Autor: Ewa Osińska
Wydanie: MWM 04/2015

Autorytet

Wspomnienie o profesorze Zbigniewie Drzewickim
Article_more
W tym roku, 8 kwietnia mija sto dwudziesta piąta rocznica urodzin, zaś 11 kwietnia – czterdziesta czwarta rocznica śmierci profesora Zbigniewa Drzewieckiego, jednego z ważniejszych polskich pianistów XX wieku, organizatora Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, a po II wojnie – Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Krakowie, publicysty, redaktora wydawnictw nutowych. Zbigniew Drzewiecki był może przede wybitnym pedagogiem, który wychował kilka pokoleń znakomitych pianistów. Do jego uczniów należeli między innymi Ryszard Bakst, Felicja Blumental, Halina Czerny-Stefańska, Jan Ekier, Róża Etkin-Moszkowska, Fou Ts’ong, Lidia Grychtołówna, Adam Harasiewicz, Roman Jasiński, Wacław Kisielewski, Bolesław Kon, Hiroko Nakamura, Marta Sosińska, a także Ewa Osińska, która na naszych łamach wspomina wybitnego pianistę i pedagoga.

Wielkim przywilejem było znać Profesora, niepomiernie większym – być studentem, którego wziął pod swoje skrzydła, i należeć do grona osób, dla których dom Profesora był zawsze otwarty. Nie był to zwykły dom i zwykły profesor.

 

Powszechnie nazywany był przez ulubieńców „Binio”, ale nie każdy miał odwagę tak go nazywać. Profesor wzbudzał respekt, dystans i podziw. Był osobą średniego wzrostu, z lekko przyprószonymi siwizną włosami. Ogarniał zawsze ciekawym i przenikliwym wzrokiem swoje otoczenie, odprowadzany bywał równie uważnymi spojrzeniami aż do wejścia do konserwatorium.

 

Pojawianie się na dziedzińcu pałacyku w Alejach Ujazdowskich małego fiata prowadzonego przez żonę Barbarę kreowało na tę chwilę nowy porządek. Elektryzowało studentów stojących w małych grupach, jednych – upojonych laurami, po sukcesach konkursowych, innych – w przededniu artystycznych podróży, a jeszcze innych – statystów, podglądających tych, którym los ofiarował wiele. Każdy chciał się przywitać, zaistnieć choć na moment, wykonać najpewniej niezauważony rewerans. 

 

Profesor dyskretnie odpowiadał na powitania, czasem zażartował, zatrzymywał się na moment przy grupce studentów, po czym ruszał wolnym krokiem, niekiedy owinięty długim, miękkim kaszmirowym szalem, podpierając się z lekka wytworną laseczką, na pierwsze piętro do swojej klasy, gdzie czekała na lekcje gromadka pianistów. I wtedy kończyła się sielanka. Uśmiech zastygał na twarzy Profesora, która nagle przybierała wyraz poważny, skupiony, już należała tylko do muzyki. I ważne było tylko to, co działo się na fortepianie, tylko to, co graliśmy. Najmniejsza niedokładność stylistyczna, tekstowa, niestaranny, brzydki dźwięk potrafiły tak rozsierdzić Profesora, że w efekcie koniec lekcji był błyskawiczny i nieuchronny.

 

Niekiedy zdarzało się, że Profesor pod koniec żmudnego dnia przymykał oczy, nieruchomiał, i można było przypuszczać, że myśli Profesora odpływają do innej krainy. Jednak było to tylko złudzenie. Niedopracowane szczegóły przyprawiały Profesora o natychmiastowe wielkie zniecierpliwienie (które uświadamiał nam stuk laski o podłogę): „Co ty robisz, co grasz? Co tu jest napisane? Jakie brzydkie, twarde forte! Jakie niezgrabne rubato… popatrz w nuty”. Nasze próby tłumaczenia się czy argumentowania zwykle spełzały na niczym – nie odnosiły efektu, bo Profesor nie tylko znał nas, nasze możliwości i słabości na wylot, ale również znał nadzwyczaj dokładnie cały repertuar pianistyczny, który przynosiliśmy na lekcje.

 

Niekiedy co odważniejsi i czasem może zbyt oryginalni, aczkolwiek bardzo sprawni pianistycznie, studenci próbowali bez efektu argumentować na rzecz swoich niczym nie uzasadnionych dziwactw interpretacyjnych, prowokując z trudem ukrywane zniecierpliwienie Profesora. Bo wiedział, że to on ma racje. Mawiał wtedy: „Popracuj nad tym i przynieś na następny raz”. To nie była zachęta, to był raczej cios. Profesor miał też swoich faworytów, lubił ich słuchać, patrzył ciepłym wzrokiem i cieszył się, kiedy zasiadali do fortepianu. Niewielu było tych szczęśliwców, którzy potrafili zadowolić Profesora. Były to cenne przerywniki w wielogodzinnej pracy.

