Wydanie: MWM 04/2015

O nieposłuszeństwie

Article_more
Jean-Baptiste Lully, nadworny kompozytor Ludwika XIV, w roku 1687 podczas dyrygowania orkiestrą – zdenerwowany, jak głoszą niektórzy, z powodu błędów muzyków – przebił sobie batutą palec u stopy. Wkrótce zmarł w wyniku zakażenia rany. Ten nietuzinkowy epizod nieraz stawał się przyczynkiem do prowadzenia naszych dialogów filomuzoficznych.

– A dlaczego część tej orkiestry źle grała? Czy nie słuchała się Lully’ego? – docieka mała Zo.

Opowiadam o poziomie dworskich kapel i pytam zaczepnie: – Myślisz, że muzycy zawsze powinni robić to, czego się od nich oczekuje?

– No, chyba tak – odpowiada (bez przekonania).

– A wiesz, że dawno temu wykonawcy chorału gregoriańskiego mieli śpiewać wszystko jednym głosem. A jednak ktoś – gdzieś, kiedyś – wprowadził drugi głos. Potem trzeci, potem czwarty – jakoś to się dalej potoczyło. Wiadomo: lawina przybiera na sile. Aż razu pewnego doszło do powstania 36–głosowego kanonu Ockeghema. To nawet logiczne, ale co z tym początkiem nieposłuszeństwa? Skąd nagle drugi głos?

– Może dla kogoś było za wysoko lub za nisko i nie dawał rady śpiewać właściwie?

– Może…

– Może właśnie zmarzły mu stopy i dostał chrypki, i musiał śpiewać niżej.

– Może… – powoli wczuwam się w jej tok myślenia: – I właśnie dzięki niemu, jakiemuś, dajmy na to, mniszynie-rewolucjoniście w za kusym habicie, bez ciepłych portek, mieszkającemu w nieogrzewanym klasztorze, rozwinęła się wielka muzyka polifoniczna! A może gdyby Lully, który za bardzo lubił stawiać się w centrum wydarzeń, nie odciągnął uwagi wszystkich, bryzgając naokoło krwią ze zranionej stopy, zgromadzeni nagle doceniliby rewolucyjny potencjał „błędów” któregoś z grajków. Powiedzieliby może, że to nie błędy, lecz nowa moda i wszystko potoczyłoby się inaczej…

– Może… – Zo pokiwała poważnie głową.

Bo prawdziwy mędrzec (czy nawet prawdziwa mądrala) nie dziwi się niczemu.

.