Wydanie: MWM 02/2015

Ołtarz i scena w oratoriach Händla

Article_more
„Na początku było słowo – czytamy w Pannie Stark, powieści szwajcarskiego pisarza Thomasa Hürlimanna – potem pojawiła się biblioteka, zaś dopiero na trzecim i ostatnim miejscu my, ludzie, oraz rzeczy”.

Zapewne gdy człowiek został wygnany z raju, biblioteka, o której pisze Hürlimann, uległa rozproszeniu. Nie pozostało nam więc nic innego, jak wytrwale poszukiwać jej śladów w niezliczonych antykwariatach. Te w Londynie są wyjątkowe – pachnie w nich starym papierem i rozeschniętą skórą wiekowych obwolut. Nie wiedzieć czemu książki poświęcone muzyce najczęściej znaleźć można w piwnicach, w których temperatura, z pewnością idealna dla niepasteryzowanego jesiennego piwa, zmusza upartego poszukiwacza ciekawostek i białych kruków do pracy w trudnych warunkach. Rękawiczki stają się wtedy obowiązkowym atrybutem szperacza. Zdarza się, że trud poszukiwań zostaje wynagrodzony. Tak właśnie stało się, gdy pewnego jesiennego dnia spośród krzykliwych grzbietów książek, opowiadających o życiowych meandrach gwiazd operowych, wyłonił się granatowy tom wydawnictwa Cambridge – pochodząca z 1995 roku znana praca Ruth Smith, poświęcona Händlowi i myśli osiemnastego stulecia.

 

„Jest to książka o słowach w oratoriach Georga Friedricha Händla – objaśnia Smith we wstępie. – W ostatnich dekadach dbałość o historyczną autentyczność zmieniła nasze pojęcie o muzyce barokowej, w tym o muzyce Händla. Wykonania poparte wiedzą naukową mają za cel odtworzenie dla współczesnych uszu dźwięków, które słyszała pierwsza publiczność dawnych kompozytorów; badacze, tłumacząc kontekst historyczny, przyczyniają się do lepszego zrozumienia tej muzyki i wydobycia z niej większej radości. Celem niniejszej książki jest stworzenie dodatkowej perspektywy historycznej dla naszego rozumienia podstawowych w zachodniej kulturze muzycznej dzieł, jakimi są angielskie oratoria Georga Friedricha Händla”.

 

Ruth Smith w swojej pracy zadaje banalne z pozoru pytania, na przykład: „Jakie niewiadome mogą kryć się w Mesjaszu czy Judzie Machabeuszu? ”. Dzieła te przecież są stale wykonywane, czym potwierdzają swoją przystępność dla słuchaczy. Zdaniem brytyjskiej muzykolożki, dostępna jest nam muzyka, sens słów często pozostaje jednak nieuchwytny. Czytając Händlowskie libretta, nie wolno zapominać, że oratorium „miało dwóch panów, kościół i teatr, zaś dwa podstawowe czynniki wpływające na myśl angielską w XVIII wieku to religia i polityka”. Religia i polityka przenikały ówczesne życie i ówczesną sztukę; „była to bowiem kultura, w której wiara i moralność nauczane przez religię kształtowały dzieła i wypełniały je treścią. Ambona była podstawowym środkiem komunikacji masowej. Kazania zajmowały się wszystkimi aspektami życia prywatnego i publicznego, i miały na nie wpływ, a debata religijna była jednym z głównych elementów debaty publicznej”. Zdaniem Smith nie można lekceważyć licznych naukowych argumentów przemawiających za tym, że sztuka, w tym sztuka muzyczna, pielęgnowana była przez kościół anglikański po to, by przyczyniała się do wzrostu pobożności i prawomyślności religijnej. „Kreując współcześnie wizerunek Händla, mający przemawiać do zsekularyzowanego świata wieku dwudziestego, powszechnie odrzuca się, jako apokryficzne, opowieści ukazujące jego, jakoby głębokie, zaangażowanie w wiarę protestancką”. Natrafić można nawet na pogląd, że twórca Mesjasza był „w duszy poganinem”. Według Smith, uważna i uwzględniająca historyczne uwarunkowania lektura tekstów librett przeczy takiej tezie. Jej zdaniem, badając libretta Händla, nie wolno zapominać o poglądach współczesnych kompozytorowi kaznodziejów, którzy regularnie utożsamiali Anglię tych czasów ze starożytnym Izraelem. Czynione przez nich porównania były w pełni czytelne dla ówczesnej publiczności. Takie paralele można znaleźć w librettach; na przykład Saul i jego potomkowie to rodzina Stuartów, Dawid lub Salomon to król Jerzy II, a Filistyni to katolicka Europa.

Co ciekawe, w czasach Händla libretto uchodziło w Anglii za gatunek najniższy z całej twórczości literackiej, było tak od czasu, gdy John Dryden ujął je w ten sposób. Literat i myśliciel, Charles Gildon, w traktacie The Laws of Poetry (1721) nie pozostawiał czytelnikom żadnych wątpliwości: „Jedną z największych przeszkód dla rozwoju naszej pieśni jest niewolnicze posłuszeństwo autorów, którzy dostosowują swoje teksty do gustu kompozytorów czy muzyków. Zmuszani są oni do poświęcania treści na rzecz dobrze brzmiących słów, rymów żeńskich etc., dlatego tylko, że najlepiej nadają się one dla kompozytora, dając mu kadencję, która najłatwiej poddaje się współczesnej sztuce kompozycji. Zauważyć można, że rzadko zdarza się kompozytor, który napisałby pieśń z kunsztem i sensem, do znośnej melodii; kompozytorzy wykorzystują swoje umiejętności przede wszystkim pisząc do trywialnych słów, rzadko oddalonych o choćby jeden stopień od nonsensu”. Wydaje się, że zarzut Gildona nie dotyczy Händla i jego librecistów, trudno bowiem byłoby podważyć jakość muzyki kompozytora i wykorzystanych przez niego tekstów.

 

Smith zwraca uwagę na to, że Händel więcej problemów miał nie jako interpretujący libretta kompozytor, lecz jako zarządzający teatrem impresario, co zostało zilustrowane w – zapewne apokryficznej – anegdocie o tym, jak jeden ze śpiewaków, Alexander Gordon, zagroził, że wskoczy na klawesyn Händla w geście protestu przeciwko jego sposobowi akompaniowania. „Daj znać, kiedy zamierzasz to uczynić – miał odpowiedzieć Händel – żebym mógł to rozreklamować. Jestem przekonany, że więcej ludzi przyjdzie zobaczyć, jak skaczesz, niż posłuchać, jak śpiewasz”. Prawdopodobnie nawet ci, którzy przyszliby tylko popatrzeć, mieliby okazję poznać tekst wykonywanej przez Gordona arii, gdyż – jak podaje Smith – w czasach Händla libretto można było kupić z wyprzedzeniem i zazwyczaj czytano je przed pójściem do opery czy na koncert. Zapewne doświadczenie słuchania Händlowskiego oratorium i dziś okaże się najpełniejsze, gdy towarzyszyć będzie mu lektura oryginalnego wydania libretta. Nie jest to niemożliwe, trzeba mieć tylko odrobinę szczęścia, odwiedzając piwnice antykwariatów.

 

Aleksander Laskowski