Wydanie: MWM 03/2015

Pan od Mahlera

Klaus Tennstedt
Article_more
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Klausa Tennstedta prowadzącego I Symfonię Mahlera z Chicago Symphony Orchestra, pomyślałam o jednej z moich ulubionych postaci literackich – pannie Marple. Przede wszystkim dlatego, że ta niezwykła kobieta, obdarzona wybitnie przenikliwym umysłem, była geniuszem w swojej branży, choć większość osób (na własną zgubę) nie dostrzegała tego w cichej, niepozornej starszej pani.

Tennstedt również całą swoją sylwetką i życiem zdawał się mówić „jestem kimś nieistotnym, nie zwracajcie na mnie uwagi”, a jednocześnie, gdy po przełamaniu dręczących go do końca życia zastrzeżeń co do własnych umiejętności stawał przed orkiestrą, tworzył interpretacje natchnione. Przemieniał się w czarodzieja, pod którego subtelnym, niepozornym gestem orkiestry osiągały brzmienia o niespotykanym pięknie i niezwykłej barwie, budził emocje odwrotnie proporcjonalne do swojego wyglądu i sposobu bycia.

 

Panna Marple zwykła też mawiać, że każdy jest do kogoś podobny i sztuka polega na tym, by odkryć do kogo – po to, żeby odnaleźć klucz do nowo poznanego osobnika, uruchomić ciąg skojarzeń. Tylko pozornie burzy to koncepcję mówiącą o niepowtarzalnych osobowościach, o indywidualności każdego człowieka, a co dopiero artysty. Panna Marple doskonale wiedziała, że odnalezienie podobieństwa to ważny element, nieoznaczający jednak zaszufladkowania, zamknięcia procesu poznawania; nieprzekreślający ciekawości, czy nawet fascynacji, każdą istotą ludzką. Wręcz przeciwnie. Odszukanie podobieństwa pozwala dostrzec rys zwykle skrywany: coś, co uważa się za nieistotne, drugorzędne i bez większego znaczenia; spojrzeć na człowieka inaczej i głębiej, niż on sam by sobie tego życzył.

 

Tennstedt przypomina mi bohatera filmu wytwórni Pixar z 2009 roku pt. Odlot: nieśmiałego sprzedawcę balonów Carla, który po śmierci ukochanej żony postanawia zrealizować ich wspólne marzenie i wyruszyć w pewną podróż z misją – używa do tego setek kolorowych balonów, które unoszą jego dom w przestworza. Kiedy to skojarzenie pojawiło się w mojej głowie, nie wiedziałam jeszcze, że hobby Tennstedta (oprócz żeglarstwa i szachów) były loty balonem. Niestety, o ile Carl, bohater filmu animowanego, spełnił swoje marzenie, o tyle Klaus, pełen kompleksów wielki dyrygent, umierał w gorzkim poczuciu niespełnienia. Niemniej łączyły ich wzruszająca marzycielskość i nieśmiałość, wdzięk i uczuciowość charakterystyczne dla prawdziwych romantyków. Sam Tennstedt na pytanie dziennikarza o jego relację z London Philharmonic Orchestra powiedział zresztą w jednym z wywiadów: „Jestem romantycznym dyrygentem, a to jest romantyczna orkiestra”. I to wydaje się kluczem do jego postaci.

 

Wola boska i skrzypce

Urodził się 6 czerwca 1926 roku w Merseburgu – niewielkim, choć tysiącletnim już mieście w dolnej Saksonii. Jego pierwszym nauczycielem muzyki był ojciec, Hermann Tennstedt, koncertmistrz drugich skrzypiec orkiestry w Halle, człowiek niezwykle towarzyski, ponoć grywający w karty z samym Richardem Straussem. Klaus już jako nastolatek występował w orkiestrze operowej, a później studiował skrzypce, fortepian i dyrygenturę w lipskim konserwatorium. Zapowiadał się na wirtuoza skrzypiec, ale gdy miał dziewiętnaście lat, pierwszy raz choroba przekreśliła marzenia – narośl na knykciach czwartego i piątego palca uniemożliwiła karierę skrzypka. Młody człowiek przypłacił to kilkumiesięczną depresją, ale potem podjął intensywną pracę nad rozwojem umiejętności dyrygenckich. W kontekście późniejszych zmagań ze zdrowiem, zakończonych przedwczesną śmiercią, trudno nie pomyśleć o ponurym fatum ciążącym na tym wyjątkowym artyście.

