Autor: Ewa Osińska
Wydanie: MWM 03/2015

Wielki nieodgadniony

Article_more
Był jednym z czołowych dyrygentów świata. Wielu muzyków nazywało go „księciem batuty”. Trzon jego repertuaru stanowiła wielka symfonika klasyczna i romantyczna oraz opera. Urodził się w Radomsku, studiował u Artura Malawskiego w Krakowie i Jewgienija Mrawińskiego w Leningradzie. Był dyrygentem Teatru Bolszoj w Moskwie, Państwowej Opery w Warszawie oraz Królewskiej Opery w Kopenhadze. W latach siedemdziesiątych prowadził legendarną Orkiestrę Symfoniczną w Cleveland, Orkiestrą Symfoniczną w St. Louis, a potem Orkiestrę Włoskiego Radia i Telewizji RAI. Przez osiem lat był szefem filharmonii w Rochester. Współpracował z wieloma innymi słynnymi zespołami na całym świecie. W jego dorobku fonograficznym szczególne miejsce zajmują symfonie Mozarta, dzieła na chór i orkiestrę Beethovena, a także Borys Godunow Musorgskiego. W 1976 roku dla wytwórni EMI zarejestrował w Katowicach po raz pierwszy w historii fonografii autorską wersję dzieła. Jedno z ostatnich nagrań Semkowa (dla Deutsche Grammophon) to koncerty Chopina z Rafałem Blechaczem i Concertgebouw Orchestra. Dyrygent długo chorował. W październiku ubiegłego roku odwołał swój występ w Filharmonii Narodowej w Warszawie. W styczniu miał poprowadzić koncert Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w jej nowej katowickiej siedzibie. Podczas pobytu Maestra w Polsce miała spotkać się z nim Ewa Osińska, by dla miesięcznika „Muzyka w Mieście” przeprowadzić specjalną rozmowę. Nie zdążyła. Jerzy Semkow zmarł 23 grudnia 2014 roku w Lozannie, zaś Ewa Osińska, wybitna pianistka i przyjaciółka Dyrygenta, podzieliła się z nami swoimi wspomnieniami.

Trudno jest pisać o kimś, kogo się blisko znało przez wiele lat, szczególnie wtedy, gdy nagle mówienie o nim przy użyciu form czasu teraźniejszego stało się już nieaktualne.

 

Pasją i miłością Jerzego Semkowa była na pewno muzyka, której podporządkował swoje życie; ludzi natomiast próbował podporządkować sobie. Był niewątpliwie wybitną indywidualnością współczesnej dyrygentury światowej i takim przejdzie do historii. Życie młodego absolwenta dyrygentury z Krakowa potoczyłoby się zapewne inaczej, gdyby nie otrzymał propozycji skorzystania ze stypendium w Leningradzie, początkowo w Konserwatorium im. Rimskiego-Korsakowa, co w konsekwencji umożliwiło mu zetknięcie się, a później współpracę z Eugeniuszem Mrawińskim i orkiestrą Filharmonii Leningradzkiej. Właśnie tam Semkow współpracował z plejadą artystów o światowej renomie. Dla Polaków jemu współczesnych mogło to być tylko marzeniem – żyć intensywnie w bujnym i prześwietnym środowisku muzycznym tej metropolii, które zresztą przetrwało wiele lat, aż do dziś. Rosja nadal żyje muzyką.

 

Semkow zetknął się w tamtym czasie z wybitnymi postaciami życia muzycznego Rosji, twórcami i odtwórcami: Henrykiem i Stanisławem Neuhausami, Dawidem Ojstrachem, Emilem Gilelsem, Kurtem Sanderlingiem, Światosławem Richterem. Dzieła Czajkowskiego, Prokofiewa, Szostakowicza (którego zresztą poznał i widywał) stały się później ważną częścią repertuaru Dyrygenta, a Borys Godunow Musorgskiego pod dyrekcją Jerzego Semkowa bywał wielkim wydarzeniem muzycznym przez wiele lat w rożnych teatrach operowych świata i na szczęście został utrwalony na płycie. Nagranie zebrało dowody najwyższego uznania i wiele nagród.

 

Niestety nie posiadamy wielu śladów działalności koncertowej Jerzego Semkowa w postaci nagrań. Dążenie do perfekcji stało się przeszkodą trudną do pokonania. Rozmawialiśmy na ten temat niezbyt często, a w każdym razie on robił to niechętnie. To wielka szkoda. Wydawało mi się, że dla Maestra nie stanowiło to problemu, ani tematu do dyskusji, co wynikało może z przekonania, że nagrania są dalekie od ideału, rzadko oddają emocje, klimat i napięcie koncertu. Dlatego nie uważał za stosowne pozostawiać po sobie śladów, które jego samego nie zadawalały.

