Wydanie: MWM 04/2015

Żałuję, że nie jestem czarny!

Andrei Korobeinikov - wywiad
Article_more
The Köln Concert Keitha Jarretta to bardzo inspirujący i wymagający zmiany myślenia utwór. Paradoksalnie największym problemem jest zapamiętanie go w całości. To, co dla Jarretta było proste do zaimprowizowania, jest szalenie trudne do zagrania z pamięci. Można nawet powiedzieć, że wymaga zdecydowanie więcej wysiłku niż wykonanie jakiejkolwiek klasycznej kompozycji. Rzecz w tym, że każdy takt jest inny, nie wszystkie motywy czy myśli muzyczne są kontynuowane. Ta kompozycja niebywale ciekawie brzmi w zestawieniu z utworami klasycznymi.

Andrzej Zieliński: Co wspólnego ma ze sobą prawo i muzyka?

Andrei Korobeinikov: Prawdę mówiąc niewiele. (śmiech) Jednak prawo wymaga logicznego myślenia, podobnie jest z muzyką. Najlepszym tego przykładem jest dodekafonia. Może tam powinniśmy szukać połączenia? Poważnie mówiąc, prawo to nauka, a nie aktywność. To największa różnica. Jako prawnik zajmowałem się zagadnieniami autorskimi, więc niejako zawsze miałem więź ze sztuką. Teraz już nie praktykuję, ponieważ gram dużo koncertów, ale ta przygoda z prawem, była dla mnie bardzo rozwijająca.

 

Ciekawe jest jednak to, że ludzie nauki zajmujący się na co dzień biologią czy matematyką to bardzo często zagorzali melomani, zakochani, co ciekawe, w bardzo złożonej muzyce. Czasami w Rosji gram recitale dla takiej publiczności. Odbywają się one w powstałych za czasów Związku Radzieckiego klubach lekarzy, prawników czy matematyków i są zamknięte dla ludzi spoza branży. To niesłychanie ciekawe doświadczenie, kiedy występuje się dla chemików czy biologów – oni są zafascynowani muzyką, emanuje z nich wyjątkowa energia, chłoną każdy dźwięk z wielkim zainteresowaniem. Mają też zupełnie inne podejście do muzyki, dlatego uwielbiam z nimi rozmawiać po koncertach.

 

W średniowieczu muzykę uważano za dziedzinę matematyki.

Tak, właśnie! Myślę, że w przyszłości możemy znaleźć bardzo ciekawe powiązania między tymi dwoma dziedzinami. Naukowcy zaczęli już takie badania. Za czasów Bacha matematyka była bardziej rozwinięta, niż nam się to dziś wydaje. Myślę, że w przyszłości naukowcy mogą znaleźć naprawdę interesujące matematyczne idee zawarte w muzyce Bacha, Buxtehudego czy na przykład w finale ostatniej symfonii Mozarta.

 

Wracając do początku, jak to się stało, że pianista podjął studia prawnicze?

To był przypadek. Nie odnosiłem żadnych większych sukcesów muzycznych, a byłem w wieku, w którym mogłem jeszcze pójść na kolejne studia. Był taki czas w moim życiu, kiedy miałem problemy z prawem… oczywiście nie kryminalne. (śmiech) Zadawałem sobie wtedy dużo pytań dotyczących tej materii, więc postanowiłem bronić ludzi. Te studia wniosły wiele do mojego postrzegania świata, zafascynowały mnie kompletnie. Później jednak pojawiła się rzeczywistość. W Rosji prawo i praktyka to zupełnie odrębne dziedziny. Duże firmy czy inne instytucje często są bezkarne, powodowało to we mnie frustrację. Wszystko jest według mnie pokłosiem podejścia do prawa w Związku Radzieckim. Rosja tamtych czasów opierała się na filozofii Karola Marksa, w której prawo to środek do wyzyskiwania jednej klasy społecznej przez inną. Tak do tej pory często postrzega się prawo, niedziwne więc, że u wielu ludzi rodzi się pytanie, po co go przestrzegać.

 

Przejdźmy do pańskiej kariery muzycznej. Studiował Pan w Konserwatorium Moskiewskim, potem wyjechał pan do Wielkiej Brytanii, by uczyć się w Royal College of Music w Londynie. To chyba ostatnio dość popularna ścieżka rozwoju wśród rosyjskich artystów. Rozmawiałem jakiś czas temu z Julią Lezhnevą, która również wyjechała do Anglii na studia.