 

Skrzypcom zawdzięczał jednak być może w pewnym sensie życie – ocaliły go przed służbą w armii hitlerowskiej, zatrudnienie w orkiestrze barokowej pozwoliło uniknąć mobilizacji. Dzięki temu przeżył wojnę bez większego uszczerbku, choć nie bez poczucia winy. Po wojnie Tennstedt wyrzucał sobie, że w tych strasznych czasach przyjął postawę „nic nie widziałem, nic nie słyszałem”. Nie była to do końca prawda, bo w 1945 roku, gdy Drezno zmiotły z powierzchni ziemi samoloty alianckie, dziewiętnastoletni muzyk zgłosił się do jednej z ekip straży pożarnej i na własnych plecach wynosił ofiary. Niewątpliwie też mimo młodego wieku (kiedy wybuchła wojna, miał zaledwie trzynaście lat!) Klaus miał świadomość restrykcji, których nieprzestrzeganie niosło ryzyko – dlatego nagrań zakazanego przez hitlerowców Leopolda Stokowskiego słuchał, chowając się z patefonem pod kołdrą (po latach, stojąc przed legendarną Orkiestrą Filadelfijską, nie mógł powstrzymać łez). Jak w wielu innych przypadkach samoocena Tennstedta była znacznie surowsza niż cudze osądy – po wojnie był pierwszym niemieckim dyrygentem, który poprowadził Izraelską Orkiestrę Filharmoniczną. Zaproszenie to było dla niego podobno jednym z najbardziej poruszających przeżyć.

 

Rozważny i romantyczny

Brak pewności i wiary w siebie, kompleksy, introwertyczność i nieśmiałość, skłonność do wzruszeń – cechy wydawałoby się niezbyt sprzyjające profesji dyrygenta – zjednywały mu jednak rzesze oddanych wielbicieli. Kiedy już udało mu się dotrzeć na podium (a ponoć koncertmistrz filharmoników londyńskich za każdym razem miał wrażenie, że maestro potknie się o własne sznurowadła lub wydłubie sobie oko batutą, zanim dojdzie na swoje miejsce), orkiestra  stawała się w jego rękach wiernym, precyzyjnym, wielobarwnym instrumentem. Jego gesty i sposób poruszania się porównywano do niezgrabnych ruchów bociana, wypominano z uśmiechem nieporadne poprawianie okularów, ukradkowe łzy wzruszenia, wycieranie spoconego czoła w rękaw – to wszystko nie kojarzyło się z prezencją wielkich dyrygentów. Jednak  interpretacji, które wyczarowywał, nikomu nie przyszłoby do głowy oskarżać o brak zdecydowania czy niezborność. Były przemyślane w najdrobniejszym szczególe, a sam Tennstedt na próbach potrafił zamienić się czasem w prawdziwego „tyrana”, jeśli sytuacja tego wymagała. Nigdy jednak żądania nie miały na celu zaspokajania jego miłości własnej, miały służyć wyłącznie muzyce. Bez końca studiował partytury i, jeśli znalazł w którejś coś nowego, cieszył się tym jak dziecko. Jeden z amerykańskich dziennikarzy wspomina, że podczas wywiadu Tennstedt niewiele chciał mówić o sobie, za to niezwykle chętnie podzielił się odkryciem, że ostatni dźwięk IX Symfonii Schuberta w istocie powinien być zagrany diminuendo, a nie con forza.

 

Zresztą – niezgrabność jego gestów również była tylko pozorna. W rzeczywistości wystarczy dokładnie obejrzeć wspomniane już nagranie I Symfonii Mahlera z Chicago Symphony Orchestra czy fenomenalne koncerty wagnerowskie (ze wstrząsającą Śmiercią Zygfryda czy uwerturą do Tannhäusera, w której orkiestra osiąga rzeczy z technicznego punktu widzenia niemal niemożliwe) zarejestrowane w Japonii podczas tournée z London Philharmonic Orchestra, żeby dostrzec, jak w istocie precyzyjną techniką dysponował. Nie było w niej może takiej ekspresji, wyrazistości i efektowności, jak w przypadku Carlosa Kleibera, który rzeźbił muzykę na oczach słuchaczy. Ale krucha, lekka, delikatna kreska, wydawałoby się –szkic, w rezultacie dawała mocną, wyrazistą frazę i pełną niuansów, skontrastowaną materię muzyczną. Skądinąd właśnie Kleiber był jednym z tych, których zachwyciły muzykalność i wrażliwość Tennstedta. W liście do swego przyjaciela, Charlesa Barbera, pisał po obejrzeniu owej I Symfonii Mahlera: „Nie jestem wielbicielem Mahlera, ale tym razem uległem – dzięki Tennstedtowi. On jest najsympatyczniejszym dyrygentem, nigdy »sprytnym« czy powierzchownym, zawsze pewnym siebie, jego uwielbienie dla utworu sprawia, że staje się on [utwór] porywający, krąży wokół niego wiele demonów (podobnie jak wokół Mahlera), nerw, śpiewność i siła charakteru, mowa ciała nie na pokaz, to wszystko razem tak ORYGINALNE, że można by tym obdarować tych wszystkich »kardynałów«, a Tennstedtowi i tak by nie ubyło. Jednym słowem: nareszcie ktoś do podziwiania!”. Warto mieć przy tym świadomość, że w istocie Kleiber ze współczesnych sobie najwyżej cenił właśnie Tennstedta i Sándora Végha – a żył wszak w czasach, w których epoka wielkich dyrygentów wciąż jeszcze trwała…

