Wydanie: MWM 03/2015

Pianista transcendentalny

Wywiad z Bertrandem Chamayou
Article_more
Ja naprawdę czuję się Francuzem, czuję się tu u siebie. Zawsze ciekawiły mnie różne rzeczy, ale wyczuwam w nich pewną ukrytą wspólnotę – coś, co krąży podskórnie i łączy, powiedzmy, Liszta, Saint-Saënsa, Ravela. To tak, jakbym patrzył na mapę ruchu lotniczego: samoloty nadlatują z różnych stron, żeby złączyć się i lecieć jednym korytarzem. My pragniemy wszystko poklasyfikować, ale kultury, epoki, kompozytorzy mają swoje własne powiązania.

Matthias Lakits: Jesteśmy w Paryżu, w kawiarni znajdującej się na tyłach kościoła St-Vincent-de-Paul, tuż obok placu Ferenca Liszta. Pomyśleliśmy o tym miejscu, dowiedziawszy się, że mieszka pan w Dziesiątej Dzielnicy. Jest to zakątek nieco odizolowany od wielkomiejskiego gwaru, choć znajduje się niedaleko tłumnego dworca Gare du Nord, zatłoczonych ulic i sklepów.

Bertrand Chamayou: Znam to miejsce doskonale, mieszkam parę kroków stąd, a do tej kawiarni często zachodzę, więc wybór tego właśnie miejsca na nasze spotkanie to niezwykły zbieg okoliczności. Pobliski plac nazwano na cześć Liszta, ponieważ kompozytor rzeczywiście mieszkał w tej okolicy, dokładnie przy ulicy Montholon, która dziś zaczyna się nieco dalej, ale za jego czasów przebiegała mniej więcej w miejscu dzisiejszego placu. Za czasów Liszta nie było jeszcze szerokiej ulicy La Fayette, której budowa zniszczyła – co często towarzyszyło planowaniu wielkich arterii Paryża – wiele starych budynków. Za to kościół St-Vincent-de-Paul, za którym się znajdujemy, stał się ważny dla Liszta, gdy przyjechał on z ojcem do Paryża jako dwunastoletni chłopiec. Już za młodu był mistykiem, lubił tu przychodzić, szukając chwil skupienia. Później dał koncert pod gołym niebem na przykościelnym placu, na którym zebrał się zbity tłum słuchaczy. To bez wątpienia okolica bliska Lisztowi. Ale nie tylko jemu, również naszym polskim przyjaciołom: Chopin też mieszkał w tej dzielnicy, trochę dalej, przy bulwarze Poissonnière. Niedaleko znajduje się również ulica Cadet, przy której mieścił się dawny salon Pleyel, gdzie Chopin dawał liczne koncerty i gdzie miały miejsce premiery niektórych jego dzieł, np. Sonaty wiolonczelowej w 1848 roku, podczas jego ostatniego występu. Jest to więc bardzo muzyczna dzielnica.

 

Martyna M. Lemańczyk: Pierwsza płyta solo przyniosła panu zwycięstwo w kategorii „Odkrycie muzyczne roku – solista instrumentalista” największej francuskiej nagrody muzycznej, Victoires de la Musique w 2006 roku, odtąd w ramach tego konkursu regularnie zbiera pan laury. Była to płyta z Etiudami transcendentalnymi Liszta, zaś na jej okładce widnieje…

…kościół St-Vincent-de-Paul.

 

MML: Przy placu Ferenca Liszta.

Tak wyszło. Robiliśmy sesję i tu w pobliżu, i w całkiem innych miejscach, lecz ostatecznie wybór padł na to zdjęcie. Ale nie na zasadzie „genialnego” pomysłu, by płytę z utworami Liszta ilustrowało zdjęcie placu Liszta. Chodziło raczej o odrobinę symboliki, mały znak dla wtajemniczonych.

 

ML: Po ukazaniu się tamtej płyty mówiono o panu „młody interpretator o wielkiej dojrzałości”. Rzeczywiście już wtedy był to pański Liszt i to indywidualne podejście słychać od pierwszej chwili.

