Wydanie: MWM 03/2015

Życie niebywałe

Article_more
Życiorysy mojego, wojennego pokolenia są niełatwe, dzisiejsi siedemdziesięciopięciolatkowie starają się iść przez życie, zagłuszając w pamięci szczegóły ze swych biografii. Fakt, że udało się przechytrzyć los oraz mimo wszystko żyć i tworzyć, pozostanie najważniejszy. Jednak im czas staje się bardziej nieubłagany, tym częściej pojawia się potrzeba wspominania, rozliczania się z tym, co wydarzyło się kiedyś. Ale bardzo rzadko starcza odwagi do tego, aby szczerze, do dna opowiadać o sobie innym i wystawić się, odartym z tajemnicy, na ocenę. Ryszard Horowitz zrobił to, nie uciekając od tematów i spraw, o których mówi się tylko szeptem.

W języku polskim jest zabawne określenie tych, którym los sprzyja, podsuwając szansę za szansą. Mówi się o takich osobach, że są „w czepku urodzone”. Amerykanie mówią o kimś takim, że urodził się „ze srebrną łyżeczką w ustach”. Jakiekolwiek by były te atrybuty, z całą pewnością uważam się za jedną z takich osób. Odkąd pamiętam, jestem nieprawdopodobnym szczęściarzem – z każdej potyczki wychodziłem cało. Faktem jednak jest, że ten niespodziewany dar losu, oferowany przypadkowo i bez wielkiej zasługi, trzeba jeszcze umieć wykorzystać. Właśnie – „przypadkowo”. Cóż to właściwie znaczy?

Mówi się o przypadku, gdy zdarza się coś szczęśliwego lub pechowego i niemal zawsze zaskakującego. Moje życie pełne jest przypadków – na ogół bardzo szczęśliwych. Z tego powodu wiara w niezwykłą rolę przypadku jest moją prywatną namiastką religii. Nie potrafię dokładnie wskazać, kiedy wszystkie te szczęśliwe zbiegi okoliczności się sumują i można już mówić o przeznaczeniu. Ale jestem całkowicie pewny, że to właśnie one – przypadki czy też akty przeznaczenia – czynią życie o wiele bardziej znośnym i po stokroć bardziej ekscytującym. Jedno z takich wydarzeń miało miejsce kilka tygodni po moim przybyciu do Ameryki.

Pewnego wiosennego dnia błąkałem się samotnie po Manhattanie, gdy nagle – na rogu Pięćdziesiątej Siódmej Ulicy i Siódmej Alei, tuż koło Carnegie Hall – nie wiadomo skąd, doszły mnie głosy w znajomym języku. Odruchowo odwróciłem się i ujrzałem dwie bardzo eleganckie panie w średnim wieku. Nie wyglądały jak turystki z barchanowej komunistycznej Polski. Nieśmiało podszedłem do nich, przedstawiłem się i zapytałem, czy mogłyby mi pomóc trafić do stacji metra, z której mógłbym dojechać do domu. Od słowa do słowa dowiedziałem się, że obie są malarkami. Wspomniałem, że również chciałem zostać artystą i planuję wkrótce zacząć studia na Pratt Institute na Brooklynie. „A to się znakomicie składa – oświadczyła starsza z pań, patrząc na mnie z życzliwym, niemal matczynym uśmiechem. – Obydwoje z mężem jesteśmy artystami, odwiedzają nas różni ciekawi ludzie. Może i pan zechciałby przyjść do nas na herbatkę?”.

Gdy dziś ktoś mnie pyta, dlaczego postanowiłem przyjąć zaproszenie od kompletnie obcej kobiety, spotkanej na ulicy wówczas bardzo niebezpiecznego miasta, nie umiem odpowiedzieć. Fakt, że te dwie eleganckie panie nie wydały mi się specjalnie groźne. W tamtej chwili było dla mnie jasne, że nie mogę odmówić.

Nazywała się Resia Schor i pochodziła z okolic Lublina. Przed wojną studiowała malarstwo na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie poznała swojego przyszłego męża. Ilya Schor był malarzem i artystą jubilerem tworzącym miniaturowe rzeźby. Pochodził z niewielkiej miejscowości na dzisiejszej Ukrainie i mówił po polsku znakomicie, ale z wyraźnym wschodnim akcentem. Przypominał mi tym krakowskiego profesora Hodysa z jego białoruskim „nu”. Z wyglądu zaś podobny był do Marka Chagalla. Wojna zastała ich w Paryżu. Gdy hitlerowska armia ruszyła na Francję, uciekli przez Portugalię, gdzie wsiedli na statek do Ameryki. Ich nowojorski dom w staroświeckiej kamienicy na Upper West Side w pewnym sensie stał się także moim, a dni spędzone z Schorami uważam za jedne z najwspanialszych w moim życiu.

Ich mieszkanie zajmowało prawie całe piętro i pełne było dzieł sztuki. Tak jak w moim domu rodzinnym zawsze można było spotkać u nich interesujących ludzi. To było towarzystwo, za jakim tęskniłem od wyjazdu – przypominali cyganerię w starym europejskim stylu. Po raz pierwszy w Ameryce zostałem otoczony niemal rodzicielską serdecznością, pomocą i zainteresowaniem. Gospodarze okazali mi dużo serca, nie tylko goszcząc mnie, ale też umożliwiając pierwszy zarobek. Ilya żył ze sprzedaży swoich rzeźb i biżuterii. Wiedząc, że mam sprzęt fotograficzny i potrafię się nim posługiwać, poprosił, by wykonać zdjęcia tych przedmiotów. Dzięki temu nabyłem umiejętności, które nieraz przydały mi się w późniejszej pracy, szczególnie przy zleceniach dla sławnych projektantów biżuterii.

Ryszard Horowitz, Życie niebywałe. Wspomnienia Fotokompozytora, Znak, 2014.

Zbigniew Namysłowski – saksofonista, kompozytor, aranżer, bandleader. W swoim dorobku artystycznym ma ponad trzydzieści płyt autorskich. W ankiecie miesięcznika „Jazz Forum” dwie z nich – Kujaviak Goes Funky i Winobranie – znalazły się w pierwszej trójce najważniejszych płyt polskiego jazzu. W ciągu sześćdziesięciu lat pracy artystycznej (okrągła rocznica mija w tym roku) przez jego liczne zespoły przeszła czołówka polskich muzyków jazzowych.