Wydanie: MWM 02/2015

O imionach

Article_more
Jean-Baptiste Lully, nadworny kompozytor Ludwika XIV, w roku 1687 podczas dyrygowania orkiestrą – zdenerwowany, jak głoszą niektórzy, z powodu błędów muzyków – przebił sobie batutą palec u stopy. Wkrótce zmarł w wyniku zakażenia rany. Ten nietuzinkowy epizod nieraz stawał się przyczynkiem do prowadzenia naszych dialogów filomuzoficznych.

– A jak imiona Lully’ego brzmiałyby po polsku? – pyta mała Zo, a ja tłumaczę:

– „Jean-Baptiste” to „Jan Chrzciciel”. A we Florencji mówiono pewnie do młodego Lully’ego „Giambattista”.

– Dziwne te wszystkie imiona. Szczególnie „Jan Chrzciciel”.

– No widzisz, może dlatego nie tłumaczymy ich.

– A dlaczego mówimy „Jan Sebastian” na Bacha i „Jerzy Fryderyk” na Händla? To przecież nie Polacy.

– Ale jacy bliscy się robią, gdy ich tak po polsku nazwiemy, czyż nie? „Jaś”...

– ... „Jaś-Baś” – dorzuca Zo.

– ...i „Jurek”. Każdy chce sobie uszczknąć choć krztynę wielkości i być z muzycznymi sławami tak jakby na „ty”. Choćby i przez takie przechrzczenie.

– Ale Jeana-Baptiste’a nie przechrzciliśmy na „Jana Chrzciciela”.

– No cóż. Sam się już raz przechrzcił. A w ogóle to może już wystarczy tego chrzczenia w przypadku Lully’ego? Choć fakt: jako naród jesteśmy do takich zabiegów dość skorzy. Zdarzało się nawet zapisywanie nazwiska Chopina w formie „S-z-o-p-e-n”.

– Ale to przecież polski kompozytor, dlaczego trzeba go jeszcze przechrzcić?!

– Może właśnie dlatego, że miał francuskie nazwisko i to pół-Francuz z pochodzenia.

– Ale z muzyki to chyba nawet nie ćwierć-Francuz! Ani nawet nie... – zawahała się. – Jak to powiedzieć?

No właśnie. Dla mniejszych ułamków braknie już haseł w polskim słowniku.

Niech to będzie kolejny dowód nieusuwalnego rozziewu między słowem i ciałem.

.