Studiowanie w wielu miejscach jest dla śpiewaków bardzo ważne. Szczególnie w krajach, gdzie powstawał najważniejszy światowy repertuar – we Włoszech, Niemczech, Francji czy Rosji. Julia specjalizuje się w muzyce dawnej, a Wielka Brytania to mekka zwolenników tego stylu wykonawczego.

 

Jeżeli natomiast chodzi o mnie, to studia w Anglii były kolejnym przypadkiem w moim życiu. Ubiegałem się o stypendium w Royal College of Music w ramach współpracy Konserwatorium Moskiewskiego z tą uczelnią. Okazało się, że, idąc na przesłuchanie, tak naprawdę nie byłem świadomy jego znaczenia. Nie miałem zielonego pojęcia, kim są ludzie, którzy mnie słuchają. Zagrałem swój program, później odbyła się krótka dyskusja, a następnie zadali mi jedno bardzo dziwne pytanie: „Co może pan wnieść do naszej uczelni?”. (śmiech) Pomyślałem wtedy: „Ja mam coś wnosić? Przecież mam dopiero dwadzieścia lat!”. Przypomniałem sobie jednak wyszukane wnętrze Wigmore Hall, które oglądałem poprzedniego dnia. Zrobiłem zatem wyrafinowaną (angielską) minę i odpowiedziałem: „Ach... moją sztukę”. (śmiech) Paradoksalnie bardzo spodobała im się ta odpowiedź! Sytuacja jak z filmu… Zostałem przyjęty na dwuletnie studia. Uczyłem się w klasie Vanessy Latarche, która jest bardzo konserwatywną pianistką. Okazało się to znakomitym doświadczeniem, ponieważ Andrei Diev, w którego klasie byłem w Konserwatorium Moskiewskim, był jej zupełnym przeciwieństwem. Poznałem wtedy dobrze zachodni repertuar, szczególnie Beethovena i Brahmsa. To był czas mojego intensywnego rozwoju. Zmiana środowiska i modyfikacja punktu widzenia zawsze działają stymulująco. No i ten przepiękny, wielokulturowy Londyn, to był na prawdę wspaniały czas!

 

Przywołał pan postać Ludwiga van Beethovena. Kiedy przeglądałem pański repertuar odniosłem wrażenie, że jest to swoista mieszanka wpływów europejskiej tradycji wschodu i zachodu. Jednak najbardziej wyróżniają się na tej długiej liście trzej kompozytorzy: Beethoven, Skriabin i Szostakowicz.

Tak, ci twórcy są dla mnie bardzo ważni. Mówi się, że jest wielu kompozytorów i jest Beethoven. Nie ma w tym cienia przesady, to niezwykły twórca. Każde jego dzieło jest inne, a zarazem wszystkie z osobna są genialne. Co ciekawe, w żadnym kolejnym utworze nie kontynuuje on tego, co zrobił we wcześniejszych. Każda nowa sonata, każda bagatela to coś zupełnie nowego, odrębnego. To niesamowite! Przy Beethovenie nie da się nudzić. To jest znakomity lek na depresję, wystarczy posłuchać któregokolwiek z jego dzieł i od razu poprawia się nastrój!

 

Ze Skriabinem jest tak, że albo się go uwielbia, albo nienawidzi. Ja pokochałem jego muzykę od pierwszego taktu, który zagrałem. To muzyka nie z tego świata, szczególnie jeżeli chodzi o dojrzały okres twórczości. Forma jego utworów jest bardzo precyzyjna, szczegółowa, natomiast wyraz płynie prosto z duszy. Ja czuję tam bardzo dużo tajemniczości, nieziemskiej energii i to nie w sensie metaforycznym, lecz realnym. Kiedy gra się jego późne dzieła, można odnieść wrażenie, że ta energia naprawdę istnieje, że Skriabin był niejako przekaźnikiem. Sam mówił o sobie, że jest Bogiem. (śmiech) Bezapelacyjnie był wyjątkową osobą. Jego styl jest indywidualną mieszanką harmonii, filozofii i techniki, jest nie do podrobienia. Wielu twórców próbowało komponować dzieław stylu Skriabina, jednak nikomu się to nie udawało.

