Wydanie: MWM 04/2015

Muzy „Złotego Berła”

Article_more
Dobre piwo i gęś pieczona z kiszoną kapustą wyślą w kosmos nawet rakietę. A co więcej dodadzą sił twórczych oraz odwagi pewnemu poecie, skrzypkowi i żołnierzowi. W zajeździe „Pod Złotym Berłem” wszystko może się zdarzyć.

Owa słynna gospoda, notowana pod swą nazwą już w 1671 roku, miała na fasadzie wielki kartusz z godłem i polskim napisem „Wiazdny Dom Pod Złotym Berłem”. Na parterze znajdowała się karczma, na wyższych kondygnacjach funkcjonowały pokoje gościnne. Mieściła się przy Schmiedebrücke (Kuźniczej), przetrwała oblężenie Festung Breslau, choć została zniszczona do wysokości pierwszej kondygnacji. Wrocławianie mogli oglądać tę ruinę aż do 1992 roku czyli do czasu wzniesienia budynku Filologii Angielskiej. Dziś warto zwrócić uwagę na gotyckie i renesansowe relikty zajazdu wyeksponowane w postaci odkrywek murów i fragmentów sklepień.

 

„Złote Berło” polubiła historia, zarówno niemiecka jak i polska. W lipcu 1803 roku zamieszkał tu Józef Wybicki, autor naszego hymnu. Władze pruskie nie zezwoliły mu na powrót do Manieczek, jego wielkopolskiego majątku, gdzie została żona i trójka dzieci. Ale udzieliły amnestii byłemu powstańcowi i legioniście. Mógł się osiedlić najpierw w Breslau, a potem w Dreźnie. „Bo już w tej nowej mojej posesji mieszkam i jestem bardzo dobrze przy moim zdrowiu, bo żaden pedogrzysta, suchotnik i elegant do mnie się pod dach nie wgrzebie” – pisał do żony, podając jej wrocławski adres: zajazd „Unter goldenen sceptr”. Ściągnął synów Łukasza oraz Józefa Ksawerego, żeby zająć się wreszcie ich edukacją i na dwa lata został wrocławianinem.

 

W 1797 roku sprowadził na świat w Regio dell’ Emilia Mazurka Dąbrowskiego i z pewnością znał zależność pomiędzy pełnym dzbanem wina, a poetyckim natchnieniem. Umiał docenić dobrą kuchnię i szlachetne trunki. Owszem, co bardziej patriotycznie nastawieni biografowie twierdzą, że napisał strofy „jeszcze Polska nie zginęła” rozczulony widokiem polskich mundurów, orłów, sztandarów. Że zaszlochał wzruszony, a potem zamknął się w pokoju, żeby stworzyć przyszły hymn Polski. Ale bardziej prawdopodobne jest, że napisał go w tawernie, słynącej z dobrego jedzenia, damskiego towarzystwa i wybornych napitków, w cieniu wieży o znamiennej nazwie „Bordello”. Na rękopisie Mazurka jeden z badaczy odkrył ślad kropli wina. Łez nie zidentyfikowano. Cóż, Rossini też nigdy nie pisał swych oper ze złamanym sercem, ale prawie zawsze z pełnym żołądkiem. A pod koniec życia niemal całkowicie poświęcił się komponowaniu potraw, zirytowany, że goście, mając na stole jego pasztet, wspominają Cyrulika sewilskiego i na dodatek tak głośno mówią, że nie wiadomo było, co się je!

 

Wybicki nie był jedynym Polakiem, który mieszkał „Pod Złotym Berłem”, rozkoszując się dobrą kuchnią. Można przypuszczać, że spotkał się z braćmi Józefem i Albertem Wołowskimi, skrzypkami z Warszawy. Zamieścili ogłoszenie w „Schlesische Zeitung”, że „Dzisiaj w sobotę, tj. 26 maja 1804 roku (...) będą mieli zaszczyt dać wielki wokalno-instrumentalny koncert w Auli Leopoldina. Układ koncertu podany jest do wiadomości na afiszu. Ceny biletu wstępu na salę 12 dobrych [sic!] groszy, a na balkon 8 groszy. Rozpoczęcie koncertu o godzinie 7 wieczorem. Bilety można nabyć u nas w zajeździe Pod Złotym Berłem”.

 

„Wiazdny Dom” zwabił także Fryderyka Skarbka, historyka, pamiętnikarza, ekonomistę. Zatrzymał się tu w 1809 roku i zanotował z pewnym zdziwieniem, że nie widać już śladów napoleońskiego szturmu na miasto – na miejscu spalonych domów wybudowano nowe, „w najpiękniejszym guście”. Ale najsławniejszym polskim gościem okazał się Karol Lipiński, najwybitniejszy obok Paganiniego wirtuoz skrzypiec XIX-wiecznej Europy. Z Paganinim zresztą kilka razy grał, m.in. w 1829 roku na uroczystościach koronacyjnych cara Mikołaja I. A Niccolò, pytany, kto jest pierwszym skrzypkiem, odpowiadał: „Nie wiem, ale drugim jest Lipiński”.