 

Unikał Paryża, dlatego pomieszkiwał w swojej posiadłości w okolicach stolicy. Dom tonął w zieleni. Starannie utrzymane gazony oraz staw z olbrzymią liczbą ryb, które hulały, korzystając bezpiecznie ze swobody, były dumą Maestra. W głębi ogrodu znajdował się niewielki basen i zakątek, gdzie w słoneczny dzień można było oddać się przyjemnościom dobrej kuchni, pod warunkiem wszakże, że się to przewidziało zawczasu. Dom był duży, a może nawet za duży: ogromny salon, wielki zbiór książek, mnóstwo nut, pod ręką partytury, nad którymi pracował, pianino. W drugiej, prywatnej, części domu było wszystko to, co jest niezbędne do odpoczynku, a za płotem – dozorca i cudzy pies. Okolica znana z pięknego położenia i wspaniałej przyrody.

 

Pewnej wiosny udało mi się namówić Nelę Rubinsten do odwiedzenia Maestra, który za życia Artura Rubinsteina, obok Henryka Szerynga, bywał najczęstszym polskim gościem na Avenue Foch. Obie strony się na to spotkanie cieszyły i doszło ono do skutku. Było sympatycznie, pachniało Polską.

 

Moim wielkim przywilejem była możliwość goszczenia Maestra w obu moich domach –warszawskim i paryskim, gdzie czasem udawało mi się dogodzić mu wyborem potraw. W Warszawie naszym spotkaniom przy stole towarzyszył barszcz ukraiński, przyprawiany przez mamę, kulebiak i ulubione przez Maestra pierogi z wiśniami. Wówczas stawał się czarującym, wykwintnym, a nawet rozmownym towarzyszem, opowiadającym wesołe historie z życia, oczywiście swojego. Niezależnie od rozkoszy podniebienia, Maestro darzył wielką sympatią moja mamę. Chętnie rozmawiał z nią o Rosji, do której był ewidentnie przywiązany, o Ukrainie, a szczególnie o Kijowie, gdzie moja babka ukończyła konserwatorium muzyczne. Te strony świata były bliskie sercu i Jerzego Semkowa, i mojej mamy. 

Jerzy Semkow często gościł również w moim paryskim domu. Zdarzało się, że były to spotkania w większym gronie. Bywali Jan Lebenstein, Andrzej Wajda z żoną (Semkow przyjaźnił się z nimi wiele lat), Nela Rubinstein, Teresa Żylis-Gara. Prowadziliśmy mnóstwo pasjonujących rozmów nie tylko o muzyce, lecz także na tematy związane z zawodami gości – literaturą, malarstwem, filmem. Czasami, jeśli kolacja wyjątkowo się udała, dopytywano mnie o szczegóły kulinarne. Prym wiódł Maestro Semkow, który – być może wbrew pozorom – był wielkim smakoszem, szczególnie zaś amatorem kuchni włoskiej.

 

Niejednokrotnie zdarzało się, że zapraszał mnie na swoje paryskie koncerty. Traktowałam to jako wyróżnienie, nie bardzo lubił bowiem zajmować się kimkolwiek. Z wielką ciekawością obserwowałam, co dzieje się za kulisami wokół Mistrza, jak odpowiada na wyrazy uwielbienia, jak otaczają go mdlejące z zachwytu młode damy. Wszystko to kwitował półuśmiechem. Czasem zachodził do nas do domu w Paryżu, po drodze dokądś. Lubił zatrzymać się i zjeść lekką kolację, porozmawiać z moimi dziećmi, poduczyć syna Johna filmowania nowo zakupioną kamerą. Wydawało mi się, że te zupełnie pozamuzyczne kontakty sprawiały mu wiele radości.

 

Jednak to właśnie muzyka była pasją jego życia i to ona usuwała w cień sprawy codzienne, nierzadko również przyćmiewała partnerki Jerzego Semkowa. Dopuszczał do siebie tylko tych, których chciał dopuścić, nigdy kosztem muzyki. Wybierał sobie rozmówców, którym – jeśli miał ochotę – był w stanie poświęcić wiele uwagi. Lubił zadawać pytania – wtedy chciał i umiał słuchać. Władał pięknym, wykwintnym językiem polskim i tak samo pisał. Należał do generacji Polaków, dla których tradycja jest niezwykle ważna i chyba nigdy nie zdarzyło się, by wysłał prywatny list faksem. W dobie Internetu często wysyła się jedynie formalne komunikaty wyprane z sentymentu i poszanowania adresata, tymczasem Maestro pisał listy ręcznie, do tego pięknym kaligraficznym pismem.

