Autor: Michał Nowak
Wydanie: MWM 03/2012

Muzyka zawsze jest prawdziwa

Rozmowa z Anną Czartoryską
Article_more
Aktorstwo wiąże się z oszukiwaniem widzów, chociaż widzowie mogą w teatrze przeżyć coś autentycznego. Muzyka natomiast jest czymś autentycznym. Nawet w formie kiczu, hałasu, dysonansu zawsze odsłania jakąś rzeczywistość. To dla mnie podstawowa różnica między aktorstwem a muzyką.
Michał Nowak: Ukończyła pani szkołę muzyczną II stopnia, dwa lata studiowała muzykologię, w teatrze debiutowała pani spektaklami muzycznymi. Muzyka musi być czymś bardzo ważnym w pani życiu.
Anna Czartoryska: Jeśli nie najważniejszym. Muzyka jest dla mnie nośnikiem emocji, tajemnicy. Nie wiem jak to nazwać, nie używając wielkich słów, ale jest to z pewnością coś, co wypełnia pustą przestrzeń. Świat bez muzyki jest dla mnie pusty, muzyka zwiera w
sobie pełny komunikat.

Specjalizuje się pani w piosence aktorskiej, gdzie słowa są ściśle związane z muzyką. Czy ten pełny komunikat odnajduje pani również w muzyce bez słów, muzyce instrumentalnej?
Muzykę z tekstem jest oczywiście łatwiej odczytać. Słowa są w niej często kluczem do odbioru. Jednak w muzyce instrumentalnej odnaleźć można równie całościowy komunikat – wymaga to tylko większego skupienia. Z jednej strony muzyka instrumentalna o wiele mniej angażuje naszą uwagę – można jej używać jako tła, które nie przeszkadza w innych czynnościach. Z drugiej strony jednak, żeby ją docenić trzeba posiadać większą wiedzę i większą wrażliwość niż w wypadku muzyki z tekstem.

Czy muzyka instrumentalna nie przypomina w tym teatru? I koncert, i spektakl
łączą się ze swoistym podejściem do czasu, wymagają innego niż w życiu codziennym rodzaju skupienia.
Tak. Sporo o tym myślałam. W mojej pracy magisterskiej postawiłam jednak tezę, że aktorstwo to pakt z diabłem. Z definicji wiąże się ono z fałszem. Oczywiście, staramy się być jak najbardziej wiarygodni, ale w gruncie rzeczy kłamiemy. Tworzymy jakąś sztuczną rzeczywistość, która nie istnieje, pokazujemy sztuczne emocje. Niezależnie od tego, jak bardzo bylibyśmy szczerzy i jak wiele mówilibyśmy o sobie, to do widza dochodzi to ubrane w pewną rolę. Widz może się tylko domyślać, czy ja mówię prawdę, czy nieprawdę, oszukuję, czy nie oszukuję. W teatrze można zmanipulować wszystko – kolor oczu, sposób poruszania się, łzy. Aktorstwo wiąże się zatem z oszukiwaniem widzów, chociaż widzowie mogą w teatrze przeżyć coś autentycznego. Muzyka natomiast – choć jest to ryzykowne stwierdzenie, bo byli muzycy, których się posądzało o pakt z diabłem – jest czymś autentycznym. Nawet w formie kiczu, hałasu, dysonansu zawsze jest prawdziwa, zawsze odsłania jakąś rzeczywistość. Mimo że wydaje się abstrakcyjna, że jest niematerialna, nieodłącznie wiąże się z prawdą. To dla mnie podstawowa różnica między aktorstwem a muzyką.

Podkreśla pani zatem emocjonalną stronę muzyki. Ma ona jednak także swoją stronę intelektualną, wiążącą się z formą, konstrukcją utworu…

Oczywiście. Z pewnej perspektywy można nawet powiedzieć, że muzyka jest takim matematycznym wzorem, za pomocą którego można wywoływać emocje, dotykać rzeczy, które inaczej byłyby niedostępne. W muzyce kryją się zatem wzory, tworzą ją kombinacje dźwięków, harmonia, odległości, matematyczne proporcje, ale to wszystko pozwala stworzyć coś bardzo emocjonalnego.

