Wydanie: MWM 04/2015

Wigmore Hall w Londynie

Article_more
W Londynie przy Piccadilly, w pięknej starej księgarni założonej przez Johna Hatcharda w 1797 roku, pod koniec stycznia roku 2015 odbyła się osobliwa rozmowa. Pomiędzy przybyszem z Polski a londyńskim księgarzem starej daty, idealnie wpisującym się w widniejące za jego plecami odpowiednio wiekowe regały wypełnione książkami. Rozmowa była pełna entuzjazmu i być może to zaważyło na tym, że księgarz ulitował się nad przybyszem z Polski i spod lady wyciągnął zaklejone szczelnie kartonowe pudełko (które wedle jego zapewnień właśnie miało wyjechać do Brukseli), mówiąc: „W Belgii mogą zaczekać, sprzedam ten tom panu”.

Pięciusetstronicowy tom Schubert’s Winter Journey – Anatomy of an Obsession Iana Bostridge’a do londyńskich księgarń trafił w połowie stycznia 2015 roku. Pod koniec stycznia nakład był już wyczerpany, a księgarze niecierpliwie czekali na dodruk. Kilka miesięcy wcześniej wiadomość, że Ian Bostridge napisał książkę o Podróży zimowej Franciszka Schuberta zelektryzowała wielbicieli pieśni i wywołała naturalne poruszenie i ciekawość wśród melomanów. „Jaka to będzie książka?” – pytano. Ian Bostridge, zgłębiając świat dwudziestu czterech pieśni Schuberta i poświęcając każdej z nich osobny rozdział, opiera się na swym doświadczeniu jako muzyka i śpiewaka – Winterreise wykonał publicznie ponad sto razy, ale wykorzystuje też swoje umiejętności zdobyte podczas studiów historycznych w Oksfordzie. Jak słusznie zauważa socjolog Richard Sennett, „zazwyczaj wielcy śpiewacy nie potrafią wyjaśnić tego, co robią. A Bostridge to potrafi”. Co czytelnikom może wydać się szczególnie interesujące, Bostridge wnikliwie opisuje i analizuje nie tylko przeżycia, jakie towarzyszą podczas występu śpiewakowi, ale także wrażenia i uczucia, jakie mogą towarzyszyć słuchaczom obecnym na sali podczas koncertu pieśni.

„Wyjście na recital pieśni może być dla przeciętnego słuchacza odrobinę niebezpieczne. Przede wszystkim staje się on częścią zwartej grupy, dobrze oświetlonej (by można było czytać teksty bądź zajrzeć do ich tłumaczenia), łatwo go wychwycić, jeśli śpiewak zapragnie skierować swą wypowiedź emocjonalną bezpośrednio do niego. Czasami mówi się, że miarą wielkości śpiewaka jest to, że czuje się, jakby śpiewał tylko dla ciebie jednego; w miejscach takich, jak londyńska Wigmore Hall, często może być to prawda w sensie najzupełniej dosłownym, i ten zabieg – zwrócenie się do jednostki w równym stopniu co do masy – jest kluczową częścią transakcji artystycznej.

Rzeczą dziwną dla nas śpiewaków jest to, że instrumentaliści – zwłaszcza koncertujący pianiści, którzy nie patrzą na publiczność i nie znają dobrze śpiewaków – nie zdają sobie z tego sprawy. Jakże często pytano mnie: »To pan poznaje ludzi wśród publiczności?«. Oczywiście, że tak. I stan psychiczny w który wchodzi się, by przetworzyć ów fakt rozpoznania – »Ach, tam siedzi mama!« – jednocześnie pozostając w roli, trudno zgłębić. Musi być to kwestia warstwowego (roz)poznania.

Szczególnie ważne jest pamiętanie o tym, gdy jest się znanym muzykiem lub kolegą wykonawcy i przychodzi się na recital do Wigmore Hall. Trzeba pójść do kolegi po koncercie, wypowiedzieć się entuzjastycznie albo przynajmniej powiedzieć cokolwiek, być może nawet skłamać. To jest część etykiety, ponieważ, jeśli do wykonawcy nie pójdziesz (lub choćby nie poślesz liściku), każdy będący choć w połowie człowiekiem śpiewak będzie przekonany, że bardzo nie podobał ci się jego koncert”.

Londyńską salę koncertową Wigmore Hall Bostridge wspomina w swojej książce wielokrotnie, a to dlatego, że kochają ją nie tylko miłośnicy pieśni, ale i mistrzowie ich interpretacji. Pierwotnie sala koncertowa znajdująca się przy ulicy Wigmore Hall pod numerem 36 nie miała jednak służyć zadumie nad romantyczną liryką, a prezentacji fortepianów niemieckiej firmy Bechstein, na której zlecenie została wybudowana. Znaną z niezwykłej akustyki salę w stylu renesansowym, wykładaną marmurem i alabastrem, zaprojektował angielski architekt Thomas Collcutt. Znajdująca się ponad niewielką sceną kopuła ozdobiona została malowidłem zaprojektowanym przez Geralda Edwarda Moira, wykonanym zaś przez Franka Lynna Jenkinsa. Przedstawia ono Duszę Muzyki dzierżącą wieczny ogień, którego światło rozchodzi się po świecie – ekspresyjne malowidło dopełniają postaci muzyków i śpiewaków, którym towarzyszą przedstawienia Miłości i Psyche. Otwarcie Wigmore Hall, wówczas jeszcze Bechstein Hall, uświetniły dwa galowe koncerty – 31 maja i 1 czerwca 1901 roku – wystąpili na nich m.in. Ferruccio Busoni, Eugène Ysaÿe i Vladimir de Pachmann. Pierwsza wojna światowa odcisnęła swoje piętno na brytyjsko-niemieckich stosunkach kulturalnych i handlowych. Wrogość wobec niemieckich firm obecnych na brytyjskim rynku objawiła się m.in. ostrą krytyką wobec wielkiej śpiewaczki Nellie Melby, która patriotyczną pieśń Land of Hope and Glory wykonała z towarzyszeniem fortepianu niemieckiej marki Bechstein.

 

W 1916 roku firma Bechstein zmuszona była sprzedać na aukcji swoje londyńskie magazyny, biura, sto trzydzieści siedem fortepianów i salę koncertową. Tak zakończyła się era Bechstein Hall. Rok później, 16 stycznia 1917 roku, odbył się koncert otwierający kolejny rozdział życia muzycznego przy Wigmore Street 36. Otwarta na nowo sala zyskała inną nazwę, aktualną do dziś, „Wigmore Hall”. Podczas tego koncertu Albert Sammons i Vassily Safonoff wykonali sonaty Beethovena. Dziś obecna dyrekcja Wigmore Hall próbuje mierzyć się z wyzwaniami, jakie stawiają coraz bardziej zaawansowani technologicznie melomani na całym świecie. Planowany jest remont sali, który umożliwić ma transmisje internetowe wszystkich prezentowanych w Wigmore Hall koncertów. To ważna wiadomość dla wielbicieli pieśni, ponieważ niedawno dyrektor Wigmore Hall, John Gilhooly, opowiedział o swoich artystycznych planach, wśród których znalazł się cykl koncertów ze wszystkimi pieśniami Franciszka Schuberta. Być może w koncertach będzie można wziąć udział, nie wychodząc z domu, choć bez wątpienia szczęśliwsi będą ci, którym dane będzie posłuchać muzyki w magicznej sali przy Wigmore Street 36.