 

W przeciwieństwie do Skriabina, którego muzyka była odbiciem kosmosu, podświadomości, Szostakowicz w swojej twórczości odwzorowywał to, co widział na co dzień. Kiedy chodzę po ulicach Moskwy i patrzę na tamtejsze budynki, ludzi, śnieg, dochodzę do wniosku, że wszystko to jest bardzo dosłownie odwzorowane w jego muzyce. Był niezwykle wrażliwy, emocjonalny, jego twórczość nawet teraz jest aktualna, nie straciła świeżości.

 

Chciałbym zatrzymać się na chwilę przy pana repertuarze. W tym roku w Warszawie odbywać się będzie Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina. Ciekawi mnie pana stosunek do muzyki Chopina.

To również jeden z moich ulubionych kompozytorów. Są twórcy, o których bardzo trudno rozmawiać. Ja zaliczam do nich m.in. Mozarta i właśnie Chopina. Kiedy mówi się, że ich muzyka jest piękna, cudowna, to brzmi to pusto, niczego nie wnosi, w żaden sposób nie wyczerpuje tematu. Chopin to dla mnie połączenie wyjątkowego poczucia piękna i harmonii oraz technicznej intuicji. Wszystko w jego muzyce jest, kolokwialnie mówiąc, pod palcami – czuje się jakby ręce same śpiewały. Jednocześnie te utwory są bardzo głębokie i przepełnione pewną tajemnicą. Emocji zawartych w Mazurku h-moll op. 33 nr 4 po prostu nie da się opisać słowami, jednak większość ludzi intuicyjnie wie, co Chopin chciał przekazać. Bardzo często słucham muzyki Szymanowskiego, Pendereckiego czy Lutosławskiego. W każdej z nich słyszę wyraźnie polskie korzenie, które w muzyce Chopina dodatkowo wymieszane są z całą europejską tradycją. Jest on unikatowym twórcą na skalę światową.  

 

Nie myślał pan nigdy o wzięciu udziału w Konkursie Chopinowskim?

Zawsze o tym marzyłem. Jednak od kilku lat moją karierą kieruje agencja, której pracownicy, słysząc wzmiankę o jakimkolwiek konkursie, krzyczą od razu: „Nie przeszkadzaj nam w pracy!”. Mimo że nie zdecydowałem się nigdy na wzięcie udziału w tym konkursie, bardzo się cieszę, że miałem okazję grać Chopina w Warszawie, w Teatrze Wielkim na festiwalu Szalone Dni Muzyki. Wyobrażałem sobie wtedy, że to mój występ na Konkursie Chopinowskim. (śmiech)

W pana repertuarze znajduje się pozycja, która niepomiernie mnie zdziwiła. Wykonuje pan legendarny, w całości improwizowany The Köln Concert Keitha Jarretta.

Ideą, która mi przyświecała przy tym wyborze, było urozmaicenie mojego programu poprzez dodanie utworów, będących zapisem improwizacji. Keith Jarrett bardzo długo nie chciał, aby jego koncert z 1975 roku został spisany, jednak po dwudziestu czy trzydziestu latach zgodził się na to. Są też inne utwory o podobnej historii powstania. Przykładowo Fantazja op. 77 Beethovena to dzieło, w którym bez wątpienia mamy do czynienia ze spisaną improwizacją. Nie wspomnę też o olbrzymiej liczbie dzieł powstałych w epoce baroku, kiedy takie praktyki były na porządku dziennym. Wracając jednak do kompozycji Jarretta, to bardzo inspirujący i wymagający zmiany myślenia utwór. Paradoksalnie największym problemem jest zapamiętanie go w całości. To, co dla Keitha Jarretta było proste do zaimprowizowania, jest szalenie trudne do zagrania z pamięci. Można nawet powiedzieć, że wymaga to zdecydowanie więcej wysiłku niż wykonanie jakiejkolwiek klasycznej kompozycji. Rzecz w tym, że każdy takt jest inny, nie wszystkie motywy czy myśli muzyczne są kontynuowane. Ta kompozycja niebywale ciekawie brzmi w zestawieniu z utworami klasycznymi. Podczas wykonania takiego programu można dostrzec wspólne korzenie, zbieżności w procesie twórczym, nawet przy tak odległych od siebie stylach. Jednak nie zawsze jestem zadowolony z moich interpretacji tego dzieła, czasami myślę, że, by prawdziwie się w nie wczuć, powinienem być czarny… Tak, w takich sytuacjach żałuję, że nie jestem czarny. (śmiech)

 

Nie jest częstym zjawiskiem wśród pianistów solowych przywiązywanie tak dużej wagi do wykonywania muzyki kameralnej, jak to ma miejsce w pana przypadku.

