Wydanie: MWM 02/2015

Przed nadejściem Mesjasza

Article_more
Mistrz z Halle powinien być mistrzem z Breslau. Jego dziadek Valentin uznał jednak, że w Saksonii Händlom będzie się żyć lepiej i wywędrował ze Śląska. Wróciła muzyka Georga Friedricha.

Breslauerzy lubili się chwalić swoimi talentami muzycznymi, twierdzili, że „na Śląsku uprawia się więcej muzyki niż w jakimkolwiek innym kraju niemieckim”, ale istnieje podejrzenie graniczące z pewnością, że ilość nie przeszła w jakość. Mozart, Haydn i Beethoven to klasycy wiedeńscy, Bach jest geniuszem z Lipska, a Brahms i Mendelssohn urodzili się w Hamburgu. Wrocław nigdy nie zdołał zagrać w ekstraklasie i raczej nie może dawać do zrozumienia, że wszystko, co w Händlu było doskonałą harmonią, odziedziczył po wrocławskich przodkach.

 

Miejsce dla Händla

Ani dziadek Valentin, oficjalny kontroler wagi sprzedawanego chleba, ani ojciec, też Georg, chirurg i cyrulik, do muzyki nabożeństwa nie mieli (za to matka, Dorothea, wspierała syna, którego ciągnęło do klawikordu). W zamian przekazali Händlowi wrocławski zmysł do interesów, a w dziedzinie sztuki to talent bezcenny. Po świecie krąży anegdota o reakcji Georga Friedricha na wieść o tym, że Uniwersytet w Oxfordzie nadał mu tytuł doktora honoris causa, ale za wypisanie dyplomu musi zapłacić. „Co?! Za to, że będę kolegą tych cymbałów mam jeszcze płacić? Nigdy!” – zawołał z wyraźnie wrocławskim temperamentem. I miał rację, bo dzisiaj Brytyjczycy czczą swojego narodowego kompozytora (zdołali go „zangielszczyć”) z ochotą i za darmo.

 

Wrocław długo czekał na Händla i jego Mesjasza – prawie pół wieku. Kompozytor napisał swoje najsłynniejsze oratorium w 1741 roku, we Wrocławiu zostało ono wykonane w roku 1788. Wyzwanie ogromne, trzystu wykonawców do opanowania, ale pod batutą kompozytora i dyrygenta, Johanna Adama Hillera, grali i śpiewali jak z nut. Hiller dwa lata wcześniej dyrygował Mesjaszem w Berlinie, miał już doświadczenie. Na miejsce wrocławskiego wykonania wybrał kościół Marii Magdaleny, miejsce najlepszą z możliwych.

 

W oczekiwaniu na Sąd

Na jego murach zapisano przed wiekami historię Zbawienia. Mało kto ją dziś umie odczytać, bo ci, którzy chcieli przypomnieć mieszkańcom Wrocławia, co się zdarzyło w Jerozolimie, dawno już rozsypali się w proch. Magdaleńska świątynia to duma wrocławskich mieszczan, którzy tu przygotowywali sobie ostatnie mieszkanie. Dla złotników, kuśnierzy, malarzy czy nauczycieli ze słynnego Gimnazjum Marii Magdaleny była pomnikiem ambicji, miejscem, w którym chcieli zachować pamięć o sobie, dopóki trąby zwiastujące nadejście Sądu Ostatecznego nie poderwą ich z grobu.

 

Żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku wrocławski historyk Christian Friedrich Paritius opisał dwieście czterdzieści jeden pomników nagrobnych znajdujących się w kościele. Do dzisiaj, mimo katastrof nękających świątynię, na jej zewnętrznych ścianach i w kaplicach, zachował się wspaniały zbiór nagrobków i epitafiów. Ale historia Mesjasza zaczyna się nie na tablicy epitafijnej, lecz na portalu południowej kruchty (od strony ul. św. Marii Magdaleny).

 

Jest bezcenny, to jeden z najstarszych i najpiękniejszych w Europie portali romańskich. Pochodzi z ufundowanego przez wojewodę Piotra Włostowica opactwa św. Wincentego na Ołbinie, które protestancka rada miejska kazała rozebrać w 1529 roku. Jako pretekst wykorzystała zagrożenie atakiem wojsk tureckich, mogących uczynić z opactwa przyczółek do szturmu na miasto. Czyn wydaje się nam dzisiaj barbarzyński, na szczęście rajcy ocalili od zniszczenia wspaniały portal, każąc go wmurować w ścianę magdaleńskiej fary.

 

Kościół był już wtedy świątynią protestantów, to tutaj 25 października 1523 roku dr Johann Hess odprawił pierwsze nabożeństwo ewangelickie i dopiero po jego śmierci w 1547 roku Maria Magdalena straciła tytuł „Pierwszego Ewangelickiego Głównego Kościoła Parafialnego” na rzecz kościoła św. Elżbiety.

