Wydanie: MWM 03/2015

Opera Królewska w Sztokholmie

Article_more
Uwertura z Begravningskantat Josepha Martina Krausa zaczyna się od pełnych gniewu akordów, po których następuje melancholijny temat fagotu, zapewne doskonale oddający nastrój kompozytora po śmierci szwedzkiego monarchy Gustawa III, który zmarł wskutek ran postrzałowych odniesionych z rąk spiskowców podczas balu maskowego w marcu 1792 roku.

Bal ten odbył się w Królewskiej Operze w Sztokholmie, a niemiecki kompozytor Joseph Martin Kraus miał powód, by odczuwać smutek, stanowisko kapelmistrza na dworze szwedzkim zyskał bowiem wtedy, gdy sukces odniosła jego opera Proserpina oparta na libretcie naszkicowanym przez samego Gustawa III.

 

Opowieść o tragicznej śmierci króla stała się kanwą opery Giuseppego Verdiego Un ballo in maschera. Prapremiera utworu odbyła się w Rzymie 17 lutego 1859 roku. Na niepoprawny politycznie temat nie zgodziła się jednak cenzura, żądając, by kompozytor z króla zrobił księcia, akcję przeniósł w czasy przedchrześcijańskie, miejsce akcji – gdzieś na północ (ale do kraju innego niż Szwecja bądź Norwegia), wreszcie by zrezygnował z broni palnej. Do skomplikowania sprawy dodatkowo przyczynił się nieudany zamach na Napoleona III, do którego doszło 14 stycznia 1858 roku. Ostatecznie w operze Verdiego Gustaw III stał się hrabią Ryszardem Warwickiem, gubernatorem Bostonu w czasach Karola II Stuarta. 

 

Owe perypetie Verdiego nie są jednak jedynym powodem, dla którego w Królewskiej Operze w Sztokholmie często wspomina się króla Gustawa III. Przede wszystkim pamięta się o nim jako o założycielu tej instytucji. Wszystko zaczęło się w 1771 roku, kiedy to Gustaw III odprawił francuską trupę operową, która występowała w Szwecji przez dwie dekady w Bollhuset, jedynym istniejącym wówczas teatrze w Sztokholmie. Miejsce Francuzów zajął zespół szwedzki, jako że król chciał mieć rodzimych wykonawców rodzimego repertuaru. Szwedzi występowali w Bollhuset do 1782 roku, kiedy to zainaugurowano działalność nowego budynku operowego. Autorem projektu architektonicznego był Carl Fredrik Adelcrantz. Wedle pierwotnego planu na otwarciu wykonane miało zostać dzieło Eneasz w Kartaginie wspomnianego już wcześniej Josepha Martina Krausa, ale solistka obsadzona w partii Dydony tuż przed premierą uciekła za granicę, chroniąc się przed wierzycielami. W zamian pokazano trzyaktową tragedię liryczną Johanna Gottlieba Naumanna Cora och Alonzo, która – jak podają sztokholmscy archiwiści – przyjęta została owacją na stojąco. 

Na początku XIX wieku teatr operowy ufundowany przez króla Gustawa III uchodził za jeden z najpiękniejszych budynków w Sztokholmie. „Pod koniec XIX wieku uznano jednak, że jest zbyt mały i nie spełnia wymogów bezpieczeństwa pożarowego – tłumaczy Torbjörn Eriksson z działu promocji Królewskiej Opery w Sztokholmie – w owym czasie katastrofalny w skutkach pożar wybuchł w wiedeńskim Burghtheater, a nasz budynek był do Burgtheater podobny, po długiej debacie zdecydowano więc o zburzeniu sztokholmskiej opery, w jej miejsce zbudowano zaś obecny teatr, nazywany przez nas »oskariańskim« na cześć panującego wówczas króla Oskara II”. 

 

Kapiące złotem wnętrze opery oskariańskiej dalekie jest od kultywującej prostotę estetyki, która dziś powszechnie kojarzy się ze Skandynawią. „Taka była wtedy moda, przed modernizmem – tłumaczy Eriksson – a nasz teatr estetycznie przypomina operę Garniera w Paryżu i operę w Budapeszcie”. Na pytanie, jak sztokholmska opera radzi sobie pod względem finansowym, Torbjörn Eriksson odpowiada: „Pilnie śledzimy toczącą się na świecie debatę na temat miejsca sztuki operowej w społeczeństwie. U nas zainteresowanie operą jest ogromne, bilety sprzedają się praktycznie w stu procentach. Wśród młodych ludzi, poniżej dwudziestego szóstego roku życia, przeprowadziliśmy badanie, z którego wynika, że najbardziej ze wszystkich teatrów w Sztokholmie młodzi mają ochotę odwiedzić właśnie Operę Królewską”. By zilustrować swą relację przykładem, Eriksson opowiada o koncercie Pettera, szwedzkiej gwiazdy hip-hopu, który w operze wystąpił w marcu 2014 roku: „Petter zapytał swoją publiczność, czy byli już kiedyś w operze, byliśmy zaskoczeni, bo pół sali podniosło ręce na tak”.

 

Wśród odwiedzających operę sław zdarzają się także nobliści, przybywający do Sztokholmu na ceremonię wręczenia nagród, choć nawet dla nich nie zawsze udaje się zdobyć bilety. „Niektórzy bardzo chcą zobaczyć spektakl w naszej operze – mówi Eriksson. – Budynkiem najbardziej interesują się laureaci przyjeżdzający ze Stanów Zjednoczonych. Odwiedzają nas także amerykańskie gwiazdy ekranu. Zapowiadają, że chciałyby złożyć nam godzinną wizytę, a zostają na dużo dłużej, czasem nawet na pięć godzin. Boimy się, że już nigdy sobie nie pójdą  – żartuje Eriksson –  chociaż oczywiście są bardzo mili, a nam jest miło, że podoba się im nasz teatr”.

 

Szczególnie interesujący wydaje się fakt, że po długiej debacie, która miała za zadanie odpowiedzieć na pytanie, czy w Sztokholmie – tak jak w Oslo i Kopenhadze – należy wybudować nowy gmach dla opery, podjęto decyzję, by znaczne środki zainwestować nie w nową budowlę, a w renowację i modernizację istniejącego budynku teatru. Dzięki takiemu rozwiązaniu oskariańska opera w Sztokholmie nie tylko nie zniknie, lecz także ma szansę za kilka lat nabrać nowego blasku. „W istocie rozebrana opera gustawiańska też nie do końca zniknęła – mówi Eriksson – zostało bowiem jej lustrzane odbicie, stojący po drugiej stronie placu budynek, w którym ma swoją siedzibę szwedzkie Ministerstwo Spraw Zagranicznych”.