Szczerze mówiąc, nie jestem w stanie zrozumieć, czemu panuje taka sytuacja. Przecież wykonywanie muzyki kameralnej to jeden z podstawowych środków rozwoju artystycznego. Żeby dobrze zrozumieć dzieła solowe danego kompozytora, konieczne jest granie również utworów na fortepian i inne instrumenty. W przypadku Brahmsa poznanie sonat wiolonczelowych bardzo pomaga w interpretacji jego muzyki solowej. Występy kameralne to również jedyna okazja dla nas, pianistów, do przygotowania się do występów z orkiestrą. Poza tym dzieła kameralne częstokroć są trudniejsze od tych solowych. Przykładowo Trio fortepianowe a-moll op. 50 Czajkowskiego jest technicznie zdecydowanie bardziej wymagające niż pierwszy albo drugi koncert fortepianowy czy jakiekolwiek inne jego dzieło. Czasami jednak, po kilku koncertach kameralnych cieszę się, gdy znów wracam do gry solowej. Bardzo ważne dla mnie jest zachowanie różnorodności, balansu, również w zakresie repertuaru.

 

Czy mogę zadać panu pytanie dotyczące polityki?

Tak, oczywiście.

 

Wiele osób w Polsce zastanawia się, jakie panują nastroje wśród rosyjskich artystów w związku z tym, co się dziś dzieje na Ukrainie.

Rzecz w tym, że większość artystów stara się w ogóle nie poruszać tej kwestii. Szczerze mówiąc, myślę, że mają rację. Gdy tylko wypływa ten temat, natychmiast rodzi się kłótnia. Jest to dla mnie dość trudna sytuacja, ponieważ mam znajomych, którzy są zaangażowani po obydwu stronach konfliktu, nawet mój ojciec w czasie rewolucji był na Majdanie i protestował. Z kolei moi przyjaciele z Doniecka mają zupełnie inne poglądy na tę sytuację. Analizując ją, dochodzę do wniosku, że czasami za bardzo wszystko upraszczamy. Nie dostrzegamy błędów, jakie robią politycy po obu stronach konfliktu, a medialna propaganda, która bardzo polaryzuje i wyolbrzymia pewne sprawy, tylko podsyca spór. Gdyby, przypuśćmy, nowy rząd Ukrainy od razu po przejęciu władzy udał się na wschód i starał się wypracować jakiś kompromis, nie doszłoby do konfliktu. Rzeczą wiadomą było, jakie ludzie mają tam poglądy. Te niepokoje wykorzystały od razu dwie największe siły – Rosja i Stany Zjednoczone. Tak naprawdę to pomiędzy nimi trwa wojna. Przypomina mi się włoski film Adriana Celentana, w którym przez przypadek przy rozmowie przedstawicieli tych dwóch mocarstw zjawia się kierowca autobusu i mówi: „Nic nie rozumiecie. Jedziecie naprzeciw siebie po bardzo wąskiej drodze, wasze autobusy są wypełnione ludźmi, a wy dalej wciskacie pedał gazu!”. Myślę, że jedynym rozwiązaniem tej sytuacji jest rozmowa, ponieważ każda strona ma swoją „prawdę”, trzeba ustalić po prostu jakiś kompromis. Najgorsze jest to, że ścierają się tu wielkie siły i najbardziej cierpią na tym zwykli ludzie, politycy nic na tym nie tracą.

 

A co myśli pan o mieszaniu polityki i kultury? Nasze władze odwołały rok Polski w Rosji…