 

Lekcje na ogół odbywały się publicznie. Mogliśmy asystować i słuchać, zaznajamiając się z repertuarem kolegów, uczyć się i zapamiętywać to wszystko, co Profesor chciał nam przekazać. A miał wiele do przekazania. Na początku lekcji padało pytanie na temat programu przygotowanego przez nas wszystkich i to Profesor decydował, co i w jakiej kolejności będziemy grać. Nigdy nie odnosiliśmy wrażenia, że Profesor może być znużony korygowaniem, cyzelowaniem tych samych fragmentów aż do osiągnięcia zamierzonego kształtu artystycznego. 

 

Okna naszej przestronnej klasy wychodziły na piękne Aleje Ujazdowskie, wiosną i latem tonące w zieleni, a w zimie przyprószone śniegiem. Pod koniec naszych lekcji Profesor często podchodził do okna prowadzącego na taras i dla nikogo nie było tajemnicą, że wypatruje z czułością małego fiacika, którym podjeżdżała żona, nazywana przez wszystkich Basią, orędowniczka trudnych spraw. Często graliśmy z nut redagowanych i sprawdzanych dla Polskiego Wydawnictwa Muzycznego przez Profesora. Były to dzieła Szymanowskiego, Bacha, Scarlattiego, Rameau i Couperina. Profesor najczęściej słuchał gry ucznia, stojąc przy fortepianie lub siedząc na krześle obok instrumentu. Czasem pokazywał małe fragmenty na fortepianie, ale najczęściej nucił frazę, markował na drugim instrumencie to, co chciał uwypuklić.

 

Na ogół był pedagogiem bardzo cierpliwym i konsekwentnym w przestrzeganiu wymogów stylu, wrażliwym na piękno, elegancję i czystość wykonania. Zwracał uwagę na różnorodność repertuaru, który systematycznie rozszerzał. Przygotowywał nas do samodzielnego, trudnego i jakże pięknego życia, podczas którego mieliśmy udźwignąć odpowiedzialność godnego reprezentowania naszej ojczyzny w świecie. Przywiązywał wagę do kultury i obycia, których oczekiwał również od nas. Cenił znajomość języków obcych, którymi sam władał bez trudu, twierdząc, że człowiek parający się sztuką musi być jej godnym reprezentantem. Profesor wiedział wiele o świecie, bo był człowiekiem obytym i chciał nam tę wiedzę przekazać. Był dla nas wzorem, budził podziw i szacunek. Był wielkim autorytetem. 

Zawsze nas uważnie wysłuchiwał. Znalazł nawet czas i zjawił się z żoną oraz małym synkiem, Zbysiem, w moim domu na Saskiej Kępie na skromnym poślubnym przyjęciu. Kochaliśmy Profesora i czuliśmy się bezpieczni pod jego opiekuńczymi skrzydłami. Dodawał nam wiary w siebie. Obdarzaliśmy go bezgranicznym zaufaniem.

 

***

 

Życiorys młodzieńczy Zbigniewa Drzewieckiego jest imponujący i taka bogata, urozmaicona młodość zaowocowała w życiu dojrzałego artysty. W kraju pobierał intensywne lekcje fortepianu i skrzypiec jeszcze jako dziecko. Od 1909 roku studiował w Wiedniu, mieście wielkiego świata klasyki muzycznej, Haydna, Mozarta, Beethovena, ale również Wagnera, Ryszarda Straussa i mocarzy fortepianu, których słuchał: Ferruccia Busoniego, Leopolda Godowskiego, Maurycego Rosenthala, Ignacego Friedmana, Józefa Hofmanna, Artura Rubinsteina. Jakiż to zapas artystyczny na całe życie dla wirtuoza, a później wielkiego pedagoga! W 1916 roku Drzewiecki dał pierwszy recital w Filharmonii Warszawskiej, a w kilka miesięcy później podjął pracę jako pedagog w Konserwatorium Warszawskim. W latach późniejszych pojawiał się na estradach Londynu, Paryża, Pragi, Drezna, Lipska, Berlina, Sztokholmu, Warszawy jako solista i kameralista; występował nawet w Rosji. W 1928 roku wyjechał do Szwajcarii na letnie kursy z Ignacym Janem Paderewskim. 

 

Lata trzydzieste były okresem kontaktów Profesora z Karolem Szymanowskim. Recitale w Morskim Oku były okazją do niezapomnianych spotkań z kompozytorem, rozmów na temat losów muzyki, nowych trendów i ideowej postawy Szymanowskiego. Kilka mazurków dedykowanych Profesorowi jest pięknym i trwałym śladem tych kontaktów. Profesor Drzewiecki był wierny pamięci Szymanowskiego i każdy z nas, jego studentów, obowiązkowo miał w programie utwory tego wielkiego polskiego prekursora, który być może urodził się za wcześnie.

