Wydanie: MWM 02/2015

Jazz na prawdziwych organach

Article_more
Pierwsze zdania tekstu, który miał się pierwotnie w tym miejscu Państwa oczom ukazać, już były napisane, kiedy dostałem wiadomość od redaktora naczelnego: „Czy dałby się Pan namówić na ankietę händlowską?”. Na ankietę namówić się dałem, być może z opłakanym skutkiem, Państwo sami sobie to sprawdzą na stronie 23. Ale co tam ankieta, skoro, jak twierdzą dobrze poinformowane źródła, Georg Friedrich Händel był pierwszorzędnym organistą i improwizatorem? Improwizacja – jazzowa – na organach: oto temat na felieton!

Myślą Państwo, że teraz zacznę wymieniać płyty wybitnych jazzmanów grających na organach Hammonda i skończę na końcu następnej strony? Ależ skąd! Furda Hammond! Jazz na organach piszczałkowych / kościelnych – oto jest temat! Tak, wiem, że piszczałkowa poprzeczka wisi wysoko, ale biorę rozbieg z nadzieją, że nie obrażą się Państwo na mnie, jeśli spadnie z hukiem.

 

Skąd w ogóle organy wzięły się w jazzie? Albo inaczej: w jaki sposób w jazzie znalazło się miejsce dla organów? Odpowiedzi na te pytania należy szukać u samych początków historii tej – hybrydowej z przyrodzenia – estetyki. Rytmika i melodyka o rodowodzie afrykańskim zderzone z europejską harmonią tonalną i instrumentarium Starego Kontynentu – to po pierwsze. Drugą (i bodaj ważniejszą z naszego punktu widzenia) zbitką jest połączenie szarej codzienności (blues, field hollers, work songs) z elementem sacrum (negro spirituals). Organy zaś, przynajmniej w okresie między VII a XIX wiekiem, budowano niemal wyłącznie w kościołach. Później zaczęły się pojawiać również w teatrach rewiowych, co utorowało im drogę – ciągle jednak wyboistą – do muzyki synkopowanej.

 

Mianem pierwszego organisty jazzowego należy określić (wszystko na to wskazuje) jednego z najwspanialszych pianistów w historii muzyki amerykańskiej, Fatsa Wallera, który zaczął się uczyć gry na fortepianie jako sześciolatek, a cztery lata później został organistą w kościele, w którym kazania głosił jego ojciec, wielebny Edward Martin Waller. W wieku lat piętnastu Fats rozpoczął karierę zawodowego pianisty w kabaretach i teatrach rewiowych Harlemu, lecz sentyment do organów pozostał. Już w latach 1926–1927 Waller dokonał pierwszych w historii jazzu nagrań na pełnowymiarowych organach kościelnych. Nawiasem mówiąc, w tym samym okresie Fats zagrał – z lufą rewolweru między łopatkami – na legendarnym balu urodzinowym u Ala Capone. Jeśli są Państwo ciekawi, jak np. Wallerowski standard Ain’t Misbehavin’ brzmiał w jego wykonaniu na organach, z przyjemnością odsyłam Państwa do późniejszych, ale za to stosunkowo łatwo dostępnych nagrań Fatsa Wallera z jego londyńskich koncertów (1938–1939).

 

Jeśli chcemy trzymać się dziedziny interesujących nagrań jazzowych dokonanych z wykorzystaniem organów piszczałkowych, musimy stanąć twarzą w twarz z okrutną prawdą: ich zdecydowana większość została dokonana w Europie. Z dala od kolebki jazzu, bo w Schwarzwaldzie, nagrał swoją płytę St. Peter Power (MPS 1968) George Gruntz. Zaś tytułowy św. Piotr to patron jednego ze szwarcwaldzkich kościołów wyposażonego w organy, których brzmienie urzekło szwajcarskiego pianistę. Sam Keith Jarrett swoje dwie organowe płyty nagrał również w Niemczech, a dokładniej mówiąc, w opactwie benedyktyńskim w bawarskim Ottobeuren (Hymns / Spheres, ECM 1976; Invocations / Moth And The Flame, ECM 1981). Nawet Amerykanie wiedzą, gdzie znaleźć dobry osiemnastowieczny instrument…

Jeśli szukają Państwo recepty gwarantującej sukces w poszukiwaniach ciekawych nagrań jazzowych, lub okołojazzowych, dokonanych na tym największym z instrumentów (ciśnie się na usta określenie „papież instrumentów”), to spróbuję taką preskrypcję dla Państwa sporządzić: organy – niemieckie, instrumentalista – Niemiec (ewentualnie Szwajcar lub Holender), wytwórnia – niemiecka, najlepiej ECM. Oczywiście zdarzają się albumy wydane przez mniejsze podmioty, a nawet przez samych artystów, ale logo ECM-u gwarantuje pewną dozę prawdopodobieństwa, że tuż po uruchomieniu odtwarzacza nie rzucą Państwo pustym (niestety) pudełkiem o ścianę.

 

A jeśli mamy regułę, wymieńmy wyjątki, żeby nie przeoczyć chociaż tych najciekawszych. Od razu przychodzi mi na myśl znakomita płyta Cathedral (Taso Music 2005) firmowana nazwiskami Charliego Mariana i Vitolda Reka (polski wątek!), na której na organach gra Peter Reiter. Holenderski pianista Fred Van Hove chętnie grywa na organach, a rezultaty są tyleż ciekawe, co trudno dostępne (Church Organ, PijP nagrana z braćmi Bauerami, Improvisations). Album Johna Surmana Proverbs And Songs ze znakomitym Johnem Taylorem (ECM 1997) na pewno zostanie Państwu w pamięci, podobnie zresztą jak nieco dziwne płyty organowe Jaspera Van’t Hofa Un Mondo Illusorio (Challenge Rec. 1999) i Un Incontro Illusorio (jw. 2001). Nawiasem mówiąc, na drugiej spośród wymienionych pojawia się – na zasadzie studyjnej nakładki – perkusja Joeya Barona, co po raz Bóg wie który dowodzi, że Baron potrafi wpasować się w każdą estetykę. Absolutnie zjawiskowym, niepokojącym albumem są Organic Voices (Leo Rec. 1994) duetu John Wolf Brennan (organy) / Gabriele Hasler (głos).

 

Przed czym chciałbym Państwa przestrzec szczególnie? Przed albumem Orang Utan Clausa Bantzera (chyba że lubią Państwo miałkie new age’owe pseudomedytacje). Przed duetem Horn & Pipe (szkoda gadać). Oraz przed tryptykiem Spiritual Movement Barbary Dennerlein (chyba że chcą Państwo sprawdzić, do czego organy piszczałkowe się nie nadają, nawet jeśli gra na nich wirtuoz).

 

Organy to instrument wielce złożony. Więc komuś musiało przyjść do głowy, żeby je rozłożyć. Tym kimś był perkusista Günter „Baby” Sommer, który niegdyś podczas spaceru ulicami rodzinnego Drezna zobaczył, jak robotnicy wynoszą z kościoła elementy demontowanych właśnie starych organów. Szybko dobił targu i wypełnił składzik swojego domu emerytowanymi piszczałkami różnych kształtów i rozmiarów. Dziś możemy śledzić rozproszone na jego płytach nieziemskie dźwięki z rozproszonego drezdeńskiego instrumentu. Do czego gorąco zachęca niżej podpisany, który rzeczone piszczałki w rzeczonym składziku na własne oczy oglądał.

Janusz Jabłoński