 

Jaki zatem jest status istotnych dla pani spektakli muzycznych, w których teatr, czyli fałsz, łączy się z muzyką, czyli autentycznością?

Być może muzyka usprawiedliwia tu teatr. Chociaż przecież muzyka i w teatrze, i w filmie staje się instrumentem, który służy do oszukiwania widzów. Przypominają mi się tu wyniki pewnych eksperymentów, o których uczyłam się w trakcie studiów muzykologicznych. Badano w nich reakcje widzów, którym dwukrotnie puszczano zakończenie tego samego filmu. Za pierwszym razem towarzyszyła mu otwarta, za drugim – zamknięta kadencja muzyczna. W pierwszym wypadku film miał zdaniem widzów otwarte zakończenie, w drugim – wyraźnie się kończył.

 

Wydaje mi się, że różnica między spektaklem czy filmem a koncertem tkwi w sposobie ich odbioru. Widz daje sobą manipulować i zarazem zdaje sobie z tego sprawę, znajduje się w sytuacji napięcia pomiędzy uwiedzeniem iluzją, a zburzeniem tej iluzji. Słuchacz natomiast poddaje się w całości sytuacji, w której się znajduje, nie wychodzi z roli słuchacza.

Rzeczywiście jest coś takiego, że do teatru przychodzimy, aby dać się oszukać. Kiedy zaś idziemy na koncert, nie chcemy być oszukiwani. Oczywiście ta sama muzyka będzie w rozmaity sposób oddziaływać na różne osoby. Nie do każdego trafiają dane proporcje matematyczne. Jeżeli jednak wybierzemy się na koncert muzyki, którą lubimy i którą rozumiemy, to nasze przeżycie będzie autentyczne. Jeżeli natomiast pójdziemy do teatru, być może naprawdę się wzruszymy, naprawdę coś nas dotknie, ale mimo wszystko damy się oszukać. Musimy uwierzyć, że dana historia wydarzyła się naprawdę, że danego bohatera spotkało to, co go spotkało.

 

Dlaczego? Możemy przecież traktować daną historię jako pretekst do ukazania jakiegoś problemu. Nie trzeba wierzyć, że ona się wydarzyła, żeby wyciągnąć wnioski, dostrzec jakiś aspekt rzeczywistości.

Tak, ale mówi pan w tej chwili o intelektualnym odbiorze sztuki. Dla mnie jednak w teatrze czy w kinie ważniejszy jest aspekt emocjonalny, współczucie dla bohatera. Żeby móc mu współczuć musimy się umówić, że ten bohater jest prawdziwy. Godzimy się więc na pewną konwencję, na oszustwo po to, żeby coś przeżyć.

 

Co w takim razie myśli pani o operze?

Myślę, że muzyka usprawiedliwia tu wszystko – fabułę, bardzo częste słabe aktorstwo, koturnowość. Uszlachetnia te wszystkie niedociągnięcia.

 

Co zatem sprawiło, że odeszła pani od muzyki? Czego pani w niej nie znalazła? Co takiego dało pani aktorstwo, mimo całej sztuczności wpisanej w ten zawód?

Myślę, że w pewnym sensie zatoczyłam koło. Muzyka była w moim domu zawsze, śpiew długo był dla mnie najlepszą formą ekspresji, dawał mi poczucie wolności. Gdy jednak zaczęłam się nim zajmować na poważnie, gdy zaczęłam się uczyć muzyki, ćwiczyć, w pewnym momencie sprawy techniczne wzięły górę nad emocjami. Technicznie byłam coraz lepsza, umiałam pewne rzeczy dobrze wykonać, ale odcięłam się od emocji i muzyka przestała mi sprawiać przyjemność. Mimo że starałam się najbardziej jak mogłam, to gdy słuchałam swoich nagrań, słyszałam dziewczynę, która się potwornie stara, a efekt jest mizerny – jej śpiew nie wzbudza emocji. Na dyplom w szkole muzycznej musiałam przygotować piosenki aktorskie i wówczas odkryłam potencjał, który we mnie tkwił, ale którego zupełnie nie znałam i nie miałam nad nim kontroli. Pomyślałam, że muszę nad tym popracować i postanowiłam zdawać do szkoły teatralnej. Myślałam o tym jako o pewnej próbie, tymczasem studia aktorskie coś we mnie otworzyły. Wszystko zresztą oddziałuje