Wiele ich zresztą łączyło – Kleiber, sam nękany rozmaitymi fobiami i wątpliwościami nadwrażliwiec, choć zachwycał się sztuką Tennstedta, doskonale dostrzegał jego kruchość i delikatność, wyrażał nawet (w liście do Barbera) niepokój z powodu nieposiadania przezeń „skóry słonia”, który to brak narażać miałby na fizyczne i psychiczne obciążenia.

 

Pod górę do Nowego Świata

Być może gdyby jego życie układało się bardziej komfortowo, ów brak pancerza nie byłby tak dotkliwy. Jednak początki kariery, choć niepozbawione sukcesów, przypadły na czas i miejsce niezbyt sprzyjające wrażliwym romantykom. Tennstedt, który po wojnie znalazł się w NRD, zadebiutował w 1953 roku, dyrygując operą Rudolfa Wagnera-Regeny’ego Der Gunstling (Faworyt) w Halle. Jak często się zdarza – zadecydował o tym przypadek, nagłe zastępstwo. Ojciec Klausa, który wciąż był muzykiem w tamtejszym teatrze, podobno nie mógł opanować drżenia smyczka, widząc syna pierwszy raz w życiu za dyrygenckim pulpitem. Pięć lat później młody Tennstedt otrzymał posadę dyrektora muzycznego w operze w Dreźnie, a w 1962 roku – szefa opery meklemburskiej w Schwerin. Dyrygował też orkiestrą lipskiego Gewandhausu, filharmonikami drezdeńskimi, Orkiestrą Symfoniczną Radia Berlińskiego, występował w Czechosłowacji i ZSRR. Polski nie odwiedził nigdy.

 

Zyskującego sławę dyrygenta dostrzegły oczywiście służby propagandowe komunistycznych Niemiec, zaproponowano mu legitymację partyjną, ale Tennstedt odrzucił ją, czym skazał się na karierę prowincjonalną. Zaczął więc myśleć o ucieczce. Okazja nadarzyła się w 1971 roku wraz z zaproszeniem na występy w Szwecji. Dostał zgodę na wyjazd i tu zdarzył się cud – przez niedopatrzenie (choć trudno posądzać akurat Stasi o niefrasobliwość) lub celowo wbito mu do paszportu wizę bezpowrotną. Tennstedt już w Szwecji wystąpił o azyl i udało mu się wybłagać wizę również dla żony, Ingeborg, mezzosopranistki, z którą związał się jeszcze w 1960 roku. Po roku wrócił do Niemiec, tyle że już zachodnich. Pobyt w Berlinie przyniósł jednak zawód – kariera nie stała przed nim otworem. Ostatecznie zdecydował się przyjąć posadę szefa opery w Kilonii.

 

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju – i ta zasada również dotknęła boleśnie Tennstedta, choć, jak twierdzi dziennikarz Norman Lebrecht (znawca jego dokonań), był prawdopodobnie najwybitniejszym niemieckim dyrygentem po II wojnie światowej, ostatnim spadkobiercą estetyki Nikischa i Weingartnera. Nigdy jednak nie był tak doceniany w Niemczech, jak poza granicami ojczyzny. Cierpiał z tego powodu, czuł się mocno związany z niemiecką kulturą (nie tylko muzyczną: w Stanach ubolewał nad brakiem porządnego niemieckiego piwa, porównując amerykański wyrób niezbyt elegancko do „końskich sików”). Jego główną domeną była twórczość trzech gigantów: Mahlera, Wagnera i Brucknera (choć jego interpretacje Brahmsa, szczególnie I i III Symfonii, a przede wszystkim Niemieckiego Requiem należą do jednych z najbardziej wstrząsających, jakie znam). Na wyżyny swojej sztuki wspiął się jednak dopiero, gdy poprowadził arcydzieła niemieckich kompozytorów z orkiestrami amerykańskimi oraz tą najważniejszą w jego życiu – London Philharmonic Orchestra. Znów zadecydował przypadek – do Kilonii przyjechał szukający następcy po śmierci Karela Ancerla menedżer orkiestry w Toronto, Walter Homburger, usłyszał go i czym prędzej zabrał do Kanady. W tym samym roku (1974) Tennstedt zadebiutował z Boston Symphony Orchestra, prowadząc Brahmsa i Brucknera. Tam właśnie narodziła się jego sława. Amerykanie pokochali „antygwiazdę”; skromnego, wrażliwego Niemca. On sam jednak wydawał się tym późnym, niespodziewanym sukcesem nieco oszołomiony, nigdy nie został celebrytą. Po trzech latach rozpoczął się w jego życiu najważniejszy rozdział – współpraca z filharmonikami londyńskimi.