 

Jerzy Semkow chronił swoją prywatność. Jego życie osobiste nie było proste, może niechętnie udzielał wywiadów właśnie z tego powodu, a może z powodu braku dobrych rozmówców, nie mówiąc już o braku czasu. Miał zawsze wokół siebie, jak to bywa w przypadku ludzi sukcesu, „dwór” oddanych sobie znajomych. Najwyraźniej to lubił. Lubił rozdawać role i uważał za coś zwyczajnego fakt, że wszyscy nieświadomie wpadali w tę pułapkę, zresztą nie bez przyjemności – obcowanie z nim dostarczało bowiem wielu pozytywnych doznań.

 

Zastanawiałam się niejednokrotnie, czy Maestro naprawdę potrafił tęsknić za czymś materialnym; czy czegokolwiek żałował; czy tak świetnie ukrywał swoje uczucia, czy rzeczywiście nad nimi panował. Przeciwwagą dla życia publicznego Artysty było żeglarstwo, a przecież żeglarz to samotnik – faktyczny lub przebywający w wybranym, wąskim gronie przyjaciół. Na pewno uspokajało go zawsze i wyciszało obcowanie z przyrodą. Lubił przyjaźnić się z ludźmi, którzy nie zakłócali mu spokoju.

 

Jerzy Semkow był „rasowym” inteligentem, erudytą, człowiekiem niezwykle oczytanym. Potrafił bronić z przekonaniem swoich wizji artystycznych. Wysławiał się na ogół dość lakonicznie, ale przekonująco. Na co dzień był estetą, pozornie nie ulegał modom, ale noszenie jedwabnego szalika pod szyją stanowiło wyraz pewnej kokieterii. Ręce dyrygenta odgrywają w jego pracy dużą rolę. Ręce Jerzego Semkowa były drobne, delikatne, rzadko otwarte, palce raczej zwarte. Nawet przy stole, w trakcie posiłku, kształt ich nie ulegał wielkiej zmianie. Wydawało się, że nadal trzyma batutę. Patrzyłam na te ręce, grając z Rochester Philharmonic Orchestra pod jego dyrekcją Koncert fortepianowy a-moll Roberta Schumanna w Stanach Zjednoczonych, w olbrzymiej sali na 2600 miejsc. Obserwowałam, jak orkiestra troszczy się o swojego szefa, dogadza w smakołykach, które stoją w loży dyrektorskiej na wszelki wypadek. Szacunek, troska i podziw dla dyrektora dawały się odczuć na każdym kroku. Muzycy nie spuszczali z niego oczu, a hołdy te Maestro przyjmował bardzo naturalnie, tak jakby nie mogło być inaczej.

 

Nie sposób wymienić wszystkich orkiestr i zespołów, z którymi występował i które miałam szczęście usłyszeć w Paryżu i w Warszawie, i być świadkiem wydarzeń muzycznych na miarę światową. Jako jeden z piękniejszych utkwił w mej pamięci koncert w kościele de la Madeleine w Paryżu, związany z obchodami sto pięćdziesiątej rocznicy śmierci Fryderyka Chopina. Po wybrzmieniu ostatniego dźwięku Requiem Mozarta na długo zaległa cisza. Nikt nie śmiał klaskać. Maestro przez moment nie odwracał się do publiczności, czas jakby zatrzymał się. Nastrój tej chwili miał w sobie coś z cudu. To był niezwykły hołd złożony naszym dwóm rodakom.

 

Minęło sporo czasu; Maestro coraz częściej czuł się zmęczony życiem. Chciałam pojechać do Łodzi na promocję nowo wydanej książki Małgorzaty Komorowskiej Jerzy Semkow. Magia batuty; nie udało się, żałuję. Potem jeszcze rozmawialiśmy kilkakrotnie przez telefon, bardzo długo. Mówiłam mu, że Polska na niego czeka, że jest dla nas bardzo ważny. „No, ale powiedz mi, opowiedz dokładnie, co w Warszawie? – Czekamy na ciebie. – Naprawdę?! – Jesteś wielki, niezastąpiony, czekamy. – Dzwoń!”. Byłam ostatnim rozmówcą Jerzego Semkowa.