 

Wrocławianie wielokrotnie mieli okazję oklaskiwać Polaka, bo występował w stolicy Śląska w latach 1821–1840 i „Złote Berło” było jego ulubionym hotelem. Uwielbiali go z romantyczną emfazą, recenzje jego koncertów to panegiryki, egzaltacja wylewa się z nich strumieniami. Po pierwszym koncercie danym w 1821 roku znany dramatopisarz, aktor i reżyser, Karl von Holtei, napisał na cześć Lipińskiego sonet, a polscy studenci wręczyli mu srebrny puchar z napisem: „Musis amicum manent honores immortales” („Cześć nieśmiertelna przynależy przyjacielowi muz”). 

W 1836 roku z powodu ogromnego zainteresowania melomanów dał nawet dwa koncerty, grając własne kompozycje oraz tematy z oper Rossiniego i Belliniego. Krytyk „Breslauer Zeitung” stwierdził, że nie jest w stanie dodać nic nowego, bo wszyscy przed nim zamieścili entuzjastyczne recenzje, ale zauważył, że „wrażenie, jakie wywarła jego gra na słuchaczach, w porównaniu z pierwszym występem, było jeszcze silniejsze. (...) Sala Muzyczna była zapełniona, a wrocławianie przedwczoraj dowiedli, że nie stronią od wydatków, gdy dotyczą one takiego artyzmu”. Cóż, zmusić breslauerskich centusiów do ekspensów – wielki wyczyn!

        

Ostatni raz Lipiński wystąpił przed wrocławską publicznością w 1840 roku. Artysta zrobił sobie przystanek w drodze z Drezna do Lwowa i, jak pisał Leon Dembowski (ojciec Edwarda), „miał dawać koncert, a tak był trwożliwy, że z największą pracą przychodziło nam dodawać mu odwagi”. Skończył już pięćdziesiąt lat i powoli wycofywał się z roli koncertującego wirtuoza. Mieszkał w tym czasie z rodziną w Dreźnie, był pierwszym koncertmistrzem nadwornej kapeli i dyrektorem muzyki kościelnej. Mógł mieć dosyć koncertów, ale „Złote Berło” znowu pozwoliło mu się odprężyć. Johann Theodor Mosewius pisał w „Breslauer Zeitung”: „Spośród wszystkich największych artystów, którzy kiedykolwiek odwiedzili Wrocław, Lipiński odznacza się nie tylko genialnością i wspaniałym wirtuozostwem, lecz nade wszystko przemiłym charakterem”. Przemiło cytować taką opinię.

 

„Wiazdny Dom Pod Złotym Berłem” był dobrym miejscem do odzyskiwania odwagi. Tu się podejmowało śmiałe decyzje, dotyczące nie tylko konfrontacji z wybrednymi melomanami. „Złote Berło” zajął w 1813 roku pruski oficer Adolf von Lützow, który werbował ochotników do walki z Napoleonem. Do słynnego Freikorpsu majora Lützowa mieli się według legendy zgłaszać nauczyciele akademiccy, pisarze i studenci. W rzeczywistości korpus liczący 3500 żołnierzy składał się głównie z robotników i rzemieślników, studenci stanowili nie więcej niż dwanaście procent. Barwy oddziału Lützowa – czarne mundury (najłatwiej było przefarbować na czarno cywilne ubrania, żeby oddział jednolicie wyglądał), czerwone wypustki i złote guziki – stały się później barwami republikańskich Niemiec.

 

Jeśli wierzyć opowieściom, serwowane w gospodzie mocne piwo uratowało w 1813 roku umierającego barona Heinricha Friedricha Karla vom und zum Steina, twórcę reform, które u kresu panowania Napoleona w Europie pozwoliły odbudować potęgę państwa pruskiego. Baron umarł dopiero w 1831 roku, dziesięć lat po Napoleonie. Hieronim Bonaparte, który w 1806 roku zdobył Wrocław, powinien był zrównać z ziemią feralny zajazd, ale kto mógł przewidzieć taki rozwój wypadków.

 

Jednak najdziwniejszymi rezydentami „Złotego Berła” okazali się członkowie założonego w lipcu 1927 roku Towarzystwa Podróży Kosmicznych (Verein für Raumschiffahrt), inżynierowie i fizycy. Założyciel i pierwszy prezes towarzystwa, Johannes Winkler, kształcił się w Gdańsku w naukach technicznych, studiował także teologię we Wrocławiu i w Lipsku, a pracował jako księgowy w administracji kościelnej. Jednak marzył o podróży do gwiazd.

 

Dzięki staraniom Winklera w Breslau ukazywało się w latach 1927–1929 pismo „Die Rakiete”, a gospoda „Pod Złotym Berłem” była miejscem zebrań członków VfR. Niestety, z końcem 1929 roku zdobywcy kosmosu przenieśli się do Berlina, gdzie prowadzili pierwsze próby z rakietami. Po jednym z wykładów Winklera do grupy przystąpił Wernher von Braun, późniejszy konstruktor pocisków balistycznych V-2, a po wojnie uczestnik amerykańskiego programu kosmicznego.

 

Ich strata, bo w Berlinie na pewno nie można było zjeść także dobrze, jak w „Złotym Berle”. Talerz sandacza z masłem, turbot po holendersku i comber zajęczy z duszoną kapustą konkurował z gulaszem węgierskim, flaczkami królewieckimi i linem na niebiesko. Jeśli do tego dodamy owo piwo, które doprowadziło do zmartwychwstania barona Steina – można było wylecieć w kosmos nawet bez silnika.