 

W czasie wojny Zbigniew Drzewiecki brał udział w konspiracyjny życiu muzycznym koncertowym i dał pierwszy wielki koncert na gruzach Warszawy w sali Romy. To piękny akt patriotyczny. W późniejszym życiu Profesora występy na estradzie przeplatały się z nagraniami, do których z nostalgią możemy powracać, i z nauczaniem, aż do momentu, gdy obowiązki pedagogiczne wyparły bezpowrotnie działalność koncertową. Ta ostatnia pozwoliła Profesorowi na praktyczną znajomość repertuaru fortepianowego, z wielkim pożytkiem dla przyszłych studentów.

 

W Krakowie Profesor wykładał i piastował urząd rektora przez sześć lat, potem przeniósł się do Warszawy, gdzie uczył aż do schyłku swego pracowitego życia. Przyciągał rzesze pianistów pochodzących ze wszystkich kontynentów i żądnych chopinowskich sukcesów. Chopin był i pozostanie magią, a Profesor jak nikt w tych czasach potrafił w tej dziedzinie uchylić rąbka tajemnicy, przekazać swój kunszt mistrzowski i ogromną wiedzę, zaopatrzyć pianistów w bogate środki wyrazu, ustrzec od romantycznych przerysowań i pomóc zachować tak istotne w muzyce Chopina piękno prostoty. Profesor Zbigniew Drzewiecki był jednym z założycieli i organizatorów Konkursu Chopinowskiego w Warszawie oraz czterokrotnym przewodniczącym jego jury.

 

Wykształcił rzesze wyśmienitych pianistów i uznawany był za największego pedagoga po Józefie Turczyńskim. Z wielką czułością wspominał przez lata swego nieodżałowanego ucznia, Bolesława Kona i Różę Etkin, fenomenalną artystkę o wielkiej wyobraźni i repertuarze. Jego studenci, laureaci pierwszych nagród w Konkursie Chopinowskim, Halina Czerny-Stefańska i Adam Harasiewicz, rozsławiali w świecie imię Polski i Profesora przez wiele lat.

 

***

 

Słynne w środowisku artystycznym mieszkanie na placu Konstytucji rozbrzmiewało na co dzień piękną muzyką. Schodziliśmy się na lekcje do Profesora właśnie tam. Pierwszy etap wizyt stanowiła kuchnia, rozmowy na różne, na ogół prywatne tematy. Profesor pytał, chciał wiedzieć i znać nasze życie, radości, kłopoty, rozterki. Kto by uwierzył, że tańczyło się tam nawet rock and rolla?! Tak się szczęśliwie składało, że stół w przytulnej, przyjaznej nam kuchni był zawsze nakryty i dla każdego znalazło się coś smacznego. Przecież wówczas większość z nas żyła nader skromnie i każdy posiłek szykowany przez niezastąpioną Basię był często na wagę złota. W salonie z fortepianem przyciągała uwagę cała ściana fotografii uczniów, którzy przewinęli się przez ten wyjątkowy dom; świadectwo żywotności Profesora, jego wielkoduszności i przywiązania do tej gromady „trubadurów”. Z większością z nas Profesor utrzymywał kontakt listowny. Nie pozostawiał listów bez odpowiedzi, pomimo tak licznych obowiązków, jakie wziął na siebie. Odpisywał ciekawie, pytał o sprawy artystyczne, jego listy były często dla nas impulsem do działania. A przecież był już wtedy przewodniczącym Stowarzyszenia Polskich Artystów Muzyków, wieloletnim prezesem Towarzystwa im. Fryderyka Chopina, prezesem polskiej sekcji Międzynarodowego Towarzystwa Muzyki Współczesnej.

 

Profesor był intelektualistą, „człowiekiem renesansowym”, jak określała go żona Basia. Obcował z wyjątkowymi ludźmi swojej epoki: Witoldem Lutosławskim, Stefanem Kisielewskim, Jerzym Waldorffem, Arturem Rubinsteinem. Ceniła go Nadia Boulanger, a Leonard Bernstein nazwał „świętym muzyki polskiej”. Był członkiem honorowym uczelni w Helsinkach, Tokio, Royal College of Music w Londynie. Został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

 

Nadchodzący XVII Konkurs Chopinowski jest okazją do przywrócenia w naszej pamięci tego zasłużonego artysty i wielkiego pedagoga, który całym swoim długim życiem służył sztuce, był autorytetem o wymiarze międzynarodowym i wielkim Polakiem.

 

W domu Profesora na ulicy Willowej nadal mieszka muzyka, przyjeżdżają artyści ze świata, którzy lubią ogrzać się w cieple wspaniałych wspomnień.