Autor: Tomasz Strahl
Wydanie: MWM 04/2015

Miłość święta i nie święta

Article_more
Ta książka została napisana na długo przed tym, zanim Miloš Forman nakręcił wspaniały film Amadeusz. Nie ukrywam, że wywarła na mnie wielkie wrażenie – przeczytałem ją jako dwunastoletni chłopiec z wypiekami na twarzy. To nie jest biografia ani romans, lecz powieść historyczna. Życie Mozarta wrastało głęboko w strukturę jego czasów, toteż książka o nim też jest historią tamtej epoki. Wszystkie fakty są zgodne z prawdą. Ulice, pałace, domy, adresy, ubrania, miasta i różne aspekty życia są opisane tak, jak wyglądały one w drugiej połowie XVIII wieku. Myślę, że książka mogłaby być kanwą scenariusza wspaniałego filmu o Wolfgangu Amadeuszu.

Autor zawsze pisze o głównym bohaterze „Wolfgang”, widać, jak bardzo ukochał tę postać. Dołożył wszelkich starań, aby napisać o Mozarcie takim, jakim był w swoim życiu i dziełach; bez uprzedzeń, ale i bez pochlebstw – o Mozarcie prawdziwym. Fragment, który zacytowałem dotyczy odnotowanego faktu – jednego z najważniejszych w historii muzyki – spotkania młodego Beethovena i dojrzałego, będącego u szczytu sławy Mozarta. Zawsze fascynowało mnie to, jak trafnie intuicja podpowiedziała Mozartowi, że oto stoi przed nim następny wielki geniusz muzyki – trzeci z klasyków wiedeńskich.

Każde zdarzenie jest odnotowane w porządku chronologicznym. Nie ma tu wymysłów ani fantazji literackiej. Nie ma zdarzeń nieprawdziwych. Wszyscy ludzie występujący w powieści istnieli naprawdę. Autor korzystał w dużej mierze z korespondencji bohatera, więc świat Mozartów jest opisany ich słowami. Weiss świetnie scharakteryzował Wolfganga w dialogach, z których wyłania się jego barwny charakter – to dość zbliżony obraz do tego, jaki znamy z filmu Amadeusz. Gorąco polecam tę książkę, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że dziś to biały kruk ze względu na odległy czas jej publikacji. Ech, aż łezka w oku się kreci, gdy się pomyśli, ile pięknych książek wydawano w przeszłości.

Tomasz Strahl

Szesnastoletni Ludwig van Beethoven nie wyglądał sympatycznie. Dziobaty, myślał Wolfgang, i smagły, a przy tym rumiany, oczy małe, błyszczące, rysy kanciaste, grube, jak gdyby wyciosane z kamienia. Mówi po niemiecku z wyraźnym akcentem nadreńskim, szczekliwie, prawie gardłowo. I stoi taki niezdarny, zakłopotany, drętwy jakiś i żałosny. A przecież widać w tym chłopcu dziwną obojętność; nie wiadomo, czy tak się przejawia buta czy trwoga.

Beethoven natomiast zdziwił się, że ten kapelmistrz Mozart jest taki nieduży; jeszcze niższy niż on. Pragnął czuć się swobodnie, bo odkąd zaczął grać fortepianową muzykę Mozarta, urzeczony, marzył o komponowaniu.

Beethoven był pewny, że Mozartowi nie spodobały się te popisy. Patrzył na niego podejrzliwie, gdy ten siedział w milczeniu, jak gdyby przebywał gdzieś daleko.

– No więc? – zapytał niespokojnie van Swieten – co sądzisz o nim, Wolfgang?

– Słuchaj go uważnie, baronie. O nim będzie kiedyś mówił świat.

– Ale będziesz go uczył do tego czasu?

Chłopiec wstał nagle od fortepianu, posępny jak chmura gradowa. Wolfgang zerknął na niego. Czy on w ogóle zdolny jest do szczęścia? – zadał sobie pytanie.

– Zechciałbyś pan? Ja proszę – burknął Beethoven.

Ach, cóż za ustępstwo z jego strony, uśmiechnął się w duchu Wolfgang.

– Przyjdź za tydzień od dzisiaj, to ułożymy rozkład lekcji – powiedział.

– Bardziej zależy mi na komponowaniu niż na grze.

Grać każdy potrafi przy jakiej takiej wprawie, dopiero komponowanie z dobrym skutkiem to praca naprawdę męska.

– Zaiste.

– A pan jesteś moim ulubionym kompozytorem, Herr Kapelmeister.

– Mam nadzieję, że zdania nie zmienisz, gdy zakończymy naukę.

Wolfgang zaczyna być ironiczny, pomyślał van Swieten.

– Może, młodzieńcze – zwrócił się do młodego Beethovena – mógłbyś zagrać jeszcze jakieś wariacje?

– To niekonieczne, Herr Kapelmeister przecież słyszał, co ja potrafię.

– On ma słuszność – rzekł Wolfgang.

Szkoda, pomyślał, odprowadzając gości do drzwi, że ten chłopak jest taki grubiański, zaprzyjaźnić się z nim będzie trudno.

Ale uczeń w następnym tygodniu nie przyszedł. Młody Ludwig van Beethoven musiał z powodu ciężkiej choroby matki wrócić do Bonn.