Pożegnanie z Matką    

Portal odznacza się niezwykłym przepychem, prawie cała jego powierzchnia jest pokryta płaskorzeźbami. Na drugiej archiwolcie portalu zapisano w obrazach opowieść o życiu Chrystusa i Maryi: od sceny Zwiastowania, poprzez podróż do Betlejem, gdy „naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką”, po scenę chrztu Chrystusa w Jordanie.

 

Dalszy ciąg tej historii – zdjęcie z Krzyża, zstąpienie Chrystusa do otchłani i dającą żywym tyle nadziei scenę przyjęcia dobrego łotra do raju – wyrzeźbiono na tympanonie portalu, znajdującym się dzisiaj w zbiorach wrocławskiego Muzeum Narodowego, ale i bez wizyty w muzeum możemy obejrzeć te obrazy. Na epitafiach.

 

Jedno z najbardziej przejmujących znajduje się na ścianie północnej, po lewej stronie barokowego portalu. Upamiętnia zmarłą w 1518 roku Margarethę von Irmisch, zostało wykonane przez miejscowego, ale bardzo utalentowanego artystę, który za wzór wybrał rycinę Hansa L. Schäufeleina, przedstawiającą scenę pożegnania Chrystusa z Marią w Betanii. Epitafium uchodzi za jaskółkę wrocławskiego renesansu, rzadki motyw przywołuje atmosferę żalu i tęsknoty, które towarzyszą każdemu rozstaniu, a szczególnie odejściu do innego świata.

 

Z kolei na tablicę Sachsów (południowa  strona świątyni) – Christopha i jego dwóch żon, Marthy oraz Susanny – wybrana została pięćset lat temu piękną scenę „Modlitwy Chrystusa w Ogrójcu”. Walkę Chrystusa z człowieczą słabością w obliczu śmierci i jego pogodzenie się z wolą Ojca przedstawił Gerhard Hendrik, wybitny rzeźbiarz rodem z Amsterdamu. Scena ta była manifestacją podporządkowania się wyrokowi Bożemu, bez biernej rezygnacji, ze świadomością, że przeznaczenie musi się wypełnić.

 

Zaś na wschodniej ścianie świątyni małżeństwo Schebitzów – on kupiec i patrycjusz, ona z bogatego rodu von Popplau – umieściło w 1508 roku tablicę z kamiennym reliefem przedstawiającym „Zdjęcie z Krzyża”. „Przyjrzyjcie się, patrzcie, czy jest boleść podobna do tej Jego!”. Na tle jerozolimskiego pejzażu stoją pod krzyżem Maria i Jan Ewangelista, Józef z Arymatei, św. Andrzej i św. Maria Magdalena. Jeszcze cierpią, bo Zmartwychwstałego (wspaniała płaskorzeźba na epitafium Margarethy Reibnitzowej i Magdaleny Hornigowej) zobaczą dopiero dnia trzeciego.

 

Śmierć bramą życia

„Wiem bowiem, Odkupiciel mój żyje, a w dzień / ostateczny powstanę z ziemi. I znów obleczon będę w skórę moją, / i w ciele moim oglądać będę Boga mego” – śpiewa chór w Mesjaszu słowa z Księgi Hioba. Dla Joachima i Reginy były jedyną nadzieją. W 1599 roku bogaty mieszczanin Joachim Luck von Boguslavitz i jego żona Regina zamówili dla siebie epitafium, najprawdopodobniej u wybitnego rzeźbiarza z Amsterdamu Gerharda Hendrika. Chcieli, żeby zostało ozdobione sceną „Modlitwy w Ogrójcu”.

 

Artysta zaczął pracę nad pomnikiem w pierwszej połowie 1599 roku, ale zdążył zrobić tylko ramę i zwieńczenie, gdy Opatrzność zmieniła zlecenie. We wrześniu wybuchła epidemia – tym razem najprawdopodobniej ospy – która szalała we Wrocławiu do stycznia, zbierając dwa tysiące ofiar. Potem wycofała się na kilka miesięcy, by ponownie zaatakować i uśmiercić tysiąc dwieście osób. Wśród nich było jedenaścioro dzieci Lucków – ośmiu synów i trzy córki. I to im, w „dowód ojcowskiej miłości”, Joachim poświęcił epitafium, utrwalając jednocześnie pamięć o zarazie. Zwieńczone było kiedyś figurą Chrystusa Zmartwychwstałego, trzymającego chorągiewkę rezurekcyjną. „Alleluja, bo zakrólował Pan Bóg nasz wszechmogący, Alleluja!”

 

Beata Maciejewska