 

Love story

Historia zna wiele przypadków wyjątkowej więzi orkiestry z jednym szczególnym dyrygentem. Tak było choćby w przypadku złotej ery Reinera i Chicago Symphony Orchestra  – tyle że tam źródłem niepowtarzalnej wspinaczki na szczyty był strach, a w przypadku Tennstedta i Londyńczyków – miłość. Ich wspólne interpretacje kompletu symfonii Mahlera, pełne kontrastów, emocji, ale przede wszystkim porażające urodą brzmienia, to do dziś, mimo zmian w podejściu do odczytywania Mahlerowskich partytur, gwarancja wielkich przeżyć. Koncert w Tokio, wydany na DVD przez wytwórnię EMI, to absolutne wyżyny LPO i jeden z najcudowniejszych występów orkiestrowych w ogóle: nieziemskie piano, głębokie, pełne, nigdy nie hałaśliwe forte, czułość i budząca dreszcz bezwzględność, niemal nierzeczywiste brzmienia instrumentów dętych drewnianych i perfekcyjna technika smyczków. Płyty Tennstedta i LPO nie zawsze jednak są tak doskonałe, jak być może mogłyby być – dyrygent nie cenił doskonałości, bardziej skupiał się na emocjach i jeśli nawet zdarzył się jakiś drobny błąd techniczny – a satysfakcjonowała go interpretacja – nie chciał dogrywać powtórek. Bardziej wynikało to z uczciwości niż z braku wymagań wobec siebie, bo jednocześnie z biegiem czasu coraz trudniej sobie radził z porównaniami osiągnięć dawnych z późniejszymi – jego zdaniem wypadającymi na niekorzyść tych ostatnich. Odwoływał często koncerty z powodów zdrowotnych, ale zdarzało się też, że spanikowany dzwonił do swojej Inge przed koncertem z Bostończykami, mówiąc, że nie zdoła go poprowadzić, że nie umie. Żona koiła jego nerwy, znosiła napady lęku i niepewności, opiekowała się, chroniła przed światem, prowadziła za niego trudne rozmowy z wytwórniami.

 

Nad szczęśliwymi latami wyjątkowej współpracy i twórczej, pełnej wzajemnej czułości relacji z filharmonikami londyńskimi wkrótce jednak zawisł cień. Fatum wspomagane nałogiem palacza (pochłaniane paczki Gitane’ów) nie pozwoliło o sobie zapomnieć. Do licznych kłopotów zdrowotnych Tennstedta (m.in. dwie operacje biodra) w 1986 roku dołączył rak gardła – jakże charakterystyczny dla introwertyków. To on ostatecznie, po długiej walce zabił dyrygenta, który na wyraźne żądanie lekarzy od 1994 roku całkowicie wycofał się z koncertowania. Pozbawiony ukochanej pracy, pogrążył się zupełnie, mszcząc się jak dziecko na własnym organizmie – palić nie przestał do końca. Zmarł 11 stycznia 1998 roku w Kilonii.

 

Wszystko w jego życiu przychodziło późno – z wyjątkiem śmierci, która zabrała go przedwcześnie. Sława, uznanie, pieniądze, wolność. Nawet Mahler. W tym ostatnim przypadku sam Tennstedt widział jednak pewien sens. W jednym z wywiadów powiedział: „Myślę, że to lepiej, że doszedłem do Mahlera późno. Z wyjątkiem I Symfonii, uważam, że trzeba mieć więcej życiowego doświadczenia, żeby stać się dobrym interpretatorem Mahlera. Wszystko to, z czego skomponowane są jego dzieła: miłość, nienawiść, strach, radość, cynizm, wszystko – tego nie da się w pełni zrozumieć, kiedy jest się młodym”.

 

Widział też wyrazistą paralelę między swoim niespełnionym, jak uważał, trudnym życiem a losami Gustawa Mahlera. Patrząc na jego niemal zawsze smutną, delikatną twarz, małe, głęboko osadzone oczy, nieład siwych włosów, można było w nim rzeczywiście zobaczyć kogoś złamanego ciężkimi doświadczeniami i własną słabością, bólem. Jednak spod tego smutku wyzierało ujmujące, wzruszające piękno marzyciela, unoszonego przez muzykę niczym przez pęk wielobarwnych balonów w sfery niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Chciałoby się wierzyć, że po prostu został tam już na zawsze.