Cieszę się. Kilka lat później nagrałem znów płytę z Lisztem, cały cykl Lata pielgrzymstwa [która zdobyła tytuł „Płyta roku – muzyka poważna” w Victoires de la Musique 2012 oraz „Gramophone’s Choice 2012” – przyp. MML]. Mój sposób grania ewoluował od czasów pierwszej płyty w stronę, mam wrażenie, większej intensywności. Trudno być obiektywnym w ocenie własnej osoby, do tego wracam do swoich płyt ogromnie rzadko, ale, słysząc tę debiutancką przy jakiejś okazji, pomyślałem, że właściwie wszystko już tam jest. Osobowość artysty objawia się zastanawiająco wcześnie. Sądzimy, że bezustannie się zmieniamy, ale faktycznie w wieku piętnastu lat posiadamy już główne rysy naszej osobowości. I nie mam na myśli wyłącznie muzyków, podobnie jest u pisarzy itd. Wszystko, co przychodzi potem, to raczej kwestia formy. Dziś myślę sobie, że gdybym jeszcze raz miał pracować nad Etiudami transcendentalnymi, dodałbym im więcej mocy i intensywności. Lecz nawet wówczas mój Liszt pozostałby dość powściągliwy i przejrzysty, bo właśnie to zawsze najbardziej pociągało mnie w tej muzyce. Coś, co jest bardzo dalekie od patosu i furii, od swoistego bałaganu, który można tam wpakować, a który często dewaluuje muzykę Liszta w oczach wielu osób. Jestem związany zasadniczo z muzyką XIX i XX wieku, ale gram też sporo muzyki XVIII-wiecznej, czasem na instrumentach historycznych. Idąc w ślady Harnoncourta mam na uwadze rozłam, który nastąpił w muzyce na początku XIX wieku: na podejście bardziej retoryczne oraz na takie, które skupia się na stronie obrazowej, na fakturze dźwięku, na wyobraźni muzycznej. Aż do naszych czasów muzyka Liszta nie była uważana za równą twórczości Schumanna czy Chopina i do dziś często traktuje się ją w sposób skrajny: jeśli nie mamy do czynienia z ekstremalną wirtuozerią, taką „z rozwianym włosem”, to wrzucamy wszystko do jednego preimpresjonistycznego worka. Interesuje nas tylko faktura i barwa. Ja uważam, że u Liszta niezwykle istotne są zagadnienia formalne i strukturalne, i właśnie je należy akcentować. Wirtuozeria lub kolorystyka nie powinny zakłócać toku utworu. Od pierwszej do ostatniej nuty trzeba znać kierunek i być świadomym celu – niczym postać, która przemierza otwartą przestrzeń: krajobraz podlega zmianom oświetlenia, na postać padają cienie i refleksy, ale ona kroczy nieprzerwanie przed siebie.

 

MML: W wielu wywiadach powtarza pan: „Zawsze chciałem być kompozytorem, ale fortepian wypełnia cały mój czas”. Jednak pański spójny kierunek artystyczny który ma na celu wykroczyć poza samą tylko wirtuozerię czy pańskie zainteresowanie formą to cechy kompozytora właśnie; kogoś, kto w utworze pragnie zawrzeć to, co sam nosi w sobie.

Jestem bardzo zadowolony ze swojej kariery pianisty, ale komponowanie zeszło przez to na dalszy plan, a chciałbym móc zajmować się i jednym, i drugim. Jest we mnie potrzeba tworzenia. Za to nie mam najmniejszej ochoty komponować na nowo cudzych utworów, a zdarzają się interpretatorzy o takich skłonnościach – choćby Glenn Gould. Oczywiście utwór zawsze odczytuje się po swojemu, odrobina ego też jest niezbędna w tym fachu, ale ja staram się przy tym zachować jak największy szacunek dla kompozytora, identyfikować się z nim. Moim zadaniem jest wejść w środek kompozycji i zrozumieć proces jej tworzenia. Mam świetną pamięć i szybko przyswajam utwór, ale w specyficzny sposób: jeśli od czasu do czasu nie przyjrzę się nutom szczegółowo, często przekształcam pewne drobiazgi, stosuję przewroty akordów, dorzucam ozdobniki itp., całkiem bezwiednie. Muszę się więc pilnować, ale zarazem utwierdza mnie to w przekonaniu, że przetwarzam utwór w jakąś organiczną substancję. I to właśnie interesuje mnie w roli interpretatora. W muzyce XIX wieku, co zrozumiałe, dorzuca się o wiele mniej elementów niż w muzyce poprzednich epok, ale uważam, że jeśli naprawdę dobrze pojmie się strukturę utworu, jeśli ma się wiedzę na temat tego, na co można było sobie pozwolić w danej epoce, improwizacja przychodzi spontanicznie. Dla mnie to właśnie jest przejawem szacunku dla utworu. Sztywne podejście, granie wyłącznie tego, co jest napisane, i ani nuty więcej jest bardzo zdradliwe. Razi mnie to równie mocno, co nieopanowana chęć przeróbek.

ML: Ale w nie tak znowu odległych epokach nikogo nie dziwiło, że pianista nieco przearanżowywał utwór.

Jeszcze na początku XX wieku pianiści robili to swobodnie. Dzisiaj wygląda to inaczej. Lubię tamtą epokę, mam wrażenie, że ówcześni muzycy świetnie rozumieli potrzebę utożsamienia się z kompozytorem. No i nie obawiali się być sentymentalni – sentymentalizm nie był w złym guście, miał w sobie coś szlachetnego.

 

ML: To zabrzmi jak gra słów, ale skoro zrobiło się „szlachetnie i sentymentalnie”, musimy przejść do Ravela…

Rzeczywiście! Wychwycił pan to, choć nie powiedziałem tego celowo. Ravel to mój następny projekt. To właśnie jego Koncert fortepianowy G-dur zagram we Wrocławiu. A w ciągu roku planuję nagranie wszystkich utworów Ravela na fortepian solo.

 

MML: Jak Francuz gra Ravela?

