabiałam, tak dużo było pracy na początku lat dziewięćdziesiątych. Zaczęłam od założenia dwóch zespołów – Palladian Ensemble i Florilegium, które bardzo dużo występowały. Graliśmy razem jedenaście lat i był to wspaniały okres. Potem urodziłam dzieci, życie stało się bardziej skomplikowane. Musiałam ostrożniej planować zajęcia, znaleźć lepiej płatną pracę – nikt nam nie płacił za ćwiczenie z zespołem przez kilka dni. To była smutna decyzja, bo lubiłam tak pracować. W tym samym czasie dwie moje koleżanki z zespołu także urodziły dzieci, więc zwolnienie tempa, ograniczanie ilości koncertów przyszło w dość naturalny sposób. Ważnym momentem w mojej karierze było spotkanie z Trevorem Pinnockiem. Przyszedł na koncert Palladian Ensemble i zaproponował, abym została koncertmistrzynią The English Concert. Zaczęłam grać partie solowe i koncerty z tą orkiestrą – już jako solistka. W tym samym czasie nagrałam też płytę bachowską. Miałam wówczas coraz więcej propozycji występów solowych. Nie było jednak tak, że pewnego dnia obudziłam się z myślą: „zostanę solistką”, to po prostu się stało.

Co z jednorodnością angielskiego brzmienia dzisiaj? Czy rozpozna pani angielską orkiestrę słuchając tylko nagrania?
Tak, czasami. Oczywiście różnice między zespołami determinuje osobowość dyrygenta, bo na przykład w Londynie ci sami muzycy grają często w kilku różnych zespołach. The English Concert pewnie miał wyróżniający się rodzaj brzmienia jeszcze pod Pinnockiem. Ale to też się zmieniło, bo zespół prowadzą obecnie różni szefowie. Tyle że jego brzmienie jest nadal pełne, jasne, z bardzo wyrazistą artykulacją. Swój styl ma też na przykład Orkiestra Wieku Oświecenia, z tym że wynika to z wyróżniającego ją repertuaru – jest szeroki, od Monteverdiego aż po Mahlera. Pod jednym szyldem mieszczą się więc właściwie trzy orkiestry z różnymi muzykami do poszczególnych przedsięwzięć.

A jak się ma dzisiaj w Anglii tzw. muzyka dawna? Dużo zmieniło się przez te dwadzieścia lat pani pracy?
Gdy zaczynałam, mieliśmy mnóstwo, mnóstwo pracy. Każdy nagrywał. Czasem było to wręcz szaleństwo – wchodziło się do studia niemal bez próby! Na kontynencie to by się nie mogło zdarzyć. W ciągu dwóch dekad pojawiło się bardzo wielu nowych muzyków, można już studiować muzykę dawną w ramach cyklu szkolnego, a nie dopiero po dyplomie. Jest mnóstwo nauczycieli, a ten repertuar to już dzisiaj mainstream.

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych często sądzono, że barokowe skrzypce wybierają ci, którym źle idzie na „normalnym” instrumencie. Kiedy więc szłam na lekcję skrzypiec i miałam dwa instrumenty (współczesny i barokowy), i ktoś pytał mnie, czemu dźwigam dwa futerały, nie przyznawałam się, że w jednym z nich są barokowe skrzypce, bo nie chciałam, żeby pomyślał, że kiepsko gram. Ta sytuacja zmieniła się, kiedy wygrałam konkurs szkolny. Graliśmy Bacha, tylko dwie części, 10–15 minut. Wszyscy oczywiście na skrzypcach współczesnych. Wahałam się, czy zagrać na instrumencie barokowym. W przeddzień zwierzałam się przyjaciółce, że może nie powinnam, bo skrzypce barokowe będą brzmieć ciszej, zabraknie tej mocy, ekspresji… I wtedy ona powiedziała, że absolutnie powinnam wziąć barokowy instrument. Posłuchałam. Wygrałam i to było dla mnie wielkie zaskoczenie! A więc to się na pewno zmieniło – podejście nauczycieli; „Skoro udało ci się wygrać na barokowych skrzypcach, to może nie jest to takie złe”. Pojawił się pewien rodzaj uznania, także ze strony publiczności, która od lat siedemdziesiątych była przyzwyczajana do barokowej muzyki wykonywanej na dawnych instrumentach. Wreszcie przyszła moda na wykonawstwo historyczne. Pójście na operę barokową stało się cool, zyskało akceptację. Następnie pojawiły się festiwale.

Dzisiaj wielu muzyków chce łączyć światy, grać na instrumencie współczesnym i barokowym. Ale robić to dobrze na obydwu instrumentach… dla mnie nie jest to takie oczywiste. To nie tylko inny sposób myślenia, lecz także używanie innych mięśni, inna jest postawa. Przede wszystkim ze względu na barokowy smyczek i jelitowe struny, dzięki którym tworzy się zupełnie odmienne brzmienie. To temat, na który mogę mówić przez wiele godzin! Tak więc myślę, że trudno jest robić jednocześnie te dwie rzeczy naprawdę dobrze. Jakiś czas próbowałam je łączyć, nie udawało się. Nie mogłam na żadnym z instrumentów osiągnąć tego, co chciałam. Zdecydowałam więc, że wybieram skrzypce barokowe.[*]

 

Rachel Podger – jedna z najbardziej cenionych na świecie skrzypaczek nurtu wykonawstwa historycznego, pedagog, solistka, kameralistka, koncertmistrzyni najważniejszych europejskich orkiestr instrumentów dawnych.

 

 


[*] Fragment wywiadu z 2011 roku przeprowadzonego dla Programu 2 Polskiego Radia; rozmowa publikowana była również na stronach internetowych festiwalu Wratislavia Cantans.