To trudne pytanie. Są tacy artyści jak Gidon Kremer, który, kiedy daje koncerty za granicą, otwarcie występuje przeciw polityce naszego rządu, co nie przeszkadza mu przyjeżdżać do Rosji i grać w wielu naszych salach filharmonicznych. Moim zdaniem powinniśmy zostawić muzykę w spokoju. Czasem czytam w Internecie wpisy swoich fanów – są tacy, którzy chcieliby zabić wszystkich o innych poglądach politycznych, no i oczywiście mnie również – za to, że jestem Rosjaninem. (śmiech) Oni wszyscy jednak kochają muzykę, to ich łączy. Sztuka to oaza, która jest ponad wszystkim, nie mieszałbym do niej polityki. Są oczywiście takie dzieła, jak Symfonia Leningradzka Szostakowicza, ale teraz wiemy już, że została napisana w kwietniu 1941 roku, czyli jeszcze przed tym jak Rosja dołączyła do II wojny światowej. Nie chodzi w niej zatem o Niemców czy Rosjan, to dzieło bardziej abstrakcyjne, niż mogłoby się wydawać. Szostakowicz dotyka tam spraw ludzkości, jest ponad jakimikolwiek konfliktami. Jeżeli chodzi o jego II Trio fortepianowe czy VIII Kwartet smyczkowy, które poświęcone są ofiarom Holokaustu, widzę je przede wszystkim jako genialną muzykę. Mimo że opatrzone są dedykacjami, przekazują zdecydowanie więcej. Według mnie muzyka to dar od Boga, powinna pozostać wolna od polityki.

 

Zostawmy w takim razie politykę za sobą. W kwietniu wystąpi pan we Wrocławiu. Mógłby pan opowiedzieć o tym koncercie?

Bardzo się cieszę, że będę mógł przyjechać do Polski w tym roku. Wykonam III Koncert fortepianowy Prokofiewa z Orkiestrą Symfoniczną NFM pod dyrekcją Rubena Gazariana. Bardzo lubię to dzieło, uważane jest ono często za konstruktywistyczne, jednak kiedy zacząłem je grać, moją uwagę przykuła zapisana dedykacja. Poświęcone jest Konstantinowi Balmontowi – rosyjskiemu symboliście. Prokofiew nie znał go dobrze, był od niego dwadzieścia lat młodszy. Poeta przyjaźnił się raczej ze Skriabinem, więc zdziwiło mnie to, że właśnie jemu zadedykował tak ważne dzieło, jak swój III Koncert fortepianowy. Jednak później posłuchałem nagrania Prokofiewa wykonującego swój własny utwór i wszystko zrozumiałem. Nie jest to konstruktywistyczne dzieło, to wulkan symboliki, szukający nowej energii, nowych środków wyrazu, zainspirowany w dużym stopniu twórczością Balmonta.

 

Przyszedł czas na ostatnie, znienawidzone chyba przez artystów, pytanie: o plany na przyszłość…

Teraz chciałbym poświęcić więcej czasu na moją aktywność pozakoncertową. Myślę, że będę więcej komponować. Do tej pory rzadko miałem na to czas, głównie pisałem kadencje, teraz chciałbym się skupić na odrębnych dziełach. Moim marzeniem jest również wydanie tomu poezji, ale to zapewne tylko dla własnej przyjemności. Poza tym chciałbym, tak jak do tej pory, grać w wielu miejscach i poznawać nowych, ciekawych ludzi. Czasami określam siebie jako „muzycznego turystę” – uwielbiam zwiedzać świat, mam nadzieję, że będę mieć do tego jak najwięcej okazji w przyszłości. 

Andrei Korobeinikov – urodzony w 1986 roku rosyjski pianista, zdobywca ponad dwudziestu nagród w konkursach, w tym I nagrody w Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Aleksandra Skriabina w Moskwie i II nagrody w Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Sergieja Rachmaninowa w Los Angeles. W 2007 roku zadebiutował w Londynie wykonaniem II Koncertu fortepianowego Rachmaninowa pod batutą Vladimira Ashenazy’ego. Od tego czasu zapraszany jest do najbardziej prestiżowych sal koncertowych świata: Wigmore Hall w Londynie, Concertgebouw w Amsterdamie czy Théâtre des Champs-Elysées w Paryżu. Odnosił sukcesy z NDR Sinfonieorchester, Orkiestrą Filharmoniczną w Paryżu oraz Budapeszteńską Orkiestrą Festiwalową. W wieku siedemnastu lat otrzymał dyplom Europejskiego Uniwersytetu Prawa w Moskwie i opublikował w kilku językach prace o tematyce prawniczej. W ostatnich latach rozwinął pasję kompozytorską, a podczas swoich recitali prezentuje własne utwory. Wykonywał muzykę kameralną z Vadimem Repinem, Aliną Ibragimovą, Alexandrem Kniazevem, Johannesem Moserem, Tatjaną Vassiljevą, Sarah Pagin, Borisem Berezovskym, Borodin Quartet, Vanbrugh Quartet. Nagrał kilka płyt dla wytwórni Naxos, Challenge Classics i Mirare.