Ravel towarzyszy mi od samego początku. Wprawdzie to Liszt jest jednym z kompozytorów, dzięki którym dałem się poznać szerszej publiczności, ale wybrałem go dopiero w latach młodzieńczych. Gdy byłem mały, sam chciałem zostać kompozytorem, dlatego interesowałem się muzyką XX wieku. Dorastałem w Tuluzie. W weekendy odwiedzaliśmy z kolegami naszą pierwszą panią profesor fortepianu, Claudine Willoth, która odkrywała przed nami najróżniejsze gatunki muzyczne. Słuchaliśmy muzyki kameralnej, oper, ale to Ravel powtarzał się najczęściej, także Debussy, Strawiński, muzyka hiszpańska, Paryż z tamtego okresu skupiony wokół Ballets Russes. Jako dziecko poznałem tę epokę bardzo dokładnie i w ten sposób zaszczepiono mi muzykę Ravela, która stała mi się bardzo bliska. Interesowali mnie też Fauré, Saint-Saëns, Chabrier, tradycja muzyki francuskiej. A także piosenka francuska. Wszystko to bardzo lubię… Ja naprawdę czuję się Francuzem, czuję się tu u siebie. Od zawsze ciekawią mnie różne rzeczy, ale wyczuwam w nich pewną ukrytą wspólnotę – coś, co krąży podskórnie i łączy, powiedzmy, Liszta, Saint-Saënsa, Ravela. To tak, jakbym patrzył na mapę ruchu lotniczego: samoloty nadlatują z różnych stron, żeby złączyć się i lecieć jednym korytarzem. My pragniemy wszystko poklasyfikować, ale kultury, epoki, kompozytorzy mają swoje własne powiązania. Gdy w 2014 roku nagrałem płytę z utworami Schuberta, mówiono: „Patrzcie, ten od Liszta gra Schuberta”, ale tak naprawdę tylko jeden krok wiedzie nas od Schuberta do Ravela – i wcale nie myślę tu tylko o Walcach szlachetnych i sentymentalnych.

 

ML: Z Tuluzy już niedaleko do francuskiej części Kraju Basków, skąd pochodzi Ravel.

Co więcej, mam letni dom w St-Jean-de-Luz, naprzeciwko domu Ravela. A zatem tu, w Paryżu, mieszkam naprzeciwko Liszta, a na lato przenoszę się naprzeciwko Ravela. (śmiech)

 

MML: Marcowy koncert w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu nie będzie pańskim pierwszym występem w Polsce. Wiosną ubiegłego roku koncertował pan w Poznaniu, zaś jesienią wrocławska publiczność miała już okazję usłyszeć pana u boku argentyńskiej wiolonczelistki, Sol Gabetty, w ramach festiwalu Wratislavia Cantans.

Zgadza się. W Poznaniu grałem z Orkiestrą Filharmonii Poznańskiej pod dyrekcją Marka Pijarowskiego. We Wrocławiu, w duecie z Sol Gabettą, zaprezentowaliśmy wariacje i sonatę Beethovena oraz pieśni Brahmsa, zaś druga część koncertu poświęcona była Chopinowi: zagraliśmy Grand Duo Concertant oraz Sonatę wiolonczelową g-moll. Chopin na fortepian i wiolonczelę to zresztą temat mojej najświeższej, wychodzącej na dniach płyty, nagranej wspólnie z Sol Gabettą. Grywałem sporo Chopina, choć mogłoby się wydawać, że jest przeciwnie, bo moja pierwsza chopinowska płyta ukazuje się dopiero teraz. Wynikało to z tego, że, koncentrując się na Liszcie, nie chciałem zajmować się równolegle Chopinem. Obu tych równie interesujących kompozytorów często się zestawia, ale tak naprawdę są oni bardzo odmienni. Chciałem pokazać Liszta od innej strony, względem Chopina mam podobne zamiary. Naczytałem się Jeana-Jacquesa Eigeldingera o recepcji Chopina wśród jemu współczesnych i mam kilka pomysłów. Gram II Koncert fortepianowy bardzo często, ale moje pierwsze płytowe podejście do Chopina to utwory na wiolonczelę. Chyba po prostu lubię zaskakiwać, pociągają mnie takie projekty, w których mogę popłynąć trochę pod prąd.

 

Rozmawiali Matthias Lakits i Martyna M. Lemańczyk

 

Bertrand Chamayou – urodzony w 1981 roku francuski pianista, solista i kameralista, absolwent Konserwatorium Paryskiego, laureat Międzynarodowego Konkursu im. Marguerite Long i Jacques’a Thibaud. Występował z tak słynnymi orkiestrami, jak London Philharmonic Orchestra, Rotterdamska Orkiestra Filharmoniczna, WDR Sinfonieorchester, SWR Sinfonieorchester, Orchestre National de France, Royal Scottish National Orchestra, Orchestre Symphonique de Québec. Współpracował ze światowej sławy dyrygentami: Pierre’em Boulezem, Leonardem Slatkinem, Neville’em Marrinerem, Michelem Plassonem, Andrisem Nelsonem. Jego nagrania otrzymały najważniejsze nagrody francuskie i brytyjskie. W 2011 roku zdobył Victoire de la Musique w kategorii „Solista Roku”.