na siebie. Dzięki aktorstwu potrafię lepiej wyrazić emocje w muzyce, edukacja muzyczna pomaga mi z kolei wydobyć emocje w aktorstwie. Już podczas studiów okazało się, że ludzie chcą mnie słuchać i zaczęłam wracać do muzyki. Myślę, że im bardziej chcę się od niej uwolnić, z tym większą mocą ona do mnie powraca. I daje mi ogromne spełnienie. Czuję o wiele większą zgodę z samą sobą, gdy to, co robię, wiąże się z muzyką.

 

Mówiła pani o różnorodności gustów muzycznych ludzi. Jaką pani lubi muzykę?

Słucham głównie muzyki popularnej. Ostatnio na przykład słuchałam nowej płyty Florence and the Machine na cały regulator w samochodzie. Skończyło się to mandatem, bo skręciłam w niedozwolonym miejscu. Lubię muzykę wywodzącą się z bluesa, jazz, kobiece głosy, muzykę opatrzoną dobrym tekstem.

 

A muzyka klasyczna? Nie uważa pani, że na przykład arie w operach barokowych można odbierać również jak piosenki?

Tak, jest to rodzaj piosenek. Uwielbiam na przykład Dydonę i Eneasza Henry’ego Purcella. Z drugiej strony jednak muzyka dawna jest bardzo konwencjonalna, a przez to bardziej racjonalna niż emocjonalna. Uważam, że jest za bardzo skrępowana, za mało w niej wolności.

 

Mówi pani o konwencjach. Pewne reguły obowiązują również tych, którzy wybierają się na koncert do filharmonii. Tu także jest mało spontaniczności – nie klaszcze się wtedy, kiedy chce, nie śpiewa z wykonawcami. Czy to pani zdaniem może odstraszać?

Myślę, że tak. Sama chodzę do filharmonii dość rzadko – gdy otrzymam zaproszenie albo z grupą znajomych. Zawsze jednak jestem pozytywnie zaskoczona. Daje mi to poczucie, że trafiam na taką specjalną wyspę na mapie miasta, w bardzo specyficzne towarzystwo osób, które słuchają muzyki klasycznej z dużym zrozumieniem, z dużą pasją. Podczas studiów muzykologicznych bardzo często chodziłam do filharmonii z moją przyjaciółką. Na niektórych koncertach nie mogłyśmy usiedzieć na miejscu. Cały czas albo szeptałyśmy między sobą, albo się wierciłyśmy, albo uzewnętrzniałyśmy emocje związane z muzyką. Niektórzy członkowie orkiestry śmiali się z nas, mówili, że to przyjemność grać dla takiej widowni. Chociaż konwencja jest taka, że należy siedzieć cicho i nie przeszkadzać innym w słuchaniu, to jednak my odbierałyśmy muzykę bardzo emocjonalnie, spontanicznie. Siadałyśmy sobie gdzieś z boku, żeby nie przeszkadzać – myślę, że wtedy można się tak zachowywać.

 

Czy rozwiązaniem problemu tej konwencjonalności i uprzedzeń względem muzyki klasycznej mogą być sytuacje, w których muzycy wychodzą w przestrzeń publiczną? Myślę o koncertach na wolnym powietrzu albo w miejscach, które z muzyką nie są kojarzone.

Być może. Ciekawym rozwiązaniem są też koncerty muzyki filmowej albo takiej, która w kinie została wykorzystana. Z jednej strony fakt, że niektóre utwory odbieramy przez pryzmat scen filmowych, choć wcale nie powstały one z myślą o kinie, że zamykamy się na tym sposobie odbioru, możemy uznać za degradację muzyki. Z drugiej strony jednak to, że muzyka może komuś się kojarzyć z ulubionym filmem może pomóc w dotarciu do nowej widowni, stworzyć pomost między światem rozrywki i światem muzyki poważnej. Niedługo wezmę udział w tego typu przedsięwzięciu – będę śpiewać piosenki z mojego spektaklu Morfiny z towarzyszeniem orkiestry.

 

Takie koncerty grup popowych, rockowych, jazzowych z towarzyszeniem orkiestry cieszą się ostatnio sporą popularnością. To pani zdaniem dobry sposób popularyzacji muzyki?

Myślę, że tak. Czasy się zmieniają i wymagają nowego spojrzenia na dzieła przeszłości. W teatrze jest podobnie – w kółko gramy Szekspira i Czechowa, którzy pisali przecież w zupełnie innych czasach. Ich sztuki w pełnym kostiumie wydają się dziś czymś śmiesznym. Trudno jednak zupełnie pominąć kontekst historyczny ich powstania. Myślę, że jest w tym coś dziwnego, iż cały czas tak kurczowo trzymamy się przeszłości, że w tak małym stopniu główny nurt kultury wysokiej otwiera się na eksperymenty. Muzyka barokowa powstała w końcu kilkaset lat temu i mamy prawo do tego, żeby ją grać inaczej, żeby ją przetwarzać, mieć inne wyobrażenie na jej temat. Akademizm nie może zadowolić wszystkich współczesnych widzów czy słuchaczy.

 

W odróżnieniu od muzyki popularnej, w której podstawą odbioru jest znajomość piosenek, tu nie wystarczy tylko znać dane utwory. W klasyce niezwykle istotna jest interpretacja dzieła. Żeby je docenić, trzeba posiąść pewną wiedzę, zdobyć doświadczenie. To z pewnością może krępować nowicjuszy.

Muzykologia uświadomiła mi jak szeroka, jak bardzo specjalistyczna jest wiedza o muzyce. Może ona jednak stać się pewną przeszkodą zarówno w odbiorze muzyki, jak i w rozmowie na jej temat. Znam się trochę na operze, bo moja mama jest śpiewaczką operową i świat opery zawsze mnie interesował. Proszę mi wierzyć, czasami potrafię zepsuć ludziom zabawę w operze. Niektórzy przychodzą, żeby po prostu posłuchać pięknej muzyki, zobaczyć monumentalne dekoracje oraz to niesamowite zjawisko, jakim jest śpiew operowy. Tymczasem ja wytykam śpiewakowi, że tu nie dociągnął, tam nie dośpiewał, gdzieś dziwacznie zinterpretował czy zafałszował, że akcja toczy się za wolno, że scenografia bez sensu… Takie podejście może zresztą przeszkadzać i samemu odbiorcy. Czasami brak wiedzy jest korzystny. Laik może nie zauważyć, że pianista się pomylił, że ktoś w orkiestrze

zagrał nierówno, że skiksował. Z pewnej perspektywy są to tylko drobiazgi. Znawców muzyki one śmieszą lub drażnią. Laika natomiast nie odwiodą od spontanicznego, emocjonalnego odbioru muzyki.

 

Rozmawiał Michał Nowak (Polskie Radio)

 

Anna Czartoryska – absolwentka Akademii Teatralnej w Warszawie, od 2009 roku związana z Teatrem Współczesnym w Warszawie, gdzie debiutowała w spektaklach muzycznych "To idzie młodość" oraz "Moulin Noir". Gościnnie występuje na Novej Scenie przy Teatrze Muzycznym Roma w monodramie "Morfina". Występowała w serialach telewizyjnych, m.in.: "Dom nad rozlewiskiem", "Nowa", "Ojciec Mateusz", "Szpilki na Giewoncie